InformacjeBez prądu - film

Marvel w stylu noir: recenzja drugiego sezonu Jessiki Jones

... Piotr Nowacki

Kolejny świetny serial w świecie Marvela na platformie Netflix.

Oczywistością będzie stwierdzenie, że Marvel Cinematic Universe zrewolucjonizowało kino. Do tej pory filmy z tej serii zarobiły na całym świecie kilkanaście miliardów dolarów, a inne studia, z lepszym lub gorszym skutkiem, próbują naśladować intratną formułę komiksowego giganta. Jednak, pomimo swojej rewolucyjności, kinowy świat Marvela pod niektórymi względami wciąż siedzi w dalekiej przeszłości – i jednym z tych aspektów jest kobieca reprezentacja wśród superbohaterek. Pomimo tego, że w ciągu ostatniej dekady premierę miało osiemnaście (sic!) filmów z tej serii, na wielkim ekranie nie pojawiła się żadna produkcja z kobietą w roli głównej. W produkcjach Marvela pojawiło się wiele świetnych bohaterek – jak chociażby Shuri i Okoye w Czarnej Panterze, czy Valkyrie w Thorze: Ragnarok, by wspomnieć tylko najnowsze produkcje. Niestety, zawsze pojawiały się one co najwyżej na drugim planie.

Na szczęście na małym ekranie sytuacja przedstawia się zdecydowanie lepiej. W niedawnym serialu Runaways czwórka z szóstki głównych postaci to dziewczyny, zaś w Agentach T.A.R.C.Z.Y. oprócz Phila Coulsona główne skrzypce grają agentki Daisy oraz May. Z kolei jednym z głównych motywów nieodżałowanego serialu Agentka Carter był instytucjonalny seksizm, z którym ścierała się główna bohaterka. Jednak najbardziej bezkompromisowo kobiecą produkcją jest emitowany w serwisie Netflix serial Jessica Jones, którego drugi sezon nieprzypadkowo zadebiutował 8 marca.

W tym sezonie Jessica ponownie musi się zmierzyć ze swoją przeszłością. Do tej pory to, jak otrzymała swoją nadludzką siłę było dla niej tajemnicą. Jednak w momencie, gdy osoby powiązane z kliniką, do której trafiła po wypadku samochodowym, w którym straciła całą swoją rodzinę zaczynają ginąć w zagadkowych okolicznościach, okazało się, że przed przeszłością nie można już dalej uciekać.

Wydawać by się mogło, że obecność superzłoczyńcy jest niezbędna dla filmu czy serialu superbohaterskiego. Jednak w drugim sezonie Jessiki Jones linia rozgraniczająca złoczyńców i bohaterów jest bardzo płynna. Bohaterowie są dla siebie równie dużym zagrożeniem, co nominalne czarne charaktery. Główna bohaterka niezmiennie kroczy autodestrukcyjną ścieżką wypełnioną alkoholem i niekontrolowaną agresją, alienując przy tym wszystkich swoich bliskich. Jeri Hogarth (Carrie-Anne Moss), prawniczka współpracująca z Jessiką, nigdy nie była pokazywana w zbyt pozytywnym świetle, jednak teraz, gdy zdiagnozowane zostało u niej stwardnienie zanikowe boczne, posuwa się ona do jeszcze bardziej niemoralnych czynów.

Doskonale się to wpisuje w stylistykę kina noir, którą ta seria ocieka już od pierwszego sezonu. Bohaterowie klasycznych filmach z tego gatunku również byli nierzadko na bakier z tradycyjnie postrzeganą moralnością lub byli wprost czarnymi charakterami, jak chociażby w słynnym Bulwarze zachodzącego słońca czy Double Indemnity. Jessica Jones podąża podobną ścieżką, i udaje się jej dokonać tego, w czym zawiódł chociażby netfliksowy Daredevil. Matt Murdock na małym ekranie uwielbiał powtarzać, że on sam nie wie, czy jest dobrym człowiekiem, ale faktycznie postępował jak harcerzyk i jego najbardziej niemoralnym postępowaniem było zanudzanie widza swoimi wynurzeniami. Jessica Jones nie musi nam mówić, że robi coś złego. Scenarzystki serialu postępują zgodnie z maksymą show, don’t tell i po prostu pokazują, jak główna bohaterka się stacza i jak w obliczu sytuacji bez wyjścia przekracza coraz to kolejne granice.

