InformacjeBez prądu - film

Co-op w lesie. Recenzja Jumanji: Przygoda w dżungli

... Sławek Serafin

Zdecydowanie niepoważny sequel

W Jumanji: Przygoda w dżungli najlepsze jest to, że nikt się po tym filmie nie spodziewa rzeczy wielkich, doniosłych ani nawet, tak w sumie, chociażby przeciętnych. Pierwsza część, ta z 1995 roku, sama w sobie nie była szczególnie dobrym filmem i w tamtych czasach broniła się wyłącznie robiącymi pewne wrażenie efektami specjalnymi, które przenosiły dzikość tropikalnego lasu do małego amerykańskiego miasteczka. Nikt chyba nie oczekuje, że kontynuacja takiego niezbyt wybitnego dzieła sięgnie po jakieś laury, prawda? I dzięki temu pozytywnie zaskakuje. Także tym, że w przeciwieństwie do poprzedniczki, przenosi amerykańskie miasteczko do dżungli, co jest o wiele bardziej zabawne.

A dokładniej nie całe miasteczko, tylko płaskie jak tektura, chodzące stereotypy rodem z licealnego kina młodzieżowego. Pusta lala żyjąca reakcjami na swoje selfie na Instagramie; rasowy, nieprzystosowany nerd; klasowa kujonka oraz narcystyczna gwiazda drużyny piłkarskiej - bardziej sztampowej i schematycznej czwórki można ze świecą szukać. I w każdym innym filmie tacy bohaterowie ciągnęliby go w dół, właśnie przez tę swoją całkowitą wtórność. Tutaj jednak to działa, na zasadzie kontrastu.

Otóż, owa czwórka ląduje pewnego pięknego dnia wspólnie w kozie za jakieś tam mało istotne przewiny. I tamże znajdują grę Jumanji, która w magiczny, a jakże, sposób, z planszówki stała się grą konsolową z ery 16-bitowej. Oczywiście, bez namysłu postanawiają wypróbować starocia, który ich wciąga w swój świat. Do tego momentu film jest słaby. W dżungli jednak wszystko się zmienia, bowiem… zmieniają się sami bohaterowie. A dokładniej, otrzymują wybrane awatary. Chuderlawy, nieśmiały nerd nagle staje się potężnym poszukiwaczem przygód, w której to roli występuje oczywiście Dwayne „The Rock” Johnson. Wielki, niezbyt sprytny futbolista ląduje w małoformatowym ciele niezgrabnego, ale mocno obrytego w zoologii, pomagiera, Kevina Harta. Kujonka, która jak ognia unika bezsensownej aktywności fizycznej, staje się skąpo odzianą Karen Gillen, zgrabną i zwinną mistrzynią sztuk walki. A lalunia… cóż, ma tego pecha, że dostaje się jej męski awatar, cokolwiek opasły kartograf, Jack Black.

Krótko mówiąc, bohaterowie stają się swoimi przeciwieństwami. Mało wyszukany zabieg, jasne, ale… działa. Jumanji: Przygoda w dżungli to, w odróżnieniu od poprzedniego filmu, przede wszystkim lekka, mało ambitna komedia, która wyciska pomysł na to zestawienie kontrastowe do ostatniej kropelki. Film wybitnie mądry nie jest, ale co