InformacjeInne

Brandon Sanderson o Cosmere, okładkach oraz definicjach SF i fantasy - trzecia część wywiadu dla gram.pl

... Joanna Kułakowska i Łukasz M. Wiśniewski

W ostatniej części wywiadu koncentrujemy się przede wszystkim na rozmaitych aspektach twórczości Brandona Sandersona, w tym metawarstwie Cosmere.

Łukasz M. Wiśniewski: Grałeś w RPG, a teraz masz grę w świecie wykreowanym dla Z mgły zrodzonego.

Brandon Sanderson: Tak, jest świetna. Naprawdę powinniście w nią zagrać, to świetna zabawa. Twórcy przyszli do mnie i powiedzieli, że chcą zrobić grę RPG w oparciu o moje książki. A ja osłupiałem, bo to naprawdę brzmiało, jakbym to sobie wymyślił. Zapomnijcie o tych wszystkich bestsellerach... Ktoś chce zrobić grę RPG w oparciu o moje książki? To naprawdę super! A później usiedliśmy i zastanowiliśmy się, jak stworzyć dobry system RPG. Ja wskazywałem na stare Gwiezdne wojny wydawnictwa West End Games. Dla tych, którzy nie są fanatykami RPG – Gwiezdne wojny, wydane przez West End Games, to bardzo prosty system, ale pozwala dużo zrobić (należał do moich ulubionych w czasach, gdy dorastałem). Chcieliśmy mieć system, w którym pojedynki na słowa byłyby równie ważne co walka. To jedna z rzeczy, na którą kładłem nacisk. Poza tym wyszedł właśnie system na podstawie książek Jima Butchera (pisarz znany przede wszystkim jako autor cyklu Akta Harry’ego Dresdena – dopisek red.) i radził sobie bardzo dobrze – ludzie byli nim podekscytowani. I tak to się zaczęło.

Ł.M.W.: Logotyp Cosmere znalazł się po raz pierwszy w oryginalnym wydaniu Arcanum Unbounded: The Cosmere Collection – polskie wydanie nosi tytuł Bezkres magii. Czy zamierzasz wymagać teraz od wydawców, by w kolejnych wydaniach książek z uniwersum Cosmere obecny był ten znak? W przypadku wydań zagranicznych nie byłoby to proste...

B.S.: Nie, nie zamierzam kłaść na to nacisku. Ten logotyp jest przeznaczony dla książek, które nie mają swojej własnej serii. Jest po to, żeby dać znać: Hej, ta opowieść nie należy do żadnej serii, ale dzieje się w Cosmere. Tak więc możecie zobaczyć go na mikropowieściach i pojedynczych utworach, ale nie planuję go umieszczać na przykład na każdej książce z Archiwum Burzowego Światła czy coś w tym rodzaju. A w każdym razie w tej chwili nie mam takiego zamiaru.

Joanna Kułakowska: Powodem powstania tego pytania jest fakt, że inne polskie wersje nie mają tego znaku.

B.S.: Angielskie jeszcze też nie.

Ł.M.W.: Przed tobą leży polskie wydanie Arcanum Unbounded – nie tylko bez oryginalnej ilustracji, ale i pod zmienionym tytułem. Obok masz dwa pierwsze tomy serii Archiwum Burzowego Światła z pięknymi ilustracjami Tomka Marońskiego, które ewidentnie powstały na bazie oczekiwań rynku, a nie treści twoich utworów...

B.S.: To jedyna okładka, na której jest ten znak. Była to decyzja grafika. Zasugerowaliśmy jego użycie, ale myślę, że wcale nie jest konieczny. Nie wiedziałem, że to jest Arcanum Unbounded (Bezkres magii – dopisek red.). O, w końcu. Macie już wszystko, bo wyszły Legion i Idealny stan. Naprawdę podobają mi się polskie wydania moich książek. Mają jedne z najlepszych okładek pośród wydań zagranicznych, jestem bardzo zadowolony.

Ł.M.W.: Pozdrowienia od Tomka Marońskiego.

B.S. Jest fantastyczny.

Ł.M.W.: Cały problem polega na tym, że generalnie otrzymujesz bardzo ładne okładki, ale nie mają zbyt wiele wspólnego z zawartością książki.

B.S.: Przekazują właściwy nastrój. (Pokazujemy Drogę królów i Słowa Światłości – dopisek red.) Ostrze Odprysku jest trochę zbyt małe, ale nie będę narzekał. Wyglądają świetnie.

