InformacjeFelieton

Trafienie Krytyczne #50. Kolektywna inteligencja dla ostatnich Jedi

... Sławek Serafin

Razem jesteśmy sprytniejsi niż osobno, nawet naukowcy to potwierdzają

Pojęcie inteligencji zbiorowej nie jest jakieś szczególnie nowe. Pojawiło się w latach 80. ubiegłego wieku w pracach socjologów i od tego czasu wielokrotnie udowodniono, że ta teoria jak najbardziej ma sens. Zawsze miała, nawet przed dobą internetu, który umożliwił znacznie lepsze, szybsze i bardziej efektywne wykorzystanie kolektywnej ludzkiej sprytności. Otóż ludzie, w grupie, są sumarycznie bardziej inteligentni niż osobno, przynajmniej jeśli chodzi o rozwiązywanie przeróżnych problemów. Rozwiązanie zaproponowane przez grupę będzie lepsze niż to, które da nam jedna osoba, choćby nie wiadomo jak genialna. Takie są mniej więcej założenia tej teorii.

Bierze się to wszystko z tego, że człowiek, jako jednostka, dysponuje skończonymi możliwościami i ograniczoną wiedzą. Dwie osoby wiedzą więcej niż jedna. Dziesięć też. I po iluśtam osobach docieramy do punktu kumulacji wspólnej wiedzy, którego samotny geniusz nie jest w stanie osiągnąć nigdy. Choćby nie wiadomo jak był bystry, to nie będzie potrafił myśleć szybciej niż grupa osób pracująca wspólnie nad rozwiązaniem, nawet jeśli z osobna żadna z tych osób do pięt mu nie dorasta swoim IQ. Wystarczy, że każda z nich zaoferuje część rozwiązania, uczyni jakiś jeden krok, co pozwoli jakiejś innej zrobić następny, a jeszcze innej kolejny… i tak dalej, aż do wykonania zadania.

Sztandarowym przykładem zaskakującej efektywności działania kolektywnego myślenia, już w dobie internetów, jest jedna z pierwszych gier ARG, The Beast, która była częścią akcji promocyjnej spielbergowskiego filmu AI Sztuczna Inteligencja. Producenci zakodowali kryminalną intrygę w różnych mediach, planując, że fani będą odkrywali poszczególne jej warstwy i wspólnie kroczyli wytyczoną ścieżką fabularną przez kilka miesięcy. Przygotowali trzy rodzaje łamigłówek – takie, które można rozwiązać w jeden dzień, takie, które zajmą tydzień i trzecie, najtrudniejsze, których nie będzie można załamać bez dodatkowych informacji ze strony twórców. Tymi ostatnimi chcieli regulować tempo rozwoju akcji w grze w czasie rzeczywistym i popychać fabułę do przodu wtedy, kiedy uznają, że nadszedł na to czas. Plan zakładał, że cała akcja będzie trwała jakieś trzy miesiące. Zgadnijcie, jak szybko społeczność fanów rozgryzała zagadki przewidziane na kilka tygodni? W kilka godzin. Było ich po prostu wystarczająco wielu, przynajmniej kilka tysięcy, by dzięki kolektywnej wiedzy i inteligencji odszyfrować dosłownie momentalnie to, co w pocie czoła przygotowywali twórcy…

Jeszcze inny, tym razem fikcyjny, ale bardzo zabawny, przykład zbiorowej rozkminy, pochodzi z młodzieżowej powieści z lat 80., Tajna misja Hipoteusza Grippy i gadatliwego psa Artakserksesa. Swoją drogą polecam, uwielbiałem ją za szczeniaka. Tamże pojawia się, jako element opowieści, postać pisarza kryminałów, który publikował swoją powieść w odcinkach w gazecie. Czytelnicy byli zachwyceni i chcieli więcej, więc pisarz wprowadzał nowe postacie, mnożył wątki gmatwał intrygę coraz bardzie w kolejnych odcinkach… aż się biedak zorientował, że sam już kurcze nie wie, kto tak naprawdę był sprawcą morderstwa. Popadł w ciężką depresję i przerażenie, że nie wie, jak ma zakończyć powieść. A potem przyszedł mu do głowy pomysł najgenialniejszy z genialnych – zamiast kończyć, rozpisze konkurs wśród czytelników, żeby zgadli, kto zabił, a potem wybierze najbardziej sensowne rozwiązanie i przedstawi jako swoje. Przesprytne, prawda? Oczywiście, udało się.

