InformacjeFelieton

Kodowanie popkultury: w jądrze ciemności

... Łukasz Wiśniewski

Popkultura czasem zmaga się z trudnymi tematami, choć normalnie woli się nad nimi prześlizgiwać. Porozmawiamy dziś o Punisherze i Jądrze Ciemności.

To oczywiste, że bezpośrednim pretekstem dla dzisiejszego felietonu jest serial Punisher, który obejrzałem jakiś czas temu i pozwoliłem mu się przetrawić w mózgu. Mimo obecności w tytule loga Marvel, ichniego komiksowego uniwersum de facto tam nie uświadczymy. Mimo że lubię superbohaterów i bardzo podoba mi się to, jak do tematu podeszła platforma Netflix, to w tym wypadku cieszę się, że twórcy poszli w zupełnie inną stronę. Dzięki temu udało im się stworzyć dużo mądrzejszą opowieść. Nie rezygnując z aspektu czysto rozrywkowego, postanowili rozprawić się z tematyką PTSD (o PTSD sporo napisałem w jednym z wcześniejszych Kodowań popkultury) i miejsca dla weteranów w społeczeństwie. Dodatkowo dotknięto też samego jądra ciemności, o czym jeszcze za chwilę.

Sam scenariusz serialu Punisher jest w sumie zaskakujący nie tylko z powodu poruszanej tematyki. Okazuje się, że nikt z ekipy tworzącej całość fabuły, włącznie z koordynatorem projektu, nie brał się dotąd za bary z tak trudną tematyką. Jakimś cudem, mając materiał z półki komiksowej, zdecydowali się jednak skoczyć na głęboką wodę. Wcielający się w rolę Franciszka Zamka Jon Bernthal też nie ma na koncie ról wymagających całkowitego wejścia w postać, rozgrzebywania psychologicznych dramatów. Jednak, ponownie jakimś cudem, jego Frank Castle to postać bardzo pogłębiona, poruszająca. Wiarygodna. Serialowy Micro to nie sympatyczny grubasek, a bardzo zwichrowany facet, mający w sobie elementy Snowdena, ale też trochę taki Aiden Pearce z Watch Dogs. Sceny duetu Berenthal/Moss-Bachrach to kawał twardego, bezkompromisowego kina. Gatunkowo serialowi znacznie bliżej do obrazów dotyczących matactw tajnych służb niż do ekranizacji komiksów.

Gdy ukazał się zwiastun serialu, wykorzystujący utwór One Metalliki (swoja drogą słucham go pisząc te słowa), pojawiły się głosy, iż to nadużycie, ze względu na tematykę tego kawałka. Okazało się, że niesłusznie, bo serial jest przede wszystkim o straszliwej cenie za udział w wojnie. Mamy cały przegląd weteranów, nie tylko samego Franka. Jest Billy Russo, w którym wojna wypaliła niemal doszczętnie człowieczeństwo. Mamy spektakularną ofiarę PTSD pod postacią Lewisa Walcotta, który by się wyspać, kopie na podwórku okop. Jest też Curtis Hoyle, który z powodu straszliwego okaleczenia wyrwał się z jądra ciemności nim go ono całkowicie zmieniło i teraz ma siłę, by pomagać innym weteranom. Jest wreszcie agentka Dinah Madani, która powoli zmienia się, przekracza linię, przez którą Frank Castle został przepchnięty znacznie wcześniej. Wszystkich ich łączą wojny toczone przez USA w ostatnich latach. Wszyscy zostawili tam spore cząstki siebie.

Jednym z kluczowych poruszanych w serialu tematów jest podejście ojczyzny dla weteranów. Kraj potrzebuje żołnierzy, ale gdy już się zużyją, nie ma im nic do zaoferowania, może poza dalszą służbą na kontrakcie dla PMC, czyli dalszym eksplorowaniem jądra ciemności. To nie jest wymysł twórców. Faktycznie współczesne demokracje mają straszny problem z wypalonymi weteranami. Są wstydliwym tematem, bo to, czego musieli dokonywać na wojnie nijak nie koreluje z ideałami głoszonymi przez polityków. Najlepiej więc o nich zapomnieć. Może teraz w USA coś się zmieni - administracja Trumpa podjęła pierwszą decyzję, z którą trudno się sprzeczać komukolwiek, bez względu na wyznawany światopogląd. Mają zostać zwiększone nakłady na pomoc psychologiczną dla weteranów, na próby ponownego dostosowania ich do życia w społeczeństwie. Czyżby 45 prezydent Stanów Zjednoczonych oglądał Punishera i coś nim szarpnęło? Nie zdziwiłoby mnie to, skoro był pewien, że USA sprzedało Norwegii nie tylko F-35a, ale i F-52, występujące tylko w Call of Duty: Advanced Warfare….

Historia, którą opowiada Punisher wpisuje się bardzo w cały nurt amerykańskiej kinematografii, dotyczący rozliczenia się z kolejnymi wojnami, opowiadający o tym, jakie rany zostawiły one w uczestnikach, a przez to w całym społeczeństwie. Pierwsza fala dotyczyła konfliktu w Wietnamie, zaowocowała takimi niesamowitymi obrazami jak Łowca Jeleni, Czas Apokalipsy czy Pluton. Swoją drogą, oryginalnie Frank Castle był weteranem z Wietnamu i swego czasu spróbowano (skutecznie) pogłebić jego postać w mini-serii komiksowej Born, którą bardzo, bardzo polecam. Kolejne wojny zaowocowały dalszymi dziełami, spośród których na pewno warto wymienić W dolinie Elah, film brutalnie rozliczający się z ceną, jaką żołnierze zapłacili za interwencję w Iraku. Siła rzeczy serial różni się od nich, bo miał być przy okazji kinem akcji. Jednocześnie przekroczył bariery, których nawet tamci ambitni twórcy trochę unikali. Sceny tortur, okrucieństwo, do którego są zdolni ludzie, którzy wrócili z jądra ciemności, wykraczają często poza skalę tego, co zwykło pokazywać kino.

