InformacjeRecenzja - konsole

Jak uciąć łeb gigantycznemu ogrowi - recenzja Extinction

... Małgorzata Trzyna

Czasem człowiek potrzebuje się wyżyć - a w takich momentach Extinction sprawdzi się idealnie.

Kiedy mamy ochotę na porządną rozwałkę, nic nie sprawia większej frajdy niż spuszczanie łomotu złym i okrutnym paskudom, by pokazać im, kto tu rządzi. Przykładem gry, która idealnie wychodzi naprzeciw potrzebie wyżycia się jest Extinction. Idzie sobie wielki ogr - pardon, Ravenii - i chce zniszczyć moje miasto? Po moim trupie! Zaraz utnę mu nogę, żeby siadł na zadku i nigdzie nie łaził, rękę, by nie mógł machać ogromną maczugą i głowę, by sobie nie myślał, że jeszcze coś zdziała, jak mu kończyny odrosną. A potem wykończę kolejnego Ravenii i kolejnego... Nie będą się panoszyć, o nie.

Założenia gry są proste i zasadniczo opierają się na trzech mechanikach: pierwsza, musimy ratować mieszkańców miast, otwierając dla nich portale. Druga - zabijamy pomniejsze mobki (Jackale), które atakują cywili (i nas, jeśli znajdziemy się w pobliżu). Trzecia to walki z ogromnymi Ravenii, polegające na tym, by uszkodzić ich zbroje, odciąć kończyny i w końcu pozbawić głowy. By móc odciąć głowę, musimy naładować najpierw atak runiczny (czyli zapełnić złoty pasek widoczny na dole ekranu). W miarę postępów pojawiają się coraz trudniejsi przeciwnicy: mają lepsze, czasem niezniszczalne zbroje, mocniej biją, skupiają się na wyeliminowaniu naszego bohatera itp.

Gra oferuje kilka trybów: Kampanię, Codzienne wyzwania, Potyczki i tryb Zagłady. Trafiamy do świata, gdzie pewnego dnia pojawiły się gigantyczne ogry zwane Ravenii, uprzednio znane wyłącznie z legend, które z jakiegoś powodu postawiły sobie za cel wytępić ludzi co do ostatniej sztuki. Wszystko wskazuje na to, że Ravenii są niepowstrzymane i wkrótce osiągną cel. Spośród istniejących królestw ostało się już tylko jedno - Dolorum. Na szczęście na scenę wkraczają Avil i Xandra, którzy okazują się jedyną nadzieją ludzkości na przetrwanie. Protagoniści stają do walki z zagrożeniem, każdy pomaga na swój sposób. Avil, wyszkolony według starożytnych reguł, jest już ostatnim z Wartowników, którzy potrafią walczyć z olbrzymimi potworami. Xandra zajmuje się stroną techniczną przedsięwzięcia: nie tylko pracuje nad sposobem ocalenia ludzi i przenoszenia ich przez portale, ale też daje wskazówki Avilowi, gdzie powinien się udać i co zrobić, by odciągnąć uwagę Ravenii od miejsc mających strategiczne znaczenie. Jak na dwójkę starych przyjaciół przystało, którzy zjedli razem beczkę soli, oboje przekomarzają się i dokuczają sobie wzajemnie. W misji pomaga im król Dolorum, który pragnie ocalić swych poddanych.

Tyle na początek - dalej wydaje się, że wszelkie dialogi w kampanii zostały wprowadzone po to, by wyjaśnić mechanikę działania kolejnych pomniejszych mobków (Jackali) czy ogromnych Ravenii. Zrazu można odnieść wrażenie, że fabuła to tylko pretekst, by zrobić radosną rozwałkę... ale choć cała historia nie jest zbyt długa ani skomplikowana, potrafi w paru miejscach zaskoczyć. Tak więc za opowieść daję twórcom plusa.

