InformacjeBez prądu - film

Giń, denny filmie! - recenzja filmu Życzenie śmierci

... Joanna Kułakowska

Najnowsze „dziecko” Eliego Rotha nie powinno się w ogóle urodzić – w kinach jest sporo filmów do wyboru, a na ten na pewno nie warto marnować czasu.

Eli Roth, znany również jako aktor, to reżyser mocno nierówny – no dobra, kiepski, ale serial Hemlock Grove, mimo mankamentów, budzi zainteresowanie, stanowiąc chlubny wyjątek w twórczości. Krwawym dziełkom rzeczonego trudno zarzucić nudę, nawet jeśli są idiotyczne, ale tym razem wyglądało to inaczej. Jakoś tak się stało, że jego Życzenie śmierci (ang. Death Wish) – remake filmu z 1974 roku – jest nie tylko miałkie, ale i nudnawe (źle skomponowane sceny akcji oraz dość mierne gadki odstawiane przez Bruce’a Willisa). Przede wszystkim jednak nie koresponduje z oryginałem.

Surowe, wręcz siermiężne, i przez to sprawiające wrażenie jeszcze bardziej brutalnego Życzenie śmierci Michaela Winnera, gdzie w głównego bohatera wciela się Charles Bronson, owszem, stanowiło krwawą łaźnię, przy której niejeden rzeźnik z tamtych czasów by się wzdrygnął, ale miało również coś do powiedzenia. Niektórym czytelnikom i czytelniczkom niniejszej recenzji być może zabawne wyda się zaliczanie owego filmu w poczet publicystyki społecznej, ale... w zasadzie tak było. Była to część ówczesnego dyskursu społecznego. Może i w sposób płytki, ale film mówił o kompletnej nieudolności i bezwładzie systemu, przez co ofiary przestępstw stają się ofiarami jeszcze bardziej, bo nie uzyskują sprawiedliwości, a przestępcy pozostają bezkarni. Mówił o różnicach między tym, co oferuje wymiar sprawiedliwości, a osobistym poczuciu tejże, w rezultacie czego zwykły, spokojny dotąd człowiek, cierpiąc z powodu krzywdy, jaka spotkała jego rodzinę, postanawia wymierzyć ją na własną rękę. Ponieważ okrucieństwo musi być zdławione – a okrutnicy boją się tylko okrutniejszych od siebie. Oczywiście, można wykazywać bezsens i szkodliwość spirali przemocy, można nie zgadzać się z różnych względów, ale tamten (owszem, bazujący na stereotypach) obraz był przynajmniej głosem w szerszej dyskusji. Twórca zastanawiał się, do czego musi posunąć się zwykły obywatel, by osiągnąć to, co niby gwarantuje mu prawo. Remake tymczasem nie ma żadnych aspiracji – nie ma tu refleksji, więc nie wpasowuje się w konwencję rozprawki o prawie do posiadania broni, nie spiera się z oryginałem ani nie oferuje innej perspektywy, ani też nie uwypukla elementów uprzednio pominiętych lub potraktowanych po macoszemu. Eli Roth nie sięgnął również po książkowy pierwowzór autorstwa Briana Garfielda (różniący się od filmu Winnera), a szkoda, bo to byłoby coś nowego.

Tak więc w nowym Życzeniu śmierci o nic za bardzo nie chodzi, dostajemy kolejny sztampowy film o mścicielu, oparty o wielokrotnie wałkowane motywy i przerysowany w sposób charakterystyczny dla lat 80. Oczywiście nic w tym złego, jeśli takowy dobrze się prezentuje, dostarczając dramatycznej rozrywki, ale obraz Rotha jest cienki jak kompot z desek. Ot, Paul Kersey (Bruce Willis) – uprzednio architekt, teraz zaś chirurg z Chicago – macha gnatem i zabija. Przebranżowienie ma trochę sensu, gdyż bohater dowiaduje się dzięki temu sporo na temat postrzałów, co przyda mu się w późniejszej „pracy”. Niestety, większość składowych obrazu nie jest tak dobrze przemyślana. Postacie są powierzchowne i do bólu konwencjonalne, włącznie z policjantem nieudolnie prowadzącym śledztwo (Dean Norris). Mocno razi brak psychologicznej konsekwencji zarówno w zachowaniu Kerseya, jak i jego córki Jordan (Camila Morrone). Realizacja jest pretensjonalna – flashbacki z rodzinnego ciepełka inkrustują śmiercionośne „operacje” na bandziorach, te zaś są nader monotonne i nużą widownię. Scenariusz Joego Carnahana obfituje w zbiegi okoliczności typu Deus ex machina. Do tego wszystkiego ni w pięć, ni w dziewięć dołączony jest niezgrabny i zupełnie nieśmieszny pseudo-komizm sytuacyjny.

Do trafionych elementów należą za to kwestie związane z erą Internetu – na przykład internetowe memy na temat mściciela albo fakt, że Kersey uczy się obsługi broni z filmików umieszczanych na YouTube. Z drugiej strony, ciężko nie wspomnieć, że biorąc pod uwagę częstotliwość występów naszego bohatera, to w czasach Internetu, kamer i komórek zostałby raczej szybko zidentyfikowany... Udana jest scena, gdy bohater empirycznie dowiaduje się, czym jest rykoszet, wskutek nieprzemyślanego wyboru miejsca do ćwiczeń.

Na koniec dodajmy jeszcze, że jeśli chodzi o obsadę, to nie ma na kim oka zawiesić. Elisabeth Shue w roli Lucy, małżonki Paula Kerseya, okazuje się kompletnie przeciętna. Podobnie Camila Morrone jako córka. Smutnie wypada zwłaszcza Bruce Willis, który podąża tą samą drogą co Johnny Depp – gra już głównie wariację na temat jednej postaci o wciąż tych samych grymasach i zachowaniach. Muzyka w Życzeniu śmierci jest za to niezła, wpada w ucho. Cóż, jednak to nie musical, lecz dramat sensacyjny, tak więc nie jest to coś, co osłodzi nam kinowe rozczarowanie.

Podsumowując: denny film bez drugiego dna. Życzmy mu śmierci.


Zamiast iść na to do kina, zagrajcie w dowolną grę. Serio: dowolną.

Najnowsze
Lubisz nas?