Wiele razy wspominałem o sercu ciemności. To bardzo ważny kod kulturowy, pochodzący z powieści pod tym samym tytułem, napisanej przez naszego rodaka Józefa Konrada Korzeniowskiego. Szerzej znanego jako Joseph Conrad. Ta książka to bardzo ważny tekst kultury, który wpłynął na całą cywilizację zachodu, część jej kanonu. Nasz rodak tworzył w języku angielskim, w Polsce do niedawna obowiązywał przekład Anieli Zagórskiej, w październiku zeszłego roku wydano spolszczenie autorstwa Jacka Dukaja pod tytułem Serce Ciemności. Warto znać zarówno klasyczne tłumaczenie, jak i to nowe, które de facto tłumaczeniem nie jest. Jacek Dukaj bardzo kreatywnie (czasem aż za bardzo) podszedł do oryginału, uwypuklając pewne elementy. Osobiście nie stałem się fanem nowej wersji, ale doceniam to, co autor chciał osiągnąć.

Sednem opowieści Korzeniowskiego jest podróż Charlesa Marlowa w poszukiwaniu niejakiego Kurtza. Scenerią jest Wolne Państwo Kongo, specyficzny twór w Afryce, stworzony przez belgijskiego króla Leopolda II. Było to prawdziwe piekło na Ziemi, esencja brutalnego kolonializmu. Narrator opowiada o podróży i makabrze, jaką widzi na własne oczy. Kurtz zaś to postać pokazująca, jak daleko jest w stanie posunąć się człowiek, gdy dana jest mu niemal absolutna władza. Studium tego, co się stanie, gdy okoliczności wypiorą kogoś z resztek moralności. Powieść zdobyła szeroki odzew, a pojęcie jądra ciemności jako wypadkowej miejsca i psychiki człowieka zagościło na stałe wśród kodów kultury Zachodu. Dlatego twórcy chętnie sięgają dziś po to odniesienie, bo jest ono czytelne, wykształcony człowiek ma klucze, które od razu otwierają dla niego odpowiednie drzwi.

Na zakończenie czas na coś smutnego, na dodatek z naszego poletka. Najwyraźniej bowiem gracze w swojej masie mają spory problem z kluczami. Większość gier opowiadających o konfliktach zbrojnych jest banalnych i trywialnych, często wręcz gloryfikują one wojnę. W historiach snutych przez scenarzystów próżno szukać głębszej refleksji. Nawet najlepiej napisane scenariusze gier spod znaku Call of Duty czy Battlefield czy Medal of Honor unikają moralnych dylematów jak ognia, pozostawiając zbrodnie wojenne wrogom. My, gracze, podążamy zawsze ścieżką sprawiedliwych. Sprawiedliwych, których w czasie wojny jest tyle, co kot napłakał. Nawet, jeśli ktoś sięga po elementy psychologii, jak to bywało w serii Brothers in Arms, to dotyczy to głównie relacji między członkami oddziału. Co więcej, wystarczy odrobina półcieni, odarcia wojny z świetlistego heroizmu, by tytuł sprzedawał się gorzej. Gracze chcą się bawić i ratować świat, nie zaś brać udział w traumie wojny. Nasza muza jest naprawdę bardzo młoda i niedojrzała…

Pośród zalewu tej wojennej tandety pojawił się kilka lat temu prawdziwy brylant. Z fabułą mocno odnoszącą się do Jądra Ciemności Conrada, co chyba nie powinno dziwić. Mówię oczywiście o Spec Ops: the Line niemieckiego studia Yager Development. Klucze kulturowe leżą tam na każdym kroku, scenarzyści wykazali się wielką wiedzą i znajomością kanonu. Co więcej, wepchnęli gracza na kolejkę górską, która wiezie go wprost ku jądru ciemności. O ile Marlow szukając Kurza zachowuje w sobie człowieczeństwo, to kapitan Walker szukający pułkownika Konrada (co mówiłem o kluczach?) nie będzie miał tyle szczęścia. To jedna z tych gier, w których zastosowano mechanikę decyzji moralnych nie mających wpływu na fabułę, ich zadaniem jest jedynie zrzucić balast na psychikę gracza (mistrzami w tym stała się ekipa z Telltale Games). O ile gracz raczy się wczuć. Z czym bywa trudno.

Większość z moich znajomych dziennikarzy branżowych chwaliła Spec Ops: the Line, ale pokazało to, na ile tak naprawde nas słuchacie, a na ile przyciąga was mocno rozreklamowana seria. Świetna gra stworzona przez Yager Development nie sprzedała się. Wielu innych twórców mogło odebrać to jako sygnał alarmowy, drogowskaz, którą drogą nie należy podążać. Znacie anglosaskie powiedzonko dlatego nie możemy mieć ładnych rzeczy? No własnie. Tyle że tym razem nie możemy mieć prawdziwych opowieści o wojnie. Bo “ładną” historię kapitana Walkera można nazwać jedynie w cudzysłowiu. Gracze nie chcą eksplorować jądra ciemności. Sami siebie skazaliśmy na pulpę. Tym jakże optymistycznym akcentem kończę. Jeśli zaś pchnąłem was ku zakupowi Spec Ops: the Line, to dobrze dla was. Historii gier wideo już nie zmienicie, ale przynajmniej zagracie w coś mającego sporą wartość dodaną.

Najnowsze
Lubisz nas?