InformacjeFelieton

Kodowanie popkultury: Conan Bibliotekarz

... Łukasz Wiśniewski

Tym razem pretekst (no dobra, jeden z dwóch, by uszanować Conana) jest i powodem, dla którego publikuję felieton w niedzielę, nie zaś tradycyjnie w sobotę.

Otóż tak się złożyło, iż wysunięto mnie z ramienia na czoło, bym poprowadził w niedzielne południe panel na temat literatury i gier wideo na Warszawskich Targach Książki. Panelistów dostałem zaprawdę wybornych, więc czułem w kościach, że coś z tego dam radę wykorzystać na gorąco. Postanowiłem więc odłożyć publikację o jeden dzień, spychając inne rozgrzebane tematy na późniejszy termin.

Kim więc byli owi wyborni jegomościowie? Po pierwsze Robert J. Szmidt, pisarz, który w czasach, nim branżunia naprawdę rozkwitła (epoka Final Fantasy VII), zajmował się właśnie grami. Do dziś ma z nimi całkiem spory kontakt, w sumie jest chociażby jednym ze współtwórców uniwersum Metro 2033, które obejmuje również gry, w tym jedną z premierą za moment. Staszek Krawczyk jest jeszcze ciekawszym przykładem, bo specjalizowanym socjologiem - zajmuje się ludologią, czyli nauką o grach. Oprócz tego siedzi dość głęboko w popkulturze. O ile Robert jest nieco starszy ode mnie, Staszek zdecydowanie pochodzi z tego samego pokolenia. Mieliśmy jeszcze przedstawiciela młodszej generacji, która już od początku wchłaniała popkulturę bez potrzeby kombinowania. To Okoń, czyli Marcin Okoniewski, wykształcony na dziennikarza, ale najlepiej odnajdujący się jako operator kamery.

Oczywiście nie będę tu streszczał naszej dyskusji - pewne rzeczy należą do swojego miejsca i czasu, jeśli nie widziało się ich na żywo… przepadły. Zamierzam rozwinąć jeden konkretny wątek, który ze względu na ograniczone ramy czasowe musiał zostać przycięty podczas panelu. Brutalność i bezpośredniość. Tu pojawia się drugi pretekst w postaci konkretnej gry: Conan Exiles. Pogadajmy więc o tym, dlaczego adaptacje literatury są mocno ograniczonym tematem w branży - i o tym, dlaczego czasami lepiej jest być Azjatą, jeśli się robi gry. No, ale po kolei. Jeśli idzie o naszą kochaną branżę, jestem trochę pesymistą, bo ze względów finansowych jest skostniała ponad miarę. Dawanie graczom możliwości popełniania naprawdę złych uczynków jest wciąż kontrowersyjne, choćby dlatego, że gry jeszcze jakiś czas będą utożsamiane z zabawą dla dzieci. No a ludzkim małoletnim nie wolno serwować pewnych treści. Im większy budżet, tym większa asekuracja.

Całkowicie rozumiem włodarzy wielkich studiów i ich jeszcze większych wydawców. Miliony monet, setki ludzi, którym musisz bulić przez lata, nie mając pewności, czy inwestycja się zwróci. Ryzykowanie szału obrońców dzieci (bo klasyfikacje wiekowe w większości krajów to sugestia, a tam, gdzie nie… płacą za to dorośli) to gra niepewna. Jasne, można jak Bioware wrzucić kilka kontrowersyjnych materiałów i informacji, by takie FOX News rzuciło się na to jak szczerbaty na suchary i zrobiło dodatkowy rozgłos, ale to taniec na ostrzu brzytwy. Im wychodzi od lat, ale w pewnym sensie to proces zrytualizowany. Atak mediów na małe studio mógłby je wysłać do limbo. W czasie dyskusji na WTK mój pesymizm został jednak lekko zgaszony przez Roberta J. Szmidta. Analizując historię kina, doszliśmy do wniosku, że tam też po erze odwagi nadeszła epoka ostrożności, aż wreszcie pojawili się nowi twórcy, którzy konwenanse schowali w butach. Pod słomą. W sumie faktycznie gry wideo są aktualnie na podobnym etapie - coraz więcej treści nie jest dyktowanych dobrem dzieci. Zaliczyliśmy niekontrolowaną twórczość na starcie, potem uładzanie, ale coraz częściej pojawiają się pęknięcia na lukrowej pokrywie tortu.

