InformacjeFelieton

Trzymajcie kciuki za krach na rynku kryptowalut

... Kamil Ostrowski

Niedawne załamanie się kursu Bitcoina, Etherum i im podobnych pozwala mieć nadzieję na to, że ceny kart graficznych wrócą do normy.

Jeżeli marzycie o zakupie nowej karty graficznej, to miejcie nadzieję na długotrwałą bessę Bitcoina i jemu podobnych. W ciągu ostatniego miesiąca doszło do kilku, postępujących po sobie spadków, które zbiły cenę najpopularniejszej kryptowaluty o ponad 60% w stosunku do historycznej „górki”, wynoszącej nawet 20 000 dolarów za „sztukę” BTC. W pewnym momencie kurs spadł poniżej 6 000 dolarów i chociaż obecnie ustabilizował się w okolicach 8000 dolarów, to wciąż można mówić o względnej „racjonalizacji” kursu. Chociaż gdybyśmy mieli spojrzeć na kurs tej kryptowaluty w ujęciu paru ostatnich lat, to „naturalny” wzrost Bitcoina powinien usadzić go obecnie raczej w okolicach 4000 dolarów. I teraz do rzeczy - jeżeli liczycie na to, że sytuacja na rynku kart graficznych wróci do normy, to właśnie na taki spadek musicie liczyć.

Większość z Was pewnie wie, że ceny kart graficznych są ściśle powiązane z ceną kryptowalut – moc obliczeniowa tych pierwszych jest wykorzystywana w procesie „wykopywania” tych drugich, a także, Etherów, Litecoinów i wszystkich pokrewnych form cyfrowych pieniędzy (nie będę wchodził w techniczne szczegóły co się kryje za tym sformułowaniem – od tego jest fachowa literatura). Co za tym idzie, w momencie gdy kurs kryptowalut idzie w górę, coraz bardziej opłacalne staje się inwestowanie w „koparki”, które są niczym innym, jak szeregiem pecetów, albo jednym wielkim pecetem, połączonym z wieloma kartami graficznymi, zasilanymi tylko w jednym celu – zarabiania kryptokasy. Do momentu wybuchu ceny Bitcoina w trzecim kwartale ubiegłego roku, interes ten opłacał się głównie w krajach, w których prąd jest tani (z reguły z uwagi na dotowanie energii elektrycznej przez państwo). Niedawno wypuszczona infografika informuje nas, że wykopanie jednego Bitcoina w Polsce to strata energii o wartości niecałych 7000 dolarów. Tymczasem np. na Ukrainie to jedynie 1852 dolary. Z reguły im bardziej rozwinięty kraj, tym mniej opłacalne jest inwestowanie w koparki. To sprawiało, że kraje które zazwyczaj są rynkiem zbytu dla producentów kart graficznych, przez jakiś czas były „bezpieczne”. To zmieniło się w momencie wybuchu Bitcoinowej gorączki. Lista krajów w których nie opłacało się kopać kryptowalut w momencie gdy kurs przebijał 20 000 dolców, była bardzo krótka i liczyła jedno państwo – Koreę Południową.

Lawinowy wybuch popularności Bitcoina i gorączka budowania koparek na przestrzeni ostatnich kilkunastu miesięcy pożarła jednak całą podaż kart graficznych, w szczególności tych z górnej półki. Sytuacja robiła się na tyle poważna, że Nvidia apelowała do producentów kart graficznych, aby nie zaniedbywali graczy i wciąż kierowali swoje produkty przede wszystkim do osób, które są ich wiernymi klientami (czyli do nas), a nie do „sezonowców”, którzy potrzebują szybko ubić interes, korzystając z koniunktury. Ze zdziwieniem obserwowałem ten cichy głos rozsądku wśród okrzyków kryptogorączki.

Wzrost cen kart graficznych najbardziej zauważalny jest w przypadku kart AMD, które z uwagi na pewne rozwiązania sprzętowe, lepiej nadają się do wydobywania cyfrowego złota. Przykładowo, cena Radeona RX 570 wzrosła z 200$ do ponad 400$. Za Nvidię GeForce 1060 GTX w wersji 6GB w pewnym momencie płaciło się ponad 500$, (styczeń 2018 r.) mimo że sugerowana cena detaliczna na starcie wynosiła 300$ (we wrześniu 2016 r.). Cena większości topowych komponentów graficznych zaliczyła wzrost ceny w granicach kilkudziesięciu procent, pomimo upływu kilkunastu miesięcy od ich premiery. W normalnych warunkach rynkowych, powinny być one już przecenione o tych kilkadziesiąt procent. Wykresy obrazujące ceny możecie sprawdzić np. tutaj.

W Polsce nie odczuliśmy tego trendu aż tak mocno jak za oceanem. Z tego co widzę to cena mojej karty, tj. GeForce’a GTX 1050 w złotówkach wzrosła o kilkanaście procent. Przede wszystkim powinniśmy dziękować świetnej relacji złotówki do dolara. Hossa na rynkach finansowych sprzyjała transferom do krajów rozwijających się, w związku z czym nasza rodzima waluta umocniła się w stosunku waluty amerykańskiej – cena na przestrzeni roku spadła z ok. 4,05 zł do okolic 3,40 zł za jednego „zielonego”. A przecież hurtownicy za karty graficzne płacą z reguły w dolarach, a sprzedają je w złotówkach. Dodajmy do tego konkurencję, która wymusza rezygnowanie z części marży „walutowej”, nawet pomimo kursu korzystnego dla importerów i mamy wytłumaczenie na częściowe zrównoważenie wzrostu cen – w tym przypadku możemy mówić o tym, że „poduszka” walutowa zamortyzowała około 50% „efektu Bitcoina”. Wykres pary walutowej PLN/USD sprawdzicie tutaj.

Ekonomiści są zgodni, że po okresie niezdrowego entuzjazmu zawsze nadchodzi kryzys finansowy. Taki jest po prostu cykl koniunkturalny gospodarki. W gigantycznej popularności Bitcoina ciężko jest nie upatrywać punktu szczytowego optymizmu. Na tradycyjnych rynkach walutowych zaczęły się jednak ostre korekty, a wśród ekonomistów kiełkują obawy, czy aby nie są to pierwsze objawy dłuższego załamania. Jeżeli poleci giełda, to z pewnością polecą też kryptowaluty, które w ostatnich miesiącach zostały zdominowane przez zawodowych traderów i kapitał z funduszy wysokiego ryzyka. Fundusze inwestycyjne mają nie mają sentymentów i wycofają się gdy tylko zacznie się robić gorąco. Kiedy więc nadejdzie kryzys, to na osłodę będziemy mieli obniżkę cen kart graficznych. Żeby tak się stało, Bitcoin musi jednak spaść poniżej trzech-czterech tysięcy dolarów, które stanowią wartość progową opłacalności dla większości krajów na świecie. Póki co pozostajemy w sytuacji wyjątkowej, w której bardziej niż samodzielną kartę graficzną opłaca się kupić składaka, zalegającego na magazynie jakiegoś sklepu z ceną ustaloną przed wybuchem kryptogorączki, ewentualnie konsolę do gier. Miejcie to na uwadze robiąc zakupy.

Najnowsze
Lubisz nas?