InformacjeBez prądu - film

Nigdy cię tu nie było to kino wybawcy w zupełnie nowej odsłonie

... Kamil Ostrowski

Sama przyjemność, plus trochę pożywki dla ducha, czyli świetny aktor, młotek, układ do rozbicia i traumatyczne przeżycia.

Recenzując Nigdy cię tu nie było mam ochotę rozpocząć od stwierdzenia, że nie jest to film jakiego się spodziewacie. Ciężko w to uwierzyć czytając opis filmu, który zapowiada klasyczną historię z gatunku „znajdź i uratuj”, w klasycznej obsadzie: weteran sił specjalnych, niewinna nastolatka, mafijna grupa. Oczywiście szybko objawia się konieczność odbicia zaginionej nastolatki z rąk „tych złych”. Uwierzcie mi jednak na słowo – ten film jest inny, niż się spodziewacie.

Możliwe, że zdacie sobie z tego sprawę już po pierwszych scenach, kiedy to możemy obserwować Joe wracającego z którejś z rutynowych misji. Widząc zabarwioną na czerwono wodę spodziewałem się napięcia. Okazało się, że jest go brak, z ekranu natomiast sączyło się zmęczenie. Reżyser pogrywa sobie z widzem, bowiem gdy moment później pojawia się okazja do konfrontacji i zaserwowania pierwszej dawki brutalności, bohater odchodzi. Spodziewałem się napięcia, zamiast tego dostałem coś w rodzaju zrezygnowania, wycofania i… chęci świętego spokoju? Oczywiście interpretować można to na różne sposoby – na żadnym etapie bohater nie będzie podpowiadał widzowi, jak ma oglądać Nigdy cię tu nie było.

Film jest dosyć enigmatyczny w swojej ogólnej wymowie. Historia nie jest przesadnie skomplikowana, chociaż sporo się dzieje – to w dalszym ciągu film akcji. Pada niewiele słów, chociaż głównym bohaterem widocznie targają sprzeczne emocje. Po pewnym czasie załapiecie z jakiego powodu Joe działa w ten, a nie inny sposób, ale pierwsze wrażenie pozostaje z widzem na długo. Dziwacznie jest czuć ten rozdźwięk, pomiędzy tam jak główny bohater się zachowuje, a jak powinien się zachowywać. Przyzwyczailiśmy się do tego, że nawet gdy heros jest zagubiony, odnajduje się, swój cel, swoją równowagę, w momencie próby. Joe nie odnajduje się aż do końca.

Film jest ogromnie ciekawy w swoim łamaniu konwenansów, nawet jeżeli pewne zabiegi są tak ostre, że wydają się wręcz przerysowane. Postawiony w roli bohatera Joe, grany przez arcygenialnego Joaquina Phoenixa schodzi ze schodów bez koszulki, którą zniszczył. Nie stracił jej w walce, nie zerwał jej aby efektownie rzucić się w miłosne objęcia kobiety. Zerwał ją w napadzie absurdalnego szału, kiedy dopadł go kolejny napad lęku spowodowany traumami z dzieciństwa, na który nakładają się zespoły pourazowe nabyte podczas akcji, doprawione głębokim smutkiem kogoś, kto widział zbyt dużo cierpienia, zła i obojętności na śmierć. Joe schodzi ze schodów. Ma umięśnione ramiona, chwilę przedtem zabijał w walce wręcz, rozbijając głowy młotkiem, jakby brał udział w świniobiciu. Jednocześnie widać, że ma wystający brzuch i jest lekko zalany – zupełnie inny od wymuskanych, odessanych z tłuszczu bohaterów, do których przyzwyczaiło nas Hollywood. Źle się odżywia, źle się prowadzi, prawdopodobnie za mało śpi. To widać, nawet jeżeli pozostaje śmiertelnie groźny. Aż dziwne, że muszę o tym mówić jak o kontraście czy paradoksie, podczas gdy naturalnym jest, żeby „upadły” bohater był chociaż trochę zaniedbany.

Niezmiernie dobrze ogląda się Nigdy cię tu nie było. Film dawkuje brutalność poprzez nie pokazywanie tego co najgorsze, przez odległe ujęcia, przez ukazanie akcji w soczewce kamery przemysłowej, przez ukazanie już dokonanego aktu przemocy. W pewnym sensie odniosłem wrażenie, że film posiada jakiś punkt styczny z Hotline Miami. Tutaj również najważniejsza była refleksja „po”, sprowadzająca się w dużej mierze do: „Co ja najlepszego zrobiłem, dlaczego tak łatwo jest mi być brutalnym i znieczulonym?”.

Uwielbiam takie filmy jak Nigdy cię tu nie było. Idealnie wyważone pomiędzy rozrywką, a sztuką. Jest tutaj trochę akcji, trochę przejęcia, trochę walki, ale najważniejsze w tym wszystkim jest, że widz zostaje z czymś. Myśli kotłują się co najmniej przez kolejnych kilkadziesiąt minut, bowiem reżyser pozostawia swoje dzieło otwarte na interpretację. Twórcy mieli coś do powiedzenia. Joaquin Phoenix miał coś do pokazania. Scenarzyści chcieli coś przekazać. Wszyscy razem uzupełnili się, tworząc oryginalną, nieszablonową opowieść, którą świetnie się też ogląda. Ciężko jest nie docenić tego filmu, a jednak daleko mu do uciążliwego inteligenckiego zadęcia. Bardzo dobre.

Nigdy cię tu nie było spodoba się miłośnikom Hotline Miami czy takich klasyków jak Streets of Rage. Oczywiście również wszystkim tym, który po prostu lubią dobre kino.

Najnowsze
Lubisz nas?