InformacjeBez prądu - film

Jak komukolwiek może podobać się The Rain?

... Kamil Ostrowski

Infantylna, wtórna i źle zagrana produkcja, jest objawem szalejącej netfliksozy, która chyba powoli zaczyna wymykać się spod kontroli.

Widzieliśmy to już tysiąc razy. Apokalipsa. Śmiertelny wirus. Nieliczny ocaleni walczą o przetrwanie wyrywając sobie z rąk resztki zapasów. Co jest zatem w The Rain nowego? Sposób roznoszenia się końca świata – każdy kto dotknie wody deszczowej umiera w konwulsjach w szybkim czasie. Do tego dochodzi dwójka dzieciaków, która ostatnie sześć lat spędziła w dobrze wyposażonym, wygodnym bunkrze. Co ciekawe, młokosy odnajdują się w szerokim postapokaliptycznym świecie w trymiga, szybko stając się wartościowymi członkami Drużyny. Mamy więc mieszankę znanego z nieznanym, ale niezbyt sympatycznym. Pomimo dobrze zapowiadającego się otwarcia, The Rain szybko schodzi na psy.

Bez ogródek przejdę do największych bolączek. Zasadniczym problemem serialu jest fakt, że praktycznie całość scenariusza stanowi zlepek już wykorzystanych w popkulturze klisz. Nie będę tutaj zdradzał konkretnych wątków, ale jeżeli oglądaliście czy czytaliście The Walking Dead czy graliście w The Last of Us, to nie znajdziecie tutaj praktycznie niczego nowego. No, może poza irytującymi, mało wiarygodnymi czy wręcz naiwnymi wątkami miłośnymi.

Wszystko to już widzieliśmy, a w dodatku wtedy było świeższe, lepsze i oplecione bardziej wiarygodną historią świata przedstawionego. Ten z The Rain nie jest przyswajalny w żadnym stopniu. Mózg widza co chwila rażony jest kolejnymi bezsensownymi, w żaden sposób nie wytłumaczalnymi dziurami logicznymi. Średnio uważny nastolatek zorientuje się, że mechanizm działania wirusa staje się parodią samego siebie, zwłaszcza kiedy scenarzyści starają się zgłębić chociażby odrobinę jego naturę. Bardziej wiarygodna jest nawet koncepcja tajemniczej choroby zamieniającej ludzi w zombie, a to już sztuka.

Sytuacji nie poprawia mierne aktorstwo. Częściowo można to sobie tłumaczyć młodym wiekiem aktorów, tylko czy mnie jako widza w ogóle powinno to interesować? Alba August i Lucas Tonnersen jako rodzeństwo Simone i Rasmus, pozostające w głównym zainteresowaniu widza, wypadają zwyczajnie mało wiarygodnie. Reszta drużyny jest głupawa, przy czym rolę królewskich błaznów pełni arcyirytująca parka: Martin (Mokkel Folsgaard) i Beatrice (Angela Bundalovic), a łączące ich seksualne „napięcie” to od początku bujda na resorach. Na jedyny plus zaliczyć mogę Sonnego Lindberga w niejednoznacznej (niestety do czasu) roli Jeana.

Gdyby tylko twórcy serialu potrafili w jakiś sposób oddać napięcie towarzyszące walce o przetrwanie. Niestety, nie umieją. Serwują nam zaledwie widokówki z trudnej w domyśle podróży, w dodatku takie o zabarwieniu raczej turystycznym, niż dramatycznym. Jedyny porządny odcinek stanowi kalkę jeden do jednego z The Walking Dead w wydaniu od Telltale Games i mam wrażenie, że scenarzyści nawet nie starali się tego ukryć. Przy czym oczywiście w wersji wirtualnej wyszło to o wiele lepiej. Reżyseria jest nijaka. Ścieżka dźwiękowa równie dobrze mogłaby stanowić podkład do jakiegokolwiek serialu młodzieżowego o dowolnej tematyce. Krótko mówiąc – jest płasko, szaro i nudno.

Nie zdradzając żadnych szczegółów - końcówka to fabularnie gwóźdź do trumny The Rain. Gdyby pierwszy sezon serialu przyjąć metaforycznie za pociąg polskich linii kolejowych, to do tej pory był on opóźniony, nie działała w nim klimatyzacją, brakowało gniazdek do ładowania telefonu (o Wi-Fi nie wspominając), a na dodatek nie domykały się w nim drzwi do toalety, tak w pewnym momencie cały skład zwyczajnie się wykoleja. Po wszystkim natomiast pasażerom zasugerowano, że pomoc może nadejdzie, może nie, ale w sumie to fajnie się chyba jechało i to jest najważniejsze, co nie? Robienie dobrej miny do złej gry nic tu nie pomoże panie konduktorze. Ta podróż do najmilszych niestety nie należała.

Współpraca Netflixa z europejskimi środowiskami kinowo/telewizyjnymi może przynosić efekty, czego dowód mieliśmy w postaci chociażby przyzwoitego Domu z papieru. Warto jest śledzić losy tego typu produkcji, bo przecież Polacy również doczekają się swojego serialu – Agnieszka Holland pracuje już nad 1983. Nasze kino posiada chlubne tradycje w tworzeniu atmosfery zaszczucia i beznadziei, na co popytu nie brakuje, więc chyba można mieć nadzieję, że współpraca z gigantem na rynku VOD przyniesie efekt lepszy niż duńskie The Rain. Nie żeby poprzeczka postawiona była szczególnie wysoko.

Komu spodoba się The Rain? Teoretycznie wszystkim fanom klimatów postapokaliptycznych, w szczególności apokalipsy zombie (chociaż żywych trupów tutaj brak). Jeżeli więc brakuje Wam klimatu The Walking Dead czy The Last of Us, to tutaj odnajdziecie jego śladowe ilości.

Najnowsze
Lubisz nas?