InformacjeFelieton

Kodowanie popkultury: nieistniejący, lecz możliwy bohater

... Łukasz Wiśniewski

Co sprawia, że bohater jest wiarygodny, mimo, iż wybiega poza swoja epokę? Gdybyż to było oczywiste… spojrzyjmy na kilku, którzy dali radę.

Doszło do przerwy w felietonach. Tygodniowej. Bo jakieś tam elementy majówki. No i jak zawsze piszę na ostatnią chwilę. Z jednej strony macie dzięki temu felietony maksymalnie aktualne względem tego, co mi się w głowie dzieje. Z drugiej, jak coś mi wyskoczy, nagle może się okazać, że nie zdążyłem napisać kolejnych kilku tysięcy znaków. Tym razem wyskoczyło mi między innymi niemożliwe, ale zaistniałe spotkanie. W sumie nawet dwa. Jak to ze mną bywa, nagle stary szkic felietonu wylądował w magazynie, a w puste miejsce wskakuje coś, co jest związane z wcześniejszymi rozważaniami, ale całkowicie dla mnie nowe. Porządkując sprawy: spotkałem się ze znajomą, z którą od dekady nie udawało mi się zderzyć ani na własnym (polskim), ani na jej (wyspiarskim) gruncie). Po drodze zaś obejrzałem ekranizację (no bo jak zawaliłem termin, to czemu nie oddać się prokrastynacji), którą uznawałem za niemożliwą.

Mózg ludzki to śmieszna sprawa, działa czasem losowo. Nagle uświadomiłem sobie, że czas napisać o takich bohaterach, których da się zaliczyć do kategorii nieistniejących, lecz możliwych. Owa kategoria brzmi strasznie fajnie, ale tylko dlatego, że jej nie wymyśliłem. “Nieistniejący, lecz możliwy” - jest w tym magia słowa, do której pewnie nie dorosłem, bo pochodzi od Bogusława Schaeffera, jednego z ludzi nieistniejących, lecz możliwych - jak bowiem połaczyć w sobie niesamowitą wiedzę muzykologa z talentem dramaturgiczym (o silnym aspekcie komediowym zarazem) w stopniu pozwalającym tworzyć spektakle wykraczające poza swoją epokę? Ów mistrz ponad ćwierć wieku temu napisał Scenariusz dla nieistniejącego, lecz możliwego aktora instrumentalnego, specjalnie z myślą o... niemożliwym, lecz istniejącym aktorze - Janie Peszku. Trudno zliczyć, ile razy oglądałem ten monodram. Nic dziwnego, że dziś używam owej konstrukcji myślowej w felietonie. To memetycznie oczywiste (zapiszcie sobie w kajetach, bo wykład na ten temat czeka na swoją chwilę w ramach Kodowania popkultury).

Spokojnie, mimo lat szkoły muzycznej i sporego obycia teatralnego, nie będę pisał akurat o tym, nie rezygnujcie z lektury. Pamiętacie, co pisałem na temat tworzenia światów fantastycznych i pułapek, które czekają na twórców? No więc dziś poszerzymy sobie temat za pomocą dzieł, które z fantastyki mają w sobie tylko to, że ich bohater nie powinien zaistnieć. Tyle że mógł. Poziom wiedzy w danej epoce wystarczał, by ktoś sięgnął umysłem tak daleko. Gdyby nie epoka z jej przyległościami. Nie ma bowiem opcji, by nawet najpłodniejszy umysł nie musiał się borykać z ograniczeniami czasu, w którym został ukształtowany, o czym już wspomniałem. Jeśli nawet pochodzimy z Europy, ale nie zobaczyliśmy w akcji “nowożytnego” procesu dowodowego z obrońcą (dziękujemy ci, Inkwizycjo, całkiem poważnie, tyś nam to wdrukowała w cywilizację), jak mamy spoglądać na zbrodnię i oskarżonego? Prawo rzymskie, zwłaszcza w jego średniowiecznej interpretacji (i tak będące nieustającą rewolucją dla wielu lokalnych sądów), nie dawało rady w takie zawiłości.

Specjalnie tym razem skoncentruję się na fikcji historycznej, nie fantasy. Temat zrobiłby się za szeroki, a ja przecież potrzebuję kolejnych pomysłów na felietony. Co więcej, zatrzymam się na tematyce kryminalnej. Pokażę kilku nieistniejących, lecz możliwych detektywów, zaczynając od Wilhelma z Baskerville, bohatera powieści Umberta Eco. Utalentowany pisarz nie dość, że ubrał to w literacką formę dziennika ucznia, to jeszcze kazał swojemu głównemu protagoniście wykroczyć poza schematy epoki. W efekcie powstało Imię Róży, jedna z najlepszych powieści kryminalnych osadzonych w średniowieczu, którą brawurowo zekranizował Jean-Jacques Annaud, obsadzając w rolach głównych Seana Connery'ego i Christiana Slatera. Czy takie śledztwo było możliwe? Tak, profile psychologiczne bohaterów to tłumaczą. Czy realnie mogłoby zaistnieć? Nie, o ile nie pojawiłyby się tak wyjątkowe osoby. One jednak w historii się zdarzają, przecież pamiętamy, jakie pomysły miał Leonardo da Vinci. Nawet jeśli był tylko pozerem, obiecującym zleceniodawcom rzeczy niemożliwe, to dalej wyprzedzał swoją epokę w dziedzinie… public relations. Zresztą ten spec od PR jednak stworzył szkice, na bazie których, wraz z postępem technologii, daje się stworzyć działające urządzenia.