No tak, ale dlaczego o tym wszystkim piszę dziś? Rzecz jasna, przez Gwiezdne Wojny. Minął już miesiąc od premiery, więc mogę sobie pozwolić na jakiś pomniejszy spoiler albo dwa. Otóż, jest to film pełen scen niedorzecznych, bezsensownych i nielogicznych, które stawiają na głowie nawet takie mało wiarygodne uniwersum. Od kosmicznych bombowców zrzucających swój ładunek jak Lancastery na III Rzeszę do nadświetlnego taranowania jako metody walki w kosmosie, w Ostatnim Jedi roi się wprost od kompletnych bzdur. Tyle, że nie. Z wielką fascynacją, nie tylko jako fan tego, nie ukrywajmy, głupiutkiego i mało sensownego świata, śledziłem wątki dyskusyjne w sieci, w których miłośnicy Star Wars próbowali to wszystko uzasadnić, wytłumaczyć i swoja przemyślnością sprawić, by durne pomysły scenarzystów jakoś trzymały się przysłowiowej kupy. Im też się udało.

Kolektywna inteligencja odniosła spektakularne zwycięstwo. Może nie na jakimś szczególnie ważnym polu, ale mimo wszystko. Zresztą, akurat sam film nie jest tu ważny, bo najbardziej zachwyciło mnie właśnie to, że się udało. Te problemy wydawały się niemożliwe do rozwiązania, nie? Naprawdę trudno było o bardziej bezsensowne akcje, niż te z Ostatniego Jedi. Rywalizować może z nimi tylko decyzja speców z Disney’a, którzy postanowili wywalić na śmietnik wszystkie wcześniejsze opowieści, książki, gry i komiksy, by zbudować kanon od nowa. I to tylko dlatego, że w Extended Universe uśmiercono Chewabaccę, a oni chcieli, żeby się pojawił w nowych filmach… bo to jednak jest maskotka, która ma duży potencjał sprzedażowy. Mniejsza z tym jednak. Najpiękniejsze jest to, że wspólny, bezinteresowny wysiłek fanów poskutkował tym, że udało się w miarę jakoś tak wiarygodnie uzasadnić wszystkie te piętrowe niedorzeczności z filmu. Czasem na kilka alternatywnych, równie dobrych sposobów. Jak tu się nie zachwycać naszym homosapiensowym sprytem zbiorowym, nie?

Oczywiście, i on ma obszary, na które nie będzie mu dane wkroczyć. Inteligencja to mimo wszystko nie głupota i, niestety, zawsze będzie jakoś ograniczona. Są problemy, którym nie jesteśmy w stanie sprostać, nawet jakbyśmy nad nimi myśleli całymi milionami. I nie chodzi mi tu o lekarstwo na raka czy też program zbiorowej rozkminy nad sposobami dostosowania się do zmian klimatycznych, prowadzony przez specjalistów z najlepszej chyba technicznej uczelni na świecie, Massachussets Institute of Technology. Do tego wszystkiego kiedyś tam dojdziemy, nie ma obaw. Ale nikt nie jest w stanie wyjaśnić, dlaczego w Koronie Królów, serialu będącym biednym, upośledzonym, w zasadzie niezdolnym do samodzielnej egzystencji dzieckiem Telewizji Polskiej, podczas uczty na cześć węgierskich gości, na XIV-wiecznych krakowskich stołach pojawiają się potrawy ze składników, które przywieziono do Europy z Ameryki jakieś dwa wieki później dopiero. Wobec takiego monstrualnego kretynizmu ciężko doświadczonych przez los twórców tego potworka, nawet kolektywna inteligencja nasza jest i będzie już zawsze bezradna. I pomijam już kwestię, że mało kto by w ogóle chciał się podjąć dzieła wyjaśnienia tego… czegoś. Może gdyby odcinki miały przynajmniej 45 minut…

I tak w ogóle to chciałem podziękować, że chce Wam się. Jakby Wam się nie chciało, to i mnie by się nie chciało. A tu proszę, pół setki Trafień Krytycznych. Sam jestem zaskoczony, że udało mi się pisać przez rok te felietony i powtarzać się tylko czasami…

Najnowsze
Lubisz nas?