Gdy zasiadłem do Conan Exiles, dowiedziałem się o swojej postaci, że wisi na krzyżu skazana za liczne zbrodnie, w tym bezczeszczenie zwłok. Znając świat wykreowany przez Roberta Ervina Howarda, cały ten brud, zdecydowałem się. Moja postać pochodzi ze Stygii i jest wyznawcą Seta. Nawet nie wiedziałem, w co się pakuję. Gdy już wystawiłem swój pierwszy ołtarzyk dla bóstwa, dane mi było zmajstrować rytualny sztylet. Oprawiając nim zwłoki wrogów, zyskiwałem ich mięso i serca. Z mięsa wypiekałem szamę, a z owych serc mogłem tworzyć antidota, z czasem zaś, gdy uwaga Seta została zwrócona, stroje rytualne. Z ludzkich serc. Naprawiane również nimi. Funcom to firma z Norwegii, ale ma silną nóżkę w Azji. Stąd zasygnalizowana kwestia komfortu bycia Azjatą. Jeśli nie macie tego komfortu albo jakiegokolwiek innego - BŁAGAM, NIE OGLĄDAJCIE OBRAZKA PONIŻEJ!!!

W ramach Cywilizacji Zachodu strasznie się zapętliliśmy w dyskursie, co jest dobre, a co złe, co wolno popkulturze. O tych pułapkach pisałem już nieraz, teraz spójrzmy na nestora fantasy, Howarda, Roberta dwojga imion. Swoje pierwsze zderzenie z literaturą zaliczył za pośrednictwem czasopisma Adventure, jeszcze jako piętnastolatek. Przygodowe opowieści budowały jego wyobraźnię, a nie były to opowiastki miłe. W 1921 roku owo czasopismo wydawało do trzech numerów na miesiąc. Ile było tam tekstów wartościowych literacko? Niewiele. Ile było tekstów o podróżach do egzotycznych krain, wyzbytych z rasistowskich uprzedzeń? Prawie zero. Takie czasy. Dzisiejszy krytyk literacki zapewne zauważy u ojca Conana pewne zgrzyty w postrzeganiu Afryki i ogólnie Orientu. Zauważy też brutalność, wykorzystywanie słabszych, do połowy lat trzydziestych nawet totalne uprzedmiotowienie kobiet. Potem autor ewidentnie zakochuje się w kobiecej postaci, którą naszkicował znacznie wcześniej. Patrząc na dzisiejsze ocenianie twórców: za późno, panie Howard (dwojga imion), był pan na rynku od prawie dekady.

Naprawdę słabym jest ocenianie twórców w oderwaniu od epoki. Jasne, z czasem u Howarda (obojga imion) role kobiece rosną, a kolorowi dostają jakieś fajne epizody. Jednocześnie w korespondencji z Samotnikiem z Providence (panowie się znali i lubili) nie widać żadnych znaków “weź stary i się pozbieraj, idą nowe czasy”. Bo to Robert Ervin Howard jest wyjątkiem i dziwakiem, a Howard Philips Lovecraft jest normalsem. Więc nie ma o czym gadać, tematy mają ciekawsze zresztą. Badacze wykopują z nich coraz więcej. Skoro już jesteśmy w pewnym rodzaju dygresji: dopiero co mieliśmy dzień solidarności z LGBT. jedna z dwóch większych polskich stron tolienologów przemalowała się na tęczowo. Druga powiedziała, że nigdy. John Ronald Reuel Tolkien był chrześcijaninem, jasne. Tyle, że w korespondencji z Clivem Staplesem Lewisem nie raz dawał do zrozumienia, że fanatyzmu ojca Narni nie podziela. Dochodzimy do znienawidzonego szkolnego problemu: co poeta chciał powiedzieć. Tolkien pewnie dziś by nie wywiesił tęczowego awatara, ale zapewne, biorąc pod uwagę jego przeżycia z dwóch wojen - i pewną otwartość widoczną w jego prozie - nie psioczył by na fanowską stronę, która to uczyniła. No, ale asumpcja w dygresji to już zbyt wiele. Wracamy.

