InformacjeFelieton

Trafienie Krytyczne #61. Mitologia awendżerska

... Sławek Serafin

Mit nowy. Mit stary. Różnią się czymś w ogóle, czy nie bardzo?

Wiecie jak wyglądała walka Achillesa z Hektorem? Jasne, że wiecie, oglądaliście Troję przecież, nie? Tyle, że to, co tam odstawiali Brad Pitt i Eric Bana, dość niewiele miało wspólnego z prawdą. To znaczy, jeśli założymy, że to, co napisał Homer w Iliadzie, jest prawdą właśnie. I pominiemy kwestię tego, że on tego tak naprawdę nie napisał, bo pierwotnie Iliada była pieśnią w tradycji oralnej i spisano ją dopiero później. No dobrze, ale, wracając do pytania – jak Achilles zabił Hektora? Na odległość. Patykami, tfu, włóczniami w siebie ciskali, a Achilles jechał na cheatach od Ateny i miał więcej włóczni. Trafił Hektora w obojczyk. I tyle. Żadnej widowiskowej walki wręcz, żadnego okładania się mieczami i tak dalej. Ale przynajmniej w filmie zachowano ten ostatni szczegół, czyli śmiertelną ranę Hektora.

No dobrze, ale dlaczego o tym piszę w ogóle? Głównie dlatego, żeby udowodnić, że nie znamy mitów już za bardzo. Przez całe wieki edukacja klasyczna obejmowała nie tylko Iliadę i Odyseję ale też całą resztę greckich mitów. Jeszcze całkiem niedawno była to obowiązkowa lektura, ale te wszystkie Tezeusze, Edypy, Jazony i cała reszta wypadli nieco z łask. I tak się długo trzymali. Dziś nasza znajomość mitologii jest bardzo powierzchowna. To znaczy, tej dawnej mitologii. Bo nową znamy doskonale przecież, prawda?

Się okazuje, że bez mitów żyć nie możemy. Człowiek, to zwierzę, które tworzy fikcję. I tę fikcję uwielbia, zwłaszcza, jeśli jest heroiczna. Nie musi być jakaś bardzo bohaterka, ale trochę musi. Kiedyś mity spełniały jeszcze inne role, poznawcze. Mity kosmologiczne i antropogeniczne tłumaczyły ludziom, skąd wziął się świat i jak to się stało, że oni się w nim znaleźli. W każdej kulturze, nawet najbardziej prymitywnej, na całym szerokim świecie, mamy tego typu historie. Urocze, choć dziś już całkowicie zbędne, bo od objaśniania natury i naszego miejsca w niej mamy coś o wiele lepszego – naukę.

Większość z nas bierze ją na wiarę, tak samo jak kiedyś mity o stworzeniu świata w siedem dni, to prawda. Za bardzo ta cała nauka poszła do przodu, żeby każdy z nas mógł sobie jej zdobycze eksperymentalnie potwierdzić w zaciszu domowym. Dlatego musimy wierzyć, w to co nam mówią naukowcy. Tyle, że, w odróżnieniu od wiary w to, co różni goście mówili dawniej o tym, jak świat i człowiek powstały, to, co twierdzą naukowcy, ma jedną, wielką przewagę. Działa. Samochód jeździ, pralka pierze, satelity GPS mówią nam, gdzie jesteśmy. To całkiem spory argument za tym, żeby naukę traktować jednak nieco inaczej, niż opowieści o arce Noego czy tam innym Yggdrasilu. Mitów do poznawania świata już nie potrzebujemy. Ale to nie znaczy, że nie potrzebujemy ich już w ogóle. Ba, wraz z zawłaszczeniem większość z nich przez naukę, popyt na bajki znacznie wzrósł.

Jedna z nowszych, Avengers: Wojna bez granic niedawno weszła do kin nawet, przyciągając do miliony ludzi spragnionych… mitów. Jasne, można polemizować, czy to jest nowa mitologia czy też nie, ale takie wgryzanie się w temat zostawmy może specjalistom. Nam, tutaj, na nasze skromne potrzeby, wystarczy to, że tak naprawdę historia o Iron Manie, Thorze i Kapitanie Ameryce nieszczególnie różni się od historii, które starożytni opowiadali o Gilgameszu, Heraklesie i innych ówczesnych superherosach, dysponujących nadprzyrodzonymi mocami. Loki i Thor nawet się załapali na współczesne reprezentacje, choć te nowe są mizernymi cieniami oryginałów, niestety. Jasne, awendżersowy Thor to niezły herbatnik, ale, bardzo przepraszam, nie aż taki, żeby wywołać morskie pływy, prawda? A tamten oryginalny właśnie spowodował, że istnieją przypływy i odpływy po tym, jak napił się z magicznego rogu w czasie wizyty w Utgardzie. Nieźle, nie? Oczywiście, dziś wiemy, że za pływy odpowiadają Księżyc i Słońce, ale to nie zmienia faktu, że stary Thor jednak miał większy rozmach niż ten nowy.

Jasne, ktoś powie, że ta dzisiejsza mitologia to jednak zupełnie inna jest. Po pierwsze i najważniejsze, w odróżnieniu od starożytnych, wiemy, że to bajki, nie? Chyba nikt nie wierzy, że naprawdę jest jakiś Iron Man, prawda? To znaczy, mam nadzieję, że nie. Po tym jak jakieś parę lat temu powstał Jediizm, czyli oficjalny kościół wyznawców gwiezdnowojennej Mocy, można się już wszystkiego spodziewać. Swoją drogą, ciekawe, czy mamy w Polsce więcej wyznawców już, bo w spisie powszechnym z 2011 roku taką wiarę deklarowało tylko nieco ponad tysiąc osób, co jest bardzo słabym wynikiem w porównaniu z Czechami, gdzie w tym samym czasie jedaistów było około 15 tysięcy. A Czechy mają trzy razy mniej ludności niż Polska. Wstyd trochę, nie?

Wracając jednak do naszej świadomości fikcyjności tych nowych mitów bohaterskich, które zastąpiły nam opowieści o wyprawie po Złote Runo czy nici Ariadny. Wiemy, że owe opowieści to nie jest prawda, prawda? No wiemy. Tylko… czy starożytni nie wiedzieli? Zakładamy, że oni w to wszystko święcie wierzyli, ale, kurcze, skąd ta pewność? To nie byli jacyś głupsi ludzie niż my. A już zwłaszcza starożytni Grecy. Czy aby na pewno nie zdawali sobie sprawy, że większość tych opowieści to bujdy na resorach? W niektóre na pewno wierzyli, zwłaszcza te z kategorii kosmogonicznej i antropogenicznej, bo, jak już wcześniej wspominałem, objaśniały im w całkiem sensowny otaczających ich świat. Pewnie wierzyli nawet, że bogowie rzeczywiście mieszkają na Olimpie. Wiecie, że pierwszy raz zdobyto jego szczyt dopiero w 1913 roku? Do tego czasu nie było wcale pewności, czy przypadkiem nie ma tam rzeczywiście pałacu Zeusa.

Nie jestem już jednak taki pewien, czy wierzono, że taki Tezeusz jeden z drugim to były prawdziwe postacie. Jasne, wielkie rody podtrzymywały tę wiarę z przyczyn politycznych, bo wywiedzenie swojej linii genealogicznej od wielkiego herosa dodawało im sporo prestiżu. I nie da się ukryć również, że część tych mitów miała korzenie historyczne. Iliada też wydawała nam się całkowitą fikcją do momentu, gdy Schliemann znalazł Troję i grób Agamemnona w Mykenach, nie? A po odkryciu pałacu w Knossos opowieść o Minosie, Ariadnie i Minotaurze też przestała być taka stuprocentowo wyssana z palca. Tyle, że w tamtych czasach opowieści owe, przez nas współcześnie wkładane między mity, mogły być traktowane jako historie na faktach. Całkiem różne od mitów-mitów, bajek, o których wiedziano, że są bajkami, tak, jak my dziś wiemy, że Avengers to tylko wytwór wyobraźni.

Po dwóch tysiącach lat trochę trudno jest to ocenić, prawda? Pewności nie będziemy mieć nigdy. Tak samo, jak badacze, którzy będą zajmować się naszą kulturą za następne dwa tysiące lat nie będą wiedzieli, czy my tego Marvela i Gwiezdne Wojny braliśmy na serio, czy też nie. Zwłaszcza, jak trafią na zdjęcia z jakichś konwentów i zobaczą cosplayerów. To może ich nieco zdziwić, nie?

Jedno tylko jest pewne. Nie różnimy się aż tak bardzo od starożytnych. Oni mieli swoje mity, my mamy swoje, oni ekscytowali się zmyślonymi historiami i my również. Mitologia ma się świetnie. Może nieco się zmieniła, ale mitologią być nie przestała. To ciągle te same archetypy, te same toposy, te same schematy, nie zmienione od wtedy do teraz. Tyle postępu, tyle rozwoju… a my w tym samym miejscu stoimy. Dobrze to? Źle? Nie wiem. Fakty jednak są faktami. Szkoda tylko, że z Thora się taki cienias zrobił…

Najnowsze
Lubisz nas?