InformacjeFelieton

Trafienie Krytyczne #57. Czas dorosnąć

... Sławek Serafin

Brzmi groźnie, nie? I słusznie, bo dziś będzie bardzo, bardzo kontrowersyjnie

Kontrowersyjnie, ale nie politycznie. To już w tym tygodniu załatwili Łukasz i Piotr w swoich felietonach, więc nie przesadzajmy z dawką, nie? Co nie znaczy, że zamierzam unikać drażliwych tematów czy coś. No wiecie, znacie mnie przecież. No tak, więc o czym dziś będzie? O tym, że dorosłem, przestałem być dzieciakiem z gębą rozdziawioną z zachwytu i… stałem się fanem Star Trek.

Zawsze byłem miłośnikiem Star Wars i w każdej dyskusji stawałem zawsze po stronie Gwiezdnych Wojen, a z trekkies to się najwyżej mogłem pośmiać, że się przebierają i doprawiają sobie spiczaste uszy oraz uczą klingońskiego. Dziwaczni i nieszkodliwi ludzie, bardzo zabawni i nie wiedzą, co jest dobre. Dziś ich z tego miejsca serdecznie i szczerze przepraszam, bo okazał się, że to ja byłem durny i nie wiedziałem, a nie oni. A to wszystko przez Star Trek: Discovery.

Nie, żeby to był jakiś genialny serial, ale kurcze, mało jest sci-fi w telewizji teraz. To znaczy, w Netfliksie. Kto by tam w telewizor patrzał, nie? Na trzeci sezon Expanse trzeba jeszcze czekać, inne rzeczy są albo głupiutkie, albo już się skończyły, jak Dark Matter, więc oglądałem tego Discovery. Który zresztą okazał się być wcale niezły, zwłaszcza od połowy sezonu i… dobra, nie będę siał spoilerami. Dobrze się oglądało. I jak skończyłem, to poczułem niedosyt. Więcej chciałem. Trochę się bałem sięgać po starsze seriale jednak, bo jakieś dwa lata temu próbowałem Next Generation i… nie było dobrze. Dawniej, jako szczeniak, gdy serial ten puszczano w telewizji publicznej (tak, w TVP też kiedyś było coś fajnego), siadywałem co tydzień przed odbiornikiem i nie można mnie było od niego oderwać za Chiny Ludowe razem z Koreą Północną. Ale to kolejne podejście niedawne? O matko, było źle. Schematy, kiepskie aktorstwo, naiwność dookoła. I fatalna jakość ówczesnej telewizji.

Dlatego po Discovery sięgnąłem po relatywnie najświeższego Star Treka, czyli Enterprise. I teraz boleję wielce nad faktem, że zakończono go po czterech sezonach zaledwie, bo jak dwa pierwsze były bardzo przeciętne, tak trzeci i czwarty oglądało się świetnie i jednym tchem. No, ale przynajmniej ładnie zamknięto wątki w finale i w ogóle. Nie ma co płakać… skoro są inne seriale, nie? Teraz lecę na Voyagerze i chyba dotarłem do tego momentu, gdy zaczyna się robić naprawdę fajny. Na początku też trącił myszką okrutnie, ale ostatnie odcinki drugiego sezonu są po prostu dobre. Ciekawe, emocjonujące, stawiają trudne pytania i tak dalej. I właśnie dzięki nim zrozumiałem, że choć może nie jestem jeszcze hardkorowym trekkie, to z pewnością wolę Star Trek od Star Wars. Dlaczego? Bo, tak się składa, że ta zmiana zapatrywań nie jest irracjonalna, wręcz przeciwnie, i mogę powiedzieć z jakiego powodu nastąpiła… więc, dlaczego właśnie? Cóż, to jest bardzo proste. Zdałem sobie sprawę, że Star Wars to bajka dla dzieci, a Star Trek to opowieść dla dorosłych.