J.K.: A skoro już mówisz o Ostrzu Odprysku – gdybyś nosił w sobie Odprysk Adonalsium, to jaka przyświecałaby mu Intencja?

B.S.: Wyobraźnia, mam nadzieję. Nie wiem... Wyobraźnia byłaby bardzo dobra.

J.K.: A czy można złożyć z powrotem Odprysk? Tak teoretycznie.

B.S.: To pytanie, które nazywam Przeczytaj i się dowiedz. Ulubiona fraza Roberta Jordana, która oznacza Pewnego dnia na to odpowiem. Ale nie dziś. (Śmiech)

J.K.: Będę drążyć. (Śmiech) Jeśli rozszczepienie Odprysku Adonalsium powoduje nie tylko śmierć nosiciela, ale i rozbicie, rozproszenie tej konkretnej mocy i niemożność jej podniesienia, Wstąpienia, to czy ten konkretny aspekt Adonalsium nie zostaje osłabiony w całym Cosmere?

B.S.: Dobre pytanie... Odpowiedź brzmi nie. A powodem, dlaczego nie, jest fakt, że moc przenika wszystko. To znów nawiązanie do form Platona. Moc istnieje jako ideał, przenika wszystko. I tak, istnieją pewne świadomości z nią powiązane, ale kiedy świadomość zostaje zniszczona, energia nie jest zniszczona – ona nie może zostać zniszczona, może tylko zmienić postać. W Cosmere mamy energię, mamy Napełnienie – magiczną energię – i mamy materię. I tak, można przechodzić między tymi trzema formami, ale moc nigdy nie znika.

J.K.: Ale odłamki Odprysków mogą mieć przeciwną Intencję do Odprysków.

B.S.: Tak.

J.K.: I czy to nie osłabia aspektu?

B.S.: Tak, przeciwstawne Intencje osłabiają świadomość, która próbuje nad nimi zapanować. To nie znaczy jednak, że w całym Cosmere te rzeczy nie istnieją jako emocje. Może to na jakiś czas osłabić zdolność siły do wprowadzania zmian, czyli osłabia aspekt w niewielkim stopniu.

J.K.: A przez ciekawość – Adonalsium to on czy ona, czy w ogóle poza tymi kategoriami?

B.S.: Ludzie używają męskich zaimków osobowych, kiedy mówią o Adonalsium. W większości wypadków. Tym, czym naprawdę było Adonalsium, zajmę się w innej książce, ale większość osób używa męskich określeń.

J.K.: Ha! Dyskryminacja. (Śmiech)

B.S.: Tak. Tradycja patriarchalna.

Ł.M.W: A teraz dla odmiany pytanie związane z Kołem Czasu: Jak współpracowało się z wdową po Robercie Jordanie, która pewnie miała do tego bardzo emocjonalny stosunek?

B.S.: Harriet Rigney była redaktorką swojego męża. Nie wiem, czy to wiecie, ale to ona odkryła Roberta Jordana jako pisarza, a dopiero później za niego wyszła, czyli najpierw była jego redaktorką, a dopiero później żoną. Tak więc od samego początku była związana z Kołem Czasu. I była fantastycznym źródłem informacji. Harriet jednak nie jest pisarką, tylko redaktorką. Miłą cechę współpracy stanowił fakt, że nie musiałem współdziałać z kimś, kto nie znał się na rzeczy – ona wiedziała, co to znaczy być redaktorem, i była wyjątkowo wnikliwa – zresztą nadal jest. Znała Koło czasu od podszewki. Wydaje mi się, że bez Harriet nie byłoby to możliwe. Tak, współpraca była wspaniała i wiele wniosła. Harriet pomagała mi z klimatem i specyfiką postaci – pisałem scenę, wysyłałem do niej, a ona odpisywała, że to „nie brzmi” do końca jak ta postać, zrób to i to, i to, popchnij trochę w tę stronę, a uzyskasz właściwy ton. To stanowiło jedną z najważniejszych kwestii. Fabułą się tak nie przejmowała, ważniejsze było oddanie bohaterów we właściwy sposób.

Ł.M.W: Niektórzy fani są ciekawi, czy Archiwum Burzowego Światła nie jest w jakimś stopniu próbą współzawodnictwa z Kołem Czasu, stworzenia czegoś lepszego.