Kampania podzielona jest na rozdziały - po ukończeniu każdego z nich odpala się krótka, animowana scenka. Rozdziały składają się z kilku zadań, a każda misja to raptem kilka minut roboty. Grę można zatem śmiało odpalać, kiedy nie mamy zbyt wiele czasu na zabawę. Pierwsza misja wydaje się śmiesznie łatwa, ale szybko zaczynają się schody. Bez wykupienia nowych umiejętności i ulepszeń się nie obejdzie, a to oznacza, że trzeba czasem cofnąć się do poprzednich zadań i nazbierać sobie punktów. I tu pojawia się pierwsza, choć niezbyt poważna wada gry: NPC zawsze muszą się wygadać (dialogi można w większości przypadków przewinąć, acz nie pogardziłabym opcją automatycznego pomijania) i wtykają się ze swymi instrukcjami, tak za pierwszym, jak i za setnym podejściem.

W każdej misji fabularnej znajdziemy nie tylko główne zadanie do zrealizowania, ale również dodatkowe cele. Dzięki temu Extinction może wystarczyć na więcej niż trzy wieczory, jeśli jesteście perfekcjonistami i lubicie wyzwania. By zdobyć wszystkie gwiazdki, trzeba wykonać wszystkie dodatkowe cele naraz. Z początku wydaje się to zabawnie łatwe, ale później wymaga pewnych umiejętności i odrobiny determinacji, a najczęściej też i szczęścia. Przykładowo, raz pojawi się kilku słabo uzbrojonych Ravenii, a ich zabicie będzie wręcz formalnością, innym razem monstrum z niezniszczalną zbroją na nogach zacznie siać spustoszenie w mieście, gdy my będziemy próbowali naładować runiczny atak na dodatkowych mobkach, które trzeba dość długo bić, nim padną. Jeśli miasto zostanie całkowicie zniszczone lub zginie zbyt wielu cywilów, będziemy musieli zaczynać wszystko od nowa. Nie ma więc możliwości, by działać powoli i metodycznie - niezależnie od zadania, zawsze musimy się spieszyć. Nie wiem, czy to bardziej drażni, kiedy nie nadążam z wybijaniem przeciwników i muszę powtarzać misję, czy pomaga, bo przecież w kolejnym podejściu może być o wiele łatwiej. Na pewno jednak irytowały mnie NPC-e, które każdą porażkę musiały skomentować, niezależnie, czy mogłam cokolwiek poradzić na niepowodzenie, czy nie.

Walki wyglądają dość zabawnie - postać siecze wokół, a kiedy trafi przeciwnika, wydaje się, że krew leje się wiadrami, niezależnie, czy jest to mały Jackal, czy Ravenii. Podczas potyczki z ogromnym potworem można się trochę ponabijać, jeśli odetniemy mu obie nogi i obie ręce, po czym zostaje tylko bezbronny kadłub. Chwila satysfakcji nie trwa długo, bo kończyny Ravenii regenerują się po dość krótkim czasie i trzeba odcinać je na nowo, jeśli chcemy, by nasz potwór nigdzie dalej nie polazł. Kiedy siedzi, łatwo podejść do niego od tyłu, wdrapać się na plecy i dobrać się do szyi, by odciąć głowę i pozbyć się problemu na dobre. Trzeba jednak uważać, bo Ravenii próbują nas wytrącić z równowagi, gdy wdrapiemy się na ich barki, albo klepią się po szyi i robią z Avila placek, jakby był co najwyżej natrętną muchą. W ostatnim wypadku zrobimy unik albo przywitamy się z kostuchą. Na szczęście śmierć nie oznacza końca misji, respimy się i możemy próbować jeszcze raz, a jedyne, co tracimy, to odrobina czasu.

Avil biega z prędkością samochodu wyścigowego, więc dotarcie gdziekolwiek nie jest problemem. Bohater potrafi też szybko wdrapywać się po murach czy po ciałach potworów i skacze jak małpa na gumce. Aż do przesady, bo czasem utrzymanie kontroli nad tym, co robi, jest niemożliwe. Wiele razy zdarzyło mi się spaść z grzbietu Ravenii przez nadmierną ruchliwość protagonisty. Pół biedy, jeśli można było zahaczyć liną o jakiś element na potworze, np. torbę przytroczoną do pasa czy ozdobne elementy zbroi i wrócić na górę. Pół biedy, jeśli można było odciąć nogę. Nie zawsze jest jednak taka możliwość, a wejście na grzbiet kroczącego potwora to bardzo uciążliwe zadanie. Mała szansa, że uda się na niego wskoczyć z pobliskiego budynku czy muru, skoro wystarczy, że Ravenii zrobi zamach czy postawi krok, a wszelkie konstrukcje wzniesione przez ludzi rozpadają się jak domki z kart.