Kultury Dalekiego Wschodu mają całkiem pokaźną linię czasu. Obok niej biegnie linia przemocy. Wielu twórców z tego kręgu nie boi się pokazywać skrajnego okrucieństwa. Jest na to u nich swoista licentia poetica - jak długo coś ma walory artystyczne, nie drążymy tego, czy nie jest zbyt brutalne. Wraz z inwazją popkultury na Azję, owa artystyczna wymówka stała się szersza. Stąd twórcy z tego obszaru nie mają problemów w przedstawianiu brutalności i okrucieństwa, które decydentom z zachodnich studiów rozbiłoby tabelki w arkuszu kalkulacyjnym. Niestety, poza nielicznymi wyjątkami, nikt tam nie jest jakoś specjalnie zainteresowany sięganiem po zachodnią popkulturę na zasadzie licencji - wolą bawić się na pograniczu prawa cytatu, niż użerać się z pisarzami. Nawet nieżyjącymi.

Cywilizacja Zachodu bawi się z brutalnością i złem jak matka z łobuzem: dyskretnie i z gotowym kłamstwem na ustach. Owszem, co jakiś czas ktoś wpada na pomysł, by wybić się na kontrowersjach - Manhunt zaistniał i zapisał się w zbiorowej świadomości, ale już polska gra Hatred wiele poza szumem nie zyskała. To pewien rodzaj dorosłości twórcy: zmierzyć się z tym co złe i brzydkie, ale nie czynić z tego jedynego atutu swojej produkcji. Na tym polu od prawie półtorej dekady króluje studio RockStar ze swoimi dwoma ostatnimi odsłonami serii GTA. Peleton jest kawałek za liderem, a w nim twórcy cRPG, bo tam gracz ma zwykle opcję wyboru ścieżki. Tyle, że zło w seriach Mass Effect czy Dragon Age jest nijakie i przerysowane jak niektóre frankońskie komiksy. Aż chce się być dobrym. Gdzie im do twórców gry Frostpunk, w której robiąc na szybko co najlepsze dla swoich podkomendnych nagle budzimy się z ręką w faszystowskim nocniku…

Brutalność to jedno, można ją ogarniać różnie, żartobliwie, metaforycznie lub bezpośrednio. Dorosłość opowieści nie polega na dowiezieniu dwóch wózków makabry, okrucieństwa i draństwa. Dorosłość fabuły polega na uzmysłowieniu graczowi, że są z tym związane konkretne koszta. Nawet transakcje wiązane. Gdy Conan sięga po tron Aquilonii, nie staje się cudownym i miłosiernym władcą. Robert dwojga imion Howard w Ludziach Czarnego Kręgu pokazuje, że obalenie cymeryjskiego tyrana nijak nie przekłada się na dobro kraju, bo bez charyzmatycznego lidera wszystko obraca się w perzynę wojny domowej. Pisarz swoje widział w swoich czasach, ale trudno nie uznać, iż doskonale przewidział to, co wydarzyło się w XXI wieku w kilku krajach. Jeśli brutalny świat jest mądry, niesie pewne przemyślenia (nawet jeśli autor nie panował czegoś więcej niż zabawne historyjki przygodowe), mamy wartość dodaną. Gry dopiero do tego dojrzewają, ale choćby 11 bit studios poważnie przetarto szlak. No a Norwedzy z chińskim wsparciem pokazali, że można zignorować rozmaite konwenanse i pokazać świat Conana takim, jak powinien być. Cóż, kod w kilku miejscach spartolili, ale intencje były słuszne.

Najnowsze
Lubisz nas?