B.S.: Nie. Widzicie, wśród autorów fantasy jest tak, że jeśli ktoś dorasta, czytając Koło Czasu, pragnie stworzyć coś swojego, coś większego. I jeśli chodzi o fantasy, to w dużym stopniu wszyscy stoimy sobie nawzajem na ramionach. Robert Jordan stoi na ramionach Tolkiena, ja stoję na jego. Nie próbuję napisać czegoś lepszego, próbuję napisać coś, co jest świetne.

J.K.: Wiemy, że cenisz twórczość Roberta Jordana, George’a R.R. Martina i uwielbiasz Terry’ego Pratchetta. Kto jeszcze sprawił ci czytelniczą frajdę?

B.S.: Tak. Czytam mnóstwo powieści Terry’ego Pratchetta. Bardzo cenię też Pata Rothfussa, którego powieści są wspaniałe. Pisze on jednocześnie pięknie, lirycznie i porywająco. Obecnie często widać rozdźwięk między utworami, które są rozrywkowymi, przygodowymi historiami, a tymi, które są przykładem pięknego operowania słowem...

Ł.M.W: Co do „rozdźwięku” – czy uważasz, że istnieje ścisłe rozróżnienie między SF a fantasy? Czy powinniśmy go dokonywać?

B.S.: Nie sądzę, by było możliwe dokonanie ścisłego rozróżnienia. Nie jestem jednym z tych ludzi, którzy chcą je rozdzielić. Sądzę, że łączą się ze sobą w sposób bardzo naturalny. Podoba mi się, że w większości księgarni stoją na tych samych półkach. Gdybym musiał dokonać rozróżnienia, to dla mnie fantasy jest o niemożliwym, które wydaje się wiarygodne, a SF jest o wiarygodnym, rozciągniętym aż do samych granic niemożliwego. Tak więc w pewnym sensie to odwrócenie. My próbujemy wziąć coś niemożliwego i sprawić, by wydawało się realistyczne. Pisarze SF biorą realizm, a później sięgają daleko do przodu, próbując dotrzeć do czegoś, co wciąż jest bardzo wiarygodne. Jest jednak tak wiele rzeczy, które przełamują taki schemat. I dlatego podoba mi się, że się mieszają, a między nimi jest mnóstwo odcieni pośrednich.

J.K.: Czyli czwarta trylogia rozgrywająca się w świecie Scadrial (na razie powstały serie Z mgły zrodzony i Stop prawa) to będzie technofantasy?

B.S.: Tak, choć ja bym ją nazwał po prostu SF. Ale to będzie raczej space opera niż hard SF, mniej Ekspansja, a bardziej pewnie Gwiezdne wojny. Ale tak, technofantasy to pewnie dobre określenie – tak można by nazwać Gwiezdne wojny. Chciałbym jednak, żeby moje SF było trochę twardsze, jeśli to możliwe. Nie prawdziwe hard SF, ale...

Ł.M.W: Hard fantasy? Tak byś określił to, co tworzysz?

B.S.: Tak, podoba mi się to określenie. Inni ludzie też go używali. Podoba mi się, ale z tym zastrzeżeniem, że przede wszystkim próbuję tworzyć rzeczy, które są fajne. Kiedy kreowałem Drogę królów, myślałem o burzy, bo bardzo podobał mi się ten pomysł. A później ekstrapolując z tego punktu, przemyślałem kwestię, jak wyglądałoby życie na takiej planecie. Zacząłem jednak od fajnego pomysłu – fajne pomysły mnie napędzają. W pewnym sensie podchodzę do tego inaczej niż niektórzy pisarze SF, którzy – jak już mówiłem – wychodzą naprzód. Ja mam fajny pomysł, a później się z niego stopniowo wycofuję. Często też moja historia przychodzi, gdy coś czytam lub oglądam, gdy myślę, że tamci bohaterowie mogli zrobić coś w inny sposób.

J.K.: A więc już wiemy, w jaki sposób tworzysz opowieść. Na koniec chcieliśmy zadać pytanie z rodzaju tych monumentalnych. (Śmiech) Podczas lektury twoich książek czasem rzuca się w oczy metawarstwa. Na przykład w Rozjemcy – kiedy bohaterka przybywa do kraju Króla-Boga, widzi ludzi ubranych w stroje do złudzenia przypominające zróżnicowaną modę XX i XXI w. W Archiwum Burzowego Światła pojawia się dotyczący kobiet zwyczaj „rękawa na bezpieczną dłoń”, od którego co bardziej pragmatyczne kultury uciekają, zastępując „rękawiczką na bezpieczną dłoń”, a obeznane z pismem są jedynie kobiety, bo czytanie to zajęcie „niemęskie”... Czy to tylko ozdobniki, czy w ten sposób podsuwasz kwestie nam znane, zwracasz uwagę na to, że w każdym z możliwych światów – w tym naszym – ludzie mogą dojść do tych samych rozwiązań lub wygenerować absurdalne, krzywdzące tradycje i stereotypy?

