InformacjeFelieton

Solo jest przyzwoity, chociaż jest o krok od bycie słabym

... Kamil Ostrowski

Nie zapamiętacie filmu za to, że był jakoś szczególnie dobry. Z drugiej strony nie znienawidzicie go za bycie tragicznym. To już coś.

Przez większość seansu bawiłem się przyzwoicie. Ot, parę razy zaledwie zerknąłem na telefon, dwa razy ziewnąłem, ale biorąc pod uwagę, że Solo trwa ponad dwie godziny, to ogólny rozrachunek jest delikatnie na plus. Taka szkolna trója. Nie mogę jednak pozbyć się wrażenie, że film jest o krok od bycia porażką. Disney powinien się dwa razy zastanowić, czy narzucanie tak szybkiego tempa w wypuszczaniu kolejnych produkcji to dobry pomysł.

Solo nie miał łatwego życia. Mówię tutaj zarówno o postaci Hana Solo, jak i filmie zatytułowanym po prostu Solo. Ten pierwszy dorastał w slumsach Korelii, gdzie od małego musiał się parać drobnymi szwindlami, złodziejstwem i walką z ubóstwem, żeby ostatecznie wylądować w szeregach imperialnej armii, którą przecież gardzi. Ten drugi z kolei nie miał szczęścia do pierwszej pary reżyserów – Phila Lorda i Chrisa Millera. Gdy włodarze Disneya zobaczyli efekt ich prac, odsunęli ich od stanowisk i przekazali pałeczkę Ronowi Howardowi, który musiał w ciągu paru zaledwie miesięcy nakręcić film praktycznie od nowa. Doniesienia swego czasu zniosły wieść, że nowy materiał stanowi aż siedemdziesiąt procent tego, co ostatecznie wylądowało w kinach. Sądziłem że to bujda, ale oglądając Solo faktycznie jest czuć swego rodzaju rozdźwięk, a przede wszystkim czuć echo katastrofy, którą ledwie udało się odżegnać. Ten film mógł być naprawdę tragiczny.

Czym zasadniczo jest najnowsza produkcja ze świata Gwiezdnych Wojen? Nazwałbym ją dosyć kameralną, dosyć szeroko zakrojoną origin-strony dla jednej z najbardziej ikonicznych drugoplanowych postaci w historii science-fiction, zaprawioną mnóstwem niepotrzebnych elementów. Jest tutaj wszystko i nic. Jest romans, ale nie za dużo. Jest walka o indywidualizm, rebelia i próba wydarcia sobie odrobiny wolności, ale nie za dużo. Jest wreszcie spora dawka cwaniaczkowania i paragangsterski klimat, oczywiście doprawiony solidną porcją sosu gwiezdnowojennego. Najlepiej by było, gdyby twórcy skupili się na ostatnim elemencie, niestety rozmienili się na drobne.

Wszystko rozbija się o niemrawość scenariusza. Większość wątków pozostaje płaska, nawet gdy twórcy poświęcają im więcej uwagi. Niezbyt udaje nam się przekonać do relacji Hana z Qi’Rą, nie mówiąc już o drewnianej miłości pary innych zbójów. Po co ładować tyle miłości w film, który jej zupełnie nie potrzebuje? Nieoczekiwanie spodobał mi się jedynie króciutki mikrowątek romantyczny Lando z… nie powiem z kim, aczkolwiek po obejrzeniu filmu zrozumiałem dlaczego scenarzysta poczuł się w obowiązku upewnić fanów, że Lando Calrissian jest panseksualny. Wątek walki o wolność pojawiający się pod koniec seansu jest straszliwie pusty i oklepany. Solo momentami błyszczy tam, gdzie przestaje bawić się w meandrowanie po tematach i skupia się na złodziejskim skoku, budowaniu napięcia i pozwala bohaterom cwaniaczkować do woli. Gdy ekipa znajduje się w gwiezdnym barze, na przyjęciu białych kołnierzyków czy stara się nabrać/przekonać/przekupić wszędobylskich urzędników – tam Solo rozwija skrzydła. Na pozostałych frontach niestety leży.

Bardzo raziła mnie niespójność w kreacji charakterów w Solo. Główny bohater z jednej strony szaleje za Qi’Rą, rozpacza po niej i wyraźnie cierpi, a z drugiej po dłuższej rozłące zdaje się być relatywnie mało dotknięty dosyć niekomfortową sytuacją w jakiej się znalazł, jeżeli chodzi o sferę emocjonalną (oględnie ujmując). Po drugie, Alden Ehrenreich w niewielu punktach koresponduje z Hanem Solo, którego znamy. Nie jest zły, bo jego postać potrafi być charyzmatyczna, kiedy już zapomnimy o nieścisłościach w wątku romantycznym, po prostu patrząc na niego ciężko jest mi połączyć go z herosem granym przez Harrisona Forda. Mam do twórców również wyrzut, że w oderwaniu od wizerunku z oryginalnej trylogii wykreowali Lando Calrissiana – znów, bez większych obiekcji co do jego charyzmy w ogóle czy zdolności aktorskich Donalda Glovera (bardzo przyzwoita rola). Sytuację poprawia obecność Woody’ego Harrelsona jako Tobiasa Becketta, a także Chewbacci (scenarzyści spisali się na medal rozpisując jego rolę i historię) oraz droida L3-37, który kontynuuje tradycję świetnych droidów w spin-offach Star Warsów.

Solo nie jest zły, ani nie jest dobry. Gdyby film nie powstał, to nie stałoby się nic wielkiego. Można go obejrzeć, albo można poczekać aż pojawi się chociażby w Polsacie jako Premiera Tygodnia. Nie ma w nim praktycznie nic, co ratowałoby go jako „origin-story”, poza jedną niezłą sceną na pięć minut przed końcem, także dla miłośników uniwersum nie jest to pozycja obowiązkowa. Jako rozrywka sprawdza się nieźle, aczkolwiek jestem w stanie z miejsca wymienić dziesięć lepszych sposobów na weekendowy wieczór, z czego pierwszym byłoby nawet ponowne obejrzenie oryginalnej trylogii. Wasz wybór – jakby co to można, ale ja nie namawiam.

Najnowsze
Lubisz nas?