InformacjeBez prądu - film

Kino manewrowe - recenzja filmu Księżyc Jowisza

... Joanna Kułakowska

Węgierskie kino SF nie jest czymś, z czym ma się w Polsce często do czynienia, a biorąc pod uwagę tematykę filmu Mundruczó, ciężko ominąć go obojętnie.

Reżyser Kornél Mundruczó kojarzyć się może kinomanom i kinomankom ze specyficznym fantastycznym obrazem Biały Bóg z 2014 r. W filmie tym nie chodzi o rasizm, choć przemoc, i owszem, zajmuje tam poczesne miejsce. Natomiast w dziele Księżyc Jowisza (oryg. Jupiter holdja) mamy już z tym pierwszym do czynienia, zarazem jednak nie jest ono jednoznaczne w przekazie...

Kiedy twórcy biorą na warsztat kontrowersyjną, aktualną, ba! wręcz palącą kwestię uchodźców z Bliskiego Wschodu, to biorąc pod uwagę polaryzację poglądów i ideologiczną niezgodę na stanowisko pośrednie, spodziewać się można zdecydowanego stanowiska – albo wizji wrażych hord szturmujących bramy nieszczęsnej, bezbronnej Europy, albo prezentacji siepaczy reżimu, którzy z dziką rozkoszą gnębią niewinnych, udręczonych ludzi, poszukujących jedynie schronienia i jakże chętnych do integracji, poznania miejscowej kultury, przestrzegania miejscowego prawa i czego tylko gospodarze tych ziem sobie zażyczą... Tymczasem Księżyc Jowisza unika skrajności (pierwsze sceny zdają się sugerować coś wręcz przeciwnego, ale Mundruczó dość szybko wyprowadza nas z błędu), sprawnie między nimi manewrując, i pokazuje, choćby pobieżnie, różne aspekty tej sytuacji (na przykład niemal zwierzęce zachowanie arabskich mężczyzn w autobusie, co w dużej mierze tłumaczy pełne pogardy traktowanie ze strony części pracowników). Jednakże choć warstwa realistyczna fabuły bazuje na skomplikowanym problemie przybyszów – i tym, kim mogą być, i jak są traktowani, i co wiąże się z ich przybyciem – równie ważna, o ile nie ważniejsza jest metafora: tęsknota, poszukiwanie „czegoś więcej”, dojmujące poczucie pustki i potrzeba cudu. Cudu, by nadać głębszy sens życiu. Ucieleśnia go jeden z głównych bohaterów utworu.

Pierwsze sceny Księżyca Jowisza pokazują nam przerażonych, stłoczonych jak bydło – i tak też traktowanych przez przemytników – uciekinierów. Są tu mężczyźni, kobiety i dzieci. Niedługo potem czeka ich groza. Na granicy padają strzały i rozpętuje się piekło. Podczas ucieczki młody chłopak, Aryan (Zsombor Jéger), zostaje rozdzielony ze swoim ojcem. Później, po szalonym biegu przez las, strzela doń nazbyt wyrywny funkcjonariusz László (György Cserhalmi). Złapani uciekinierzy zostają przetransportowani do obozu przejściowego, w którym zatrudniony jest cyniczny, sterany życiem (i alkoholem) doktor Stern (Merab Ninidze), który z racji swej przeszłości poza tym miejscem praktycznie nie ma szans na wykonywanie zawodu. Trafia tam także Aryan, dzieciak z Syrii. Mający ocenić sytuację Stern przeżywa szok, który zapoczątkuje w nim proces głębokiej przemiany – wyglądający na martwego (a może w istocie martwy?) chłopak wstaje, a jego stopy odrywają się od ziemi... Lekarz, jako człek nie w ciemię bity (i często dorabiający sobie na lewo), po początkowym szoku bierze sprawy w swoje ręce, wykrada chłopaka i proponuje mu układ: w zamian za prezentowanie swych nowo nabytych nadprzyrodzonych umiejętności, na czym obaj zbiją fortunę, pomoże mu odnaleźć ojca. Niestety, sprawy się komplikują i obaj stają się poszukiwani...

W trakcie seansu Księżyca Jowisza widza czeka rajd przez różne rejony Budapesztu, przy czym Kornél Mundruczó nie tylko nie unika, ale wręcz zdaje się lubować w pokazywaniu co bardziej obskurnych lub tandetnych zakątków stolicy, podczas którego dziać się będą zarówno sceny niczym z pogranicza jawy i snu, jak i rodzaj społeczno-obyczajowego rozliczenia, a wszystko okraszone ucieczkami, pościgami i brutalnością policji. Całkiem nieźle, z perwersyjną przyjemnością, ogląda się tu „pranie brudów” – z klinicznym chłodem ukazaną wszechobecną korupcję, której już się nawet zanadto nie ukrywa, kompletny bałagan, krótkowzroczność, urzędową hipokryzję i żałosną nieudolność, które to elementy prowadzą nawet do wypuszczania terrorystów (którzy w gruncie rzeczy mają gdzieś swoich pobratymców), po czym niemożności ich neutralizacji. Gdzieś w tym wszystkim są bolączki codzienności, walka ze światem toczona przez ludzi przygniecionych chorobami i kłopotami oraz poczucie beznadziei, braku sensu, rozpaczliwe rzucanie się na okruchy absolutu, czegoś nadnaturalnego. Zapada w pamięć ludzka bezradność wobec swojego własnego doświadczenia, tęsknota za „oderwaniem się od ziemi”, a zarazem przywiązanie do swej „przyziemności” i strach przed jej utratą. Świetne są sceny, w których widzimy proces popadania przez obozowego funkcjonariusza w obsesję na punkcie Aryana, lub kiedy praktycznie stojący nad grobem „kark” mimo wszystko nadal ma siłę na pokaz rasizmu, bądź też absurdalny snobizm restauracji o pretensjonalnym i lekko siermiężnym wystroju, w której to nie można zamówić samych frytek. Nie, bo nie. Choć może to dlatego, że chciałby je chłopak o cygańskim/arabskim wyglądzie?

Najlepsza jednak jest zawiązująca się pomiędzy tak różnymi od siebie bohaterami nić porozumienia. Stara prawda, że aby przestać być samotnym, trzeba wyciągnąć do kogoś rękę, a pustkę w życiu da się wypełnić przez pomoc komuś bezradnemu i bezbronnemu – i to samo w sobie może stanowić cud, którego podświadomie wyczekujemy – została ukazana przez Mundruczó z dużym wyczuciem.

Na uwagę zasługuje oniryczny aspekt realizacji filmu Księżyc Jowisza. Podkreślone ciężką, hipnotyzującą muzyką sceny, w których dochodzi do głosu tajemnicza, odwracająca i kontrolująca siłę przyciągania, moc Aryana, stanowią istną ucztę dla oka. Unoszące się wbrew prawu grawitacji kropelki krwi, ciało majestatycznie wirujące jak w 0-G (albo niczym księżyc na orbicie), motyw cienia przesuwającego się wzdłuż okien, za którymi toczy się zwykłe, szare życie, których właściciele nie zawracają sobie głowy spoglądaniem w niebo, dają w rezultacie bardzo malarskie kadry, a jednocześnie poetycki efekt. Obraz Mundruczó charakteryzuje się ciekawymi plastycznie ujęciami – szerokie panoramy miasta, widok z lotu ptaka, pościgi za samochodem, podczas których wszystko jest wycyzelowane i hiperrealistyczne w przeciwieństwie do pościgu za człowiekiem, kiedy to kamera koncentruje się na twarzy ściganego, na jego mimice, a ludzkie sylwetki wokół zlewają się ze sobą w zamazaną, niepokojącą, obcą magmę.

Wszystko to jest tak wykreowane, że daje szerokie pole do popisu, jeśli chodzi o interpretacje, zatem jeśli ktoś lubi tego typu analizy, ma wartość dodaną. Jedna rzecz jest powiedziana jednak całkowicie wprost – ludzie zapomnieli, jak się patrzy w górę. Zapomnieli wypatrywać cudów. Dlatego ich egzystencja trwa z nosem przy ziemi, ryjąc w błocie. Księżyc Jowisza to Europa. Podobno jest na niej życie – pod grubą skorupą lodu.

Trzeba też jednak wspomnieć, że choć Księżyc Jowisza jest zdumiewająco dobry, ma też i mankamenty. Niektóre sceny są rozlazłe, artystowskie zamiast artystyczne. Dało też o sobie znać ziarno prawdy zawarte w powiedzeniu Polak, Węgier, dwa bratanki, i do szabli, i do szklanki – jak się okazuje, także do „moralnego niepokoju” oraz kompletnie niepotrzebnego (w dodatku siermiężnego) epatowania golizną. Oczywiście, że aktorka Mónika Balsai, wcielająca się w rolę pielęgniarki Very, połowicy doktora Sterna, ma bardzo atrakcyjny biust – ale czy to powód, by zafiksować na nim kamerę podczas przydługiej rozmowy telefonicznej? Albo dziwacznie długa sekwencja kobiecych pośladków filmowanych pod wodą... Ale kto wie, może niektórzy wybitni krytycy filmowi uznaliby na przykład, iż w ten oto zawoalowany sposób Kornél Mundruczó pokazał widzom tylną część ciała, dając do zrozumienia, co tak naprawdę myśli o populacji Europy?

Cóż, czego by nie myślał i czegóż by nie pomyślało owo zacne grono, przygotował interesujący, przyzwoicie zagrany film z motywami weird, thrillera i SF, który mimo wszystko warto obejrzeć.


Księżyc Jowisza to film, który przypadnie Ci do gustu, jeśli:

  • grając w serię Infamous, zastanawiasz się, co by było, gdyby bohater otrzymał moc nieco mniej przydatną do walki;
  • lubisz gry, w których występuje silny policyjny reżim, jak chociażby trzecia część Killzone: Shadow Fall czy The Technomancer

Najnowsze
Lubisz nas?