InformacjeBez prądu - film

Manhunt (Johna Woo) jest tak zły, że aż zły

... Kamil Ostrowski

Filmy klasy B mają swój urok, aczkolwiek Manhunt jest po prostu kiepski, nawet jeżeli twórcy próbują przepchnąć ironiczną narrację.

Generalnie rzecz biorąc uwielbiam serwisy VOD takie jak Netflix, Amazon Prime Video, Hulu czy znaczącego w Polsce ze względu na wspieranie rodzimych twórców Showmaxa. Dzięki ich działalności udało się pokonać granicę horyzontu zdarzeń czarnych dziur znanych jako „premiery z zeszłego roku”. Rzecz to dziejowa - od czasu do czasu niektórym produkcjom, szczególnie nieanglojęzycznym, udaje się wypłynąć na szersze wody. Przykładem musi być tutaj hiszpański Dom z Papieru, którym zachwycał się na początku tego roku Sławek. Natomiast zupełnie nie rozumiem po kiego grzyba Netflix wykupił prawa do Manhunt, wypuszczonego w zeszłym roku na rynek chiński. Chyba tylko ze względu na nazwisko reżysera, którym jest nikt inny, jak słynny John Woo.

Japońska korporacja korzysta z usług wziętego i utytułowanego chińskiego prawnika, aby oddalić skandaliczne dla firmy powództwa. Jednocześnie tuszuje ciemne uczynki za pomocą legalnych i nieco mniej legalnych środków. Kiedy jednak Du Qiu, bo o nim mowa, stara się odejść z przedsiębiorstwa, aby zaoferować swoje usługi w Ameryce, przypadkiem wikła się w sprawę morderstwa. Będzie to przyczynkiem do odkrycia mrocznych sekretów korporacji i pokrzyżowania szyków Złego Kierownictwa (wszystkie prawa zastrzeżone).

Od samego początku film zdaje się sprawiać wrażenie tworzonego z dystansem. Po zaledwie paru ujęciach jesteśmy świadkami sceny akcji, w czasie kręcenia której ewidentnie nie przejmowano się wyznaczaniem granic dobrego smaku czy sensem choreograficznych ruchów składających się na harmonię siania pożogi i śmierci. Na tym etapie byłem jeszcze w stanie uwierzyć w to, że Manhunt będzie w stanie się obronić jako zgrabna satyra, albo chociaż dowcipny komentarz na temat historii filmów klasy B. Tak się niestety nie dzieje, bo przez zdecydowaną większość czasu twórcy sprawiają wrażenie, jakby traktowali swoje dzieło na poważnie. A jak można traktować poważnie film, w którym uderzenia czy nawet szybsze ruchy postaci są obficie upstrzone efektami dźwiękowymi rodem z kaset filmowych sprzed trzydziestu lat? Te całe „wsziuuuu”, „kapam” czy „bwzium” bawiły mnie, aczkolwiek tylko pierwszych kilka razy, dopóki się nie zorientowałem, że to całkiem na serio. Niestety Manhunt to w zdecydowanej większości sceny akcji, wobec czego z parodii szybko zrobił się kinowy odpowiednik występu Kabaretu Ani Mru-Mru. Ktoś ewidentnie nie orientuje się, że przestał robić wrażenie.

Napisałem, że Manhunt to w dużej mierze akcja, aczkolwiek pozostaje jeszcze reszta. Tam gdzie brakuje „łubudubu”, tam mamy pseudointrygę i korporacyjne machinacje, które niestety sprawiają wrażenie wyciągniętych z kart najbardziej naiwnych i głupich komiksów, jakie tylko możecie sobie wyobrazić. Idiotycznie płaskie postaci i ich bulwersująco głupie motywacje gonią mało przekonujące charaktery i błazeńskie „back-story” postaci, które w zamierzeniu mają zainteresować widza i wprowadzić do filmu jakiekolwiek drugie dno. Niestety, wszystkiego tutaj brakuje i ostatecznie mamy teatr lalek. W ogóle nie obchodziło mnie kto, co i dlaczego. Jedyną przyjemność jaką czerpałem z filmu, to obserwowanie na swój sposób niezłej choreografii walk, nawet jeżeli stała ona w odległości lat świetlnych od chociażby szeroko pojmowanego realizmu.

Wisienką na torcie żenady, jaką serwuje nam John Woo jest językowy misz-masz. Postaci mówią w większości po japońsku, a czasami razem po chińsku (tutaj głównie Du Qiu). Stosunkowo dużo jest w Manhunt kwestii anglojęzycznych (w przypadku rozmów między postaciami z Chin i Japonii). Brzmi to sztucznie, wręcz idiotycznie i widocznie utrudnia grę aktorów, nawet bez tej przeszkody porażająco złą. O ile jeszcze Hanyu Zhanda w roli Du Qiu idzie przeżyć, tak Masaharu Fukuyama jako Yamura jest tak słaby, że aż zęby bolą. Skądinąd niezły Jun Kunimura w roli szefa korporacji Yoshihiro Sakai sprawia wrażenie, jakby myślami był już na wakacjach, które wykupił za gażę z udziału w tym cyrku.

Nie pozostaję bez sentymentu dla twórczości chińskiego reżysera. Bez wątpienia ma on swoje zasługi dla kina akcji, spod jego rąk wyszło parę naprawdę kultowych produkcji, takich jak Bez twarzy czy Dzieci Triady. Niemniej, jego ostatni film to zwykły gniot, koniec i kropka.

Komu może spodobać się Manhunt? Szczerze mówiąc trudno mi sobie wyobrazić, żeby ktokolwiek potrafił czerpać przyjemność z obcowania z tym gniotem. W ostateczności poleciłbym fanom Sleeping Dogs bądź Yakuzy, ze względu na klimat pachnący lekko japońszczyzną.

Najnowsze
Lubisz nas?