Równocześnie osoby stojące po drugiej stronie barykady są humanizowane. Przykładem może być tutaj przybrana matka Jessiki, Dorothy. W pierwszym sezonie pokazywana była jednostronnie jako toksyczna managerka niszcząca życie swojej biologicznej córki, Trish, teraz jednak widzimy jej drugą stronę, pokazane są chwile, w których spod tej fasady wyłania się autentyczna troska. To samo tyczy serialowych antagonistów – by nie ujawniać zbyt wielu szczegółów fabuły, nie zdradzę ich tożsamości, jednak znaczący jest fakt, że w przeciwieństwie do innych złoczyńców, których znamy z produkcji Netfliksa ich motywacją nie jest chciwość czy żądza władzy, lecz troska o najbliższych i pragnienie odzyskania chociażby strzępów normalnego życia.

Jednak wśród tych wszystkich niejednoznacznych, intrygujących postaci jest jedna bohaterka, która zawodzi: przyrodnia siostra Jessiki, Trish Walker, niegdyś nastoletnia gwiazdka pop, dziś prezenterka radiowa. Pomimo tego, że w tym sezonie nie ma żadnej postaci jednoznacznie pozytywnej, to z większością z nich byłem w stanie sympatyzować, możliwe było wczucie się w ich emocje. Nie dotyczyło to Trish. Pomimo wysiłków scenarzystów, którzy starali się nadać jej działaniom wiarygodne motywacje, to wciąż sprawia wrażenie osoby nieznośnie krótkowzrocznej i samolubnej. Już w poprzednim sezonie Trish chciała zgrywać superbohaterkę. Teraz, aby spełnić to marzenie, zaczyna się zwracać ku nielegalnym, uzależniającym substancjom, które dają jej nadludzką siłę i wytrzymałość. Jednak cenę za to płaci nie tylko ona, ale także wszyscy jej najbliżsi. Ostatecznie, pomimo tego, że Trish chce używać swojej nowo zdobytej siły, by naprawiać świat, czyni ona równie dużo szkód, co nominalni złoczyńcy.

Destrukcyjność jej działań nie jest jedynym problemem z tą postacią. Samo w sobie mogłoby to być interesującym motywem, wpisującym się w ogólną konstrukcję tego sezonu. Jednak była nastoletnia gwiazda popu nijak nie pasuje do stylistyki noir, a wcielającej się w jej rolę Rachael Taylor nie udaje się nadać wiarygodności tej bohaterce.

Ambiwalentne uczucia wzbudził we mnie odcinek AKA I Want Your Cray Cray, w którym cofamy się w przeszłość i poznajemy nieznany wcześniej epizod z życia tytułowej bohaterki z czasów, zanim zaczęła karierę prywatnej detektyw. W oderwaniu od reszty serialu to świetny, bardzo emocjonalny odcinek, sprawnie pokazujący to, jak Jessica stała się osobą, która jest dzisiaj. Jednak w kontekście pełnych dwóch sezonów pojawiają się pewne problemy. Tytułowa bohaterka już przeżyła tyle traum, że mogłaby nimi obdzielić spokojnie małe miasteczko – od tragicznej śmierci całej rodziny, przez bycie ofiarą nielegalnych eksperymentów, po bycie zmuszaną do seksu czy nawet zabicia niewinnej osoby przez Kilgrave’a. Kiedy więc w tym retrospektywnym odcinku dowiadujemy się o kolejnym traumatycznym fakcie z jej życia, serial zaczyna zapędzać się w rewiry groteski. Nie jest to na szczęście jeszcze poziom Luthera, gdzie ilość traum i tragicznych zdarzeń była zwyczajnie absurdalna. Poza tym kłopotliwy jest fakt, że teoretycznie wydarzenia z tego odcinka w dużej mierze ukształtowały Jessikę – dlaczego w takim razie dowiadujemy się o nich dopiero w połowie drugiego sezonu?

Jednak mimo tych wad, Jessica Jones to świetny serial, co szczególnie cieszy po spadkach formy w rozczarowującym pod niektórymi względami drugim sezonie Daredevila i dużo słabszych serialach Iron Fist i The Defenders. Jessica Jones razem z całkiem niezłym Punisherem pokazują, że w Marvelowym Netflixverse jeszcze jest spory potencjał. Iron Fist, Daredevil i The Defenders w dużej mierze traciły na niezręcznych próbach połączenia tych seriali w jedno uniwersum. Jessica Jones opowiada zamkniętą, spójną historię – i to procentuje.


Jessica Jones to jest serial dla Ciebie, jeśli:

- lubisz stylistykę noir, a Twoje ulubione gry to L.A. Noire czy seria Max Payne

- interesują Ciebie produkcje z interesującymi bohaterkami, jak The Last of Us

Najnowsze
Lubisz nas?