Twórcy zadbali o przygotowanie kilku zróżnicowanych scenerii, które są naszymi polami bitew. Pod względem graficznym nie ma czym się zachwycać, ale nie o to chodzi, by podziwiać starannie dopracowane detale, tylko cieszyć się z cięcia potworów na kawałeczki. W ten sposób gra nie obciąża zbytnio sprzętu, co jest ważne, bo przycinanie się byłoby niewybaczalne. Nie zajmuje też wiele miejsca - zaledwie 2,7GB na PS4. Natomiast tempo poruszania się Avila, ślady, jakie zostawia jego miecz, hektolitry krwi z przeciwników robią na ekranie straszny bałagan. Twórcom nie udało się rozwiązać odwiecznego problemu z potworami, które są o wiele, wiele większe niż postać gracza: po prostu nie widać, co robią. Czasem zupełnie przestawałam ogarniać, co się dzieje. Bywało, że w chaosie ginęłam bez sensu, po prostu nie zauważywszy, że Ravenii akurat zrobił zamach łapą, albo nie zdążywszy zrobić uniku w odpowiednim momencie.

Extinction to jedna z gier, które potrafią działać na nerwy. Takie tytuły właśnie lubię, które czasem sprawiają, że wymsknie mi się parę słów nadających się tylko do ocenzurowania, a jednocześnie nie każące zbyt wiele powtarzać w razie porażki. Żadna z misji nie trwa zbyt długo, a i poziom trudności nie jest aż tak wysoki, by powtarzać zadania w nieskończoność. Dzięki dodatkowym celom, wyzwaniom czasowym i pozostałym trybom rozgrywki - Potyczkom (gdzie staramy się uzyskać jak najlepszy wynik, rywalizując ze znajomymi), Zagładzie (gdzie naszym zadaniem jest przeżyć jak najdłużej i zabić jak najwięcej przeciwników) czy Codziennym Wyzwaniom, gdzie rywalizujemy o jak najwyższy wynik punktowy, a także losowo generowanym lokacjom, można powracać do gry wiele razy. Tytuł ten jednak sprawdza się tylko na krótkie posiedzenia - po godzinie czujemy, że robimy w kółko to samo i nawet mimo paru typów misji i zróżnicowania dodatkowych warunków zaczyna się nudzić.

Iron Galaxy stworzyło całkiem niezłą grę, opierającą się na paru prostych zasadach. Nie jest to szczególnie ambitne czy pomysłowe dzieło (jeśli coś mówi wam tytuł Attack on Titan, to w Extinction zauważycie wiele tych samych rozwiązań). Gra nie może pochwalić się ogromem zróżnicowanych lokacji, fabułą rozpisaną na tysiącach stron, powalającą na kolana grafiką czy skomplikowanymi mechanikami. Jednak nawet krótka historia okazała się całkiem niezła i zaoferowała parę niespodzianek, tłuczenie Ravenii sprawia satysfakcję i pozwala spuścić nieco pary, a możliwość rywalizacji o jak najwyższe wyniki punktowe w różnych trybach zabawy i dążenie do perfekcji w misjach fabularnych zapewni wyzwanie na wiele dni.

PlayStation 4Extinction

  • krótkie misje - grę można odpalać, nawet jeśli mamy mało czasu
  • osiągnięcie perfekcyjnych wyników to spore wyzwanie
  • różne tryby gry, z losowo generowanymi lokacjami i celami do zrealizowania
  • wyrzynanie przeciwników sprawia satysfakcję
  • zaskakujące momenty w fabule
  • NPC-e komentujące każdą porażkę
  • chaos na ekranie, czasem nie widać co się dzieje
  • tylko na krótkie sesje - inaczej zaczyna się nudzić

Czas na radosną rozwałkę.

Najnowsze
Lubisz nas?