I nie mówię, że to zła bajka dla dzieci, a gdzieżby. Bardzo dobra nawet, przynajmniej w pierwszej trylogii, bo co do pozostałych filmów to zdania są podzielone. Ale nadal dla dzieci. Proste historie, czarno-biały świat, płascy bohaterowie, odwoływanie się do emocji przede wszystkim, nie tylko samą fabułą, ale również efektowną oprawą wizualną a także porywającą muzyką. No i kompletna niedorzeczność naukowa też. Infantylne bajeczki, i tyle. Kiedyś do mnie trafiały, ale ja swoje pierwsze Gwiezdne Wojny, czyli Powrót Jedi, obejrzałem w wieku lat 6, gdy wchodziło do kin. I wsiąkły we mnie jak w gąbkę. Nigdy nie stracę do nich sentymentu wielkiego. Ale szacunek? Oj, ten już straciły lata temu, właśnie przez te nowsze produkcje, z których żadna mi się nie podobała. I teraz rozumiem dlaczego – ja dorosłem, a to nadal są bajki dla dzieci. I to na dodatek obliczone na to, żeby tym dzieciom, tym młodym i starym też, zaszczepić przemożną chęć posiadania gadżetów. Ale tego tematu już nie będę poruszał, bo dziesięć felietonów temu pisałem o tym, że Ostatni Jedi to trwający ponad dwie godziny blok reklamowy.

Ale że co? Że Star Trek to nie jest głupiutka bajeczka dla dzieci? Weź człowieku popatrz sobie na te odcinki, na te schematyczne historyjki, na te najgorsze tradycje telewizji z głębokiego XX wieku. Słabizna. I owszem, ten, kto tak powie, będzie miał rację. Star Trek ma mnóstwo słabych odcinków. Miejscami bardzo mocno szoruje po dnie i boleśnie się to ogląda. Nie zmienia to jednak w żaden sposób faktu, że są to najczęściej historie dla dorosłych. Już choćby przez sam fakt, że w miarę możliwości trzymają się jednak tego, co wiemy o wszechświecie. A przynajmniej o jego naukowej stronie, bo skądinąd wiemy prawie na pewno, że nie jest zaludniony przez rasy Obcych, którzy wszyscy wyglądają jak my, tylko mają zdeformowane twarze. Tego argumentu przeciw Star Trek obronić się nie da, to fakt. Ale to szczegół jest, bo w tym uniwersum chodzi o coś innego. O traktowanie odbiorcy jak dorosłej osoby, która co prawda czasem musi bardzo mocno zawiesić niewiarę i zgodzić się na umowność niektórych rzeczy, ograniczonych budżetem, ale nie przestaje być dorosła.

Star Trek stawia trudne pytania. Bohaterowie muszą dokonywać niejednoznacznych moralnie wyborów. Jasne, Federacja jest kryształowa, samo dobro i w ogóle, aż się mdło robi… ale ma sens. Całą historia cywilizacji pokazuje, że dążymy w tym kierunku właśnie. To jest całkiem sensowna wizja tego, jak w przyszłości ludzkość będzie patrzeć na świat. I wszechświat też. Jeśli nie nastąpi jakaś drastyczna zmiana oczywiście, wywołana przez pojawienie się sztucznej superinteligencji, czy coś takiego. Trzyma się to przysłowiowej, kolokwialnej kupy. Podobnie jak ślizganie się po powierzchni nauki, które czasem nawet jest do przełknięcia… choć powiem wam, że technobełkot Voyagera bywa momentami uciążliwy jednak. Ale cierpię z godnością. I oglądam dalej.

Także dlatego, że to są seriale po prostu. Czyli twórcy mają więcej czasu na budowanie bohaterów, na pogłębianie postaci, na kreowanie relacji między nimi. Na czynienie ich bardziej ludzkimi niż celowo kartonowe wycinanki z Gwiezdnych Wojen, które udają żywych ludzi. Czy tam Obcych. Tudzież droidy. Format serialowy daje Star Trek wielką przewagę już sam z siebie tym samym. U „konkurencji” nie ma czasu na takie rzeczy, bo muszą wybuchać kolejne Gwiazdy Śmierci.

Tak, tak, wiem, wiem – nie powiedziałem nic nowego. Ta dyskusja trwa od dziesięcioleci i fani jednego próbują udowodnić wyższość swojego uniwersum fanom drugiego. Wiadomo. Ja chciałem tylko publicznie się ujawnić jako zdrajca, który zmienił strony. Bo dorósł. I zmądrzał… mam nadzieję. May the Force be… tfu, tfu… Live long and prosper!

PS. Tak naprawdę to jestem fanbojem Farscape, a to wszystko powyższe, to jeden wielki dren…

Najnowsze
Lubisz nas?