InformacjeBez prądu - film

Kiczowate, bezpretensjonalne guilty pleasure - recenzja filmu Rampage: Dzika furia

... Joanna Kułakowska

Rampage: Dzika furia w reżyserii Brada Peytona jest dokładnie tym, o czym wręcz krzyczą trailer oraz plakat – campem i odpoczynkiem od intelektu.

Jeśli ktoś nie ma najmniejszej ochoty napełniać portfeli twórcom, udając się na – z premedytacją – głupawe, ale za to pełne zapierających dech w piersi wydarzeń i nawet dość zabawnych krótkich werbalnych „strzałów” (typowych one-linerów rodem z kina lat 80. i 90.) widowisko, które zostało zdecydowanie skrojone pod 3D, a głównym powodem jego powstania jest po prostu zamiar ugrania kasy na sympatii do wielkich potworów oraz Dwayne’a „The Rocka” Johnsona, to niech sobie daruje owe dziełko. Rozrywka oferowana przez produkcję Rampage: Dzika furia będzie dlań nader wątpliwa. Jeżeli jednak dana hipotetyczna persona czuje chęć, by całkowicie wyprostować sobie zwoje, rozsunąć półkule mózgowe i nasycić oczy scenami tyleż malowniczymi, co absurdalnymi, a banknotów na blockbustery ma pod dostatkiem, to może się udać do kina i kompletnie odpłynąć na czas projekcji, objeść się popcornem, a potem „omówić” temat z kumplami w pubie.

Reżyser Brad Peyton zafundował widzom bardzo luźną adaptację gry zręcznościowej na automaty, ale także na platformy Atari czy Commodore, z 1986 roku – zatytułowanej oczywiście Rampage – która polegała na tym, że niszczyło się miasto, kontrolując jednego z trzech wielkich monstrów. Takowe mutanty zresztą pojawiają się w filmie Rampage: Dzika furia – jako małpa, krokodyl i wilk (który ma bardzo „niewilcze” możliwości) – tudzież (bo jakżeby inaczej) dokonują totalnej reorganizacji struktury architektonicznej. Produkcja owa czerpie nawet nie garściami, a szuflami z filmów klasy B. Rampage: Dzika furia stanowi utwór samoświadomy i autoironiczny, do pewnego stopnia pastisz gatunków, bo otwarcie naśladuje lub parodiuje sceny z fantastyki lat 50. i 60., filmów katastroficznych, animal attack oraz monster movies. I tak mamy tu perskie oko puszczone do serii filmów z King Kongiem (ot, chociażby mutanty wspinają się na budynki pod ostrzałem z helikopterów), Godzillą, Anguriusem i resztą olbrzymiej menażerii. Są też lekkie nawiązania do Predatora. Sporo sekwencji to gore czystej wody (czy może raczej krwi), na przykład unoszące się w stanie nieważkości części ciała pechowych pracowników stacji kosmicznej. Oczywiście, byłoby znacznie lepiej, gdyby dziełko otrzymało kategorię R...

Fabuła jest pretekstowa i równie bzdurna jak w przypadku ekranizacji Resident Evil. Mamy oto prymatologa, czyli zoologa zajmującego się ssakami naczelnymi, Davisa Okoye (Dwayne Johnson), który jako zmęczony weteran wojenny za ludźmi bynajmniej nie przepada i wyżej ceni sobie towarzystwo goryla George’a. Biorąc pod uwagę, jak została przedstawiona tu spora część gatunku homo sapiens sapiens, doprawdy trudno mu się dziwić. Świetnie się razem czują, ale niestety w kosmosie znajduje się stacja, na której przeprowadza się bardzo niebezpieczne eksperymenty genetyczne (bo na Ziemi zostały one zakazane). Jak to zwykle w filmach bywa, więc dlaczego nie w Rampage: Dzikiej furii, rzeczone eksperymenty wymykają się spod kontroli – w rezultacie trzy próbki serum wzbogacającego DNA przedostają się do ziemskiej atmosfery, trafiają na teren USA i modyfikują trzy nieszczęsne stworzenia, w tym przyjaciela naszego głównego bohatera. Od tej chwili zwierzęta rosną i stają się coraz bardziej agresywne (biedne Chicago...). Naturalnie szefowie złej korporacji, rodzeństwo Wydenów (Malin Akerman i Jake Lacy), chcą odzyskać swoje serum. Wysyłają złego agenta Burke’a (Joe Manganiello), by je odzyskał. Okoye dołącza do akcji i nie daje sobie w kaszę dmuchać, starając się za wszelką cenę uratować George’a przed badaniami oraz niechybną eksterminacją.

Film Brada Peytona obfituje w świetne efekty specjalne, a także bardzo dynamiczne sekwencje (budynki pięknie się walą, a atakujące zmutowane stwory wyglądają całkiem przekonująco, zwłaszcza pieszczoch prymatologa – widać wpływ nowych Planet małp). Zaskakujących zwrotów akcji próżno tu szukać, za to sama akcja gna na złamanie karku. Nie ma co oczekiwać też skomplikowanych, przekonujących psychologicznie postaci – twórcy operują kliszami, a motywacje czarnych charakterów i podejmowane przez nie decyzje są wręcz żenujące. Nie da się zapomnieć, że to bardzo, ale to bardzo zła korporacja, której chodzi o pieniądze i w sumie „władzę nad światem”, a skutki działań wydają się nie mieć dlań znaczenia. Paradoksalnie jednak to bardziej bawi, niż przeszkadza. Jeśli chodzi o bohaterów, uśmiech budzą stereotypowe twarde laski, czyli ta dobra – doktor Kate Caldwell (Naomie Harris) – i ta zła – Claire Wyden (Malin Akerman) – jak również pomocnik Davisa – agent FBI, a zarazem twardziel o złotym sercu i zabawnych tekstach, Harvey Russell (Jeffrey Dean Morgan). Humor jest tu prosty, lecz nie obleśny. Dwayne Johnson jak zwykle rozbraja swymi ciętymi odzywkami, minami, muskułami i akcjami na „Terminatora”.

Czy warto dodać coś jeszcze? W zasadzie niniejsza recenzja już wyczerpuje temat – naprawdę nie ma tam nic, nad czym można by dywagować.


Rampage: Dzika furia jest dla Ciebie, jeśli:

  • chcesz odpocząć od myślenia przy absurdalnej, przygodowej rozwałce;
  • lubisz gry typu Potwory Atakują Miasto, ale akurat nie chce Ci się grać, tylko patrzeć;
  • w starym SimCity największą frajdę sprawiało Ci wypuszczanie potworów na ulice.
Najnowsze
Lubisz nas?