Nieco trudniej jest uwierzyć w przypadek bohaterów z dwóch innych filmów, ale twórcy nam na to pozwolili... choć za drugim razem nie musieli. Po pierwsze warto wspomnieć The Reckoning, w którym brawurowe role zagrały takie gwiazy jak Willem Dafoe, Paul Bettany, Vincent Cassel czy... młodziutki Tom Hardy. Nieistniejąca, lecz jednak możliwa trupa teatralna rezygnuje z normalnego repertuaru opartego o misteria i komedie, by odegrać historię prawdziwej zbrodni. Tak, nic takiego się nie wydarzyło, ale obserwując zbieg okoliczności i motywację postaci, całkowicie w to wierzymy. Trudniejsza do uwierzenia jest Godzina świni, którą nakręcił Irlandczyk Leslie Megahey. Tyle że… to de facto fabularyzowany dokument. Zarówno oskarżenie względem świni, jak i proces z wykorzystaniem znajomości prawa rzymskiego to fakty. Niemożliwe, lecz istniejące dla odmiany. Czy można było stawiać przed sądem zwierzę i wymagać od niego udziału w procesie? Tak. Wypaczenie franciszkańskiej idei dawało ku temu podstawy. Jak widać, niemożliwe niewiele dzieli od możliwego, a nieistniejących śledczych od istniejących. Bo Bartholomew Chassenee istniał, a oglądamy ten film jak surrealistyczną fikcję. Takie osoby są świetnym wytrychem dla twórców chcących opowiedzieć o nieistniejących, lecz możliwych śledztwach. Skoro coś tak szalonego miało miejsce w historii…

Braciszek Cadfael nie istniał. Na wiele sposobów ten bohater cyklu powieściowego - a potem serialu z drugiej połowy lat dziewięćdziesiątych - jest dzieckiem epoki twórców, a nie tej, w którą go wrzucono. Twórcy scenariusza (Christopher Russell i Richard Stoneman) czasem mocno wychodzili poza ramy opowieści, którą nakreśliła Edith Pargeter, ale ze wszelkich sił starali się bohatera uwiarygodnić. Czasami przeginali (autorka też), ale zwykle dawali radę. Stworzono mu tło byłego krzyżowca, czyli światowca. To świetny trick, bo każdą nadwyżkę wiedzy i otwartości światopoglądowej jakoś tam tłumaczą jego wcześniejsze wojaże. Całkowicie nieistniejący i raczej niemożliwy… ale w ramach konstrukcji fabuły jednakże zwykle wiarygodny. Przecież każdy wie, że mnisi znają się na ziołach, prawda? No, a uczestnik świętych wojen raczej dużo wie o ranach? Cadfaelowi - jako czytelnicy i widzowie - wierzylismy nawet wtedy, gdy trochę nie wierzyliśmy.

No i dochodzimy do bohatera, któremu nie sposób nie wierzyć. Zwłaszcza, gdy ma się za sobą popularnonaukowe książki Jürgena Thorwalda. Jesteśmy u zarania XX wieku, wiedza psychologiczna, patologia, kryminalistyka - to fakt. Jasne, że z dziurami, z wdrukowanymi przesądami, ale… fakt i już. No i nagle Caleb Carr, doświadczony dziennikarz, nowojorczyk z krwi i kości, tworzy postać Laszlo Kreizlera, psychiatry od trudnych przypadków, którego epoka każe nazywać alienistą. Biorąc pod uwagę wiedzę epoki, to bohater całkowicie możliwy, tyle że nie nieistniejący. Tu wytrych jest prosty: dowodzący wówczas nowojorską policją przyszły prezydent Roosevelt postanowił po taką pomoc siegnąć. Utalentowanych psychiatrów miał już na pęczki. Tyle że okazja się nie zdarzyła, więc Laszlo pozostaje nieistniejącym, lecz możliwym śledczym. Tak samo jak jego grupa zadaniowa - składająca się z całkowicie prawdopodobnych, lecz historycznie “nieodpalonych” osób. Carr jako specjalista od miasta i epoki nadał wszystkiemu tło, które sprawiło, że w śledztwo alienisty nie sposób nie uwierzyć. Co więcej, twórcy serialu nie zrobili nic, by to schrzanić. Nie starali się być mądrzejsi od pisarza, nie unikali też poruszanych przez niego trudnych tematów. W efekcie powstał brudny kryminał, przy którym sporo klasyki noir to grzeczne czyścioszki. Polecam bardzo, jak jakiś łobuz z redakcji mnie nie ubiegnie, to zrecenzuję.

Jak widać, nieistniejący, lecz możliwy bohater to ktoś, o kogo warto walczyć. Aby coś z naszego poletka na koniec zostawić: w postmodernistycznym Wiedźminie mieliśmy niejakiego Raymonda Maarloeve, nieślubne dziecko pewnego autora i pewnego jego bohatera. Którzy zasługują na przynajmniej jeden osobny tekst, choćby dlatego, że razem zapłodnili sporą część popkultury. Dziś fajrant. Obejrzyjcie wspomniane filmy i seriale, przeczytajcie książki, raczej nie będziecie żałować nawet minuty...

Najnowsze
Lubisz nas?