B.S.: Powód, dla którego to robię, jest następujący: generalnie pierwszy krok stanowi pragnienie, żeby książka odzwierciedlała prawdziwe ludzkie doświadczenia w fantastyczny sposób. Kiedy buduję powieść fantasy, najważniejsza jest imersja, przekonanie, że ten świat jest prawdziwy. Musicie uwierzyć, że świat jest prawdziwy, bo jeśli tak się nie stanie, bardzo szybko wyda się śmieszny i głupi. Wszystkie powieści fantasy pozbawione wrażenia realizmu szybko stają się komiczne. Uważam też, że każda dobra literatura nie tylko odzwierciedla nasz świat, ale też go komentuje. I tak dochodzimy do tradycji „bezpiecznej dłoni”, która zgłębia tabu nieistniejące w naszym świecie, sprawia, że świat fantasy wydaje się bardziej fantastyczny, ale jednocześnie w naprawdę poważny sposób utrudnia kobietom uczestniczenie w społeczeństwie poprzez dosłowne wiązanie im rąk. I w ten sposób owo tabu odnosi się do pewnych idei, które są częścią naszego społeczeństwa, mam też nadzieję, że odrobinę je podkreśla. Powtórzę jednak, że moim celem nie jest alegoria, moim celem nie jest korelacja jeden do jednego – chcę mówić o ludzkim doświadczeniu, ale interpretację pozostawić czytelnikom. I to jest dla mnie najważniejsze. Nie chcę prawić kazań, pragnę skłonić ludzi do myślenia, a to dla mnie dwie różne rzeczy. Tak więc trochę tego i trochę tego. Jeśli książka nie mówi w ogóle nic wartościowego, to zbyt łatwo ją zapomnieć, ale jeśli mówi zbyt wiele, to zmienia się w kazanie.

J.K.: Życzymy ci w takim razie, żeby żadna z twoich książek nigdy nie zmieniła się w kazanie, i mamy nadzieję, że zostaniemy przytłoczeni kolejnymi ciężkimi tomiszczami.

Ł.M.W.: I bardzo dziękujemy za rozmowę.

Brandon Sanderson – amerykański pisarz fantastyki i powieści przygodowych dla młodzieży. Znany jest jako twórca oryginalnego uniwersum fantasy – Cosmere – i autor nietuzinkowych utworów o zróżnicowanej tematyce. Zadebiutował w 2005 roku powieścią Elantris, która ukazała się na polskim rynku nakładem wydawnictwa MAG w 2007 roku. Dwukrotny laureat nagrody Hugo w 2013 roku – m.in. w kategorii „Najlepsza powieść” za Duszę cesarza. Po śmierci Roberta Jordana, autora cyklu Koło Czasu, Sanderson został wybrany przez żonę zmarłego (Harriet Rigney), aby dokończył ostatni, dwunasty tom – jako że materiał okazał się niezwykle obszerny, ów tom rozrósł się do trzech. Obszerność dzieł to cecha charakterystyczna tego pisarza – obecnie jest on autorem ponad trzydziestu książek w kilku cyklach, jak na przykład: Z mgły zrodzony, Elantris, Mściciele, Rozjemca (w poprzednim wydaniu Siewca Wojny), Archiwum Burzowego Światła. Na ten ostatni składają się, liczące około tysiąca stron, tomiszcza: Droga królów (MAG, 2014), Słowa światłości (MAG, 2014), Dawca przysięgi – polskie wydanie zostało podzielone na dwie części, pierwsza ukazała się u nas w zeszłym roku, druga będzie miała premierę 18 kwietnia 2018 roku. W pracach nad tym olbrzymim wywiadem pomagała nam aż dwójka tłumaczy z ramienia wydawnictwa MAG – Grzegorz Zieliński i Anna Studniarek, która jest autorką przekładu Archiwum Burzowego Światła i innych książek Sandersona.

Poprzednie części tego olbrzymiego wywiadu możecie przeczytać, klikając w obrazki poniżej:

Foto: Łukasz M. Wiśniewski

Foto: Łukasz M. Wiśniewski

Najnowsze
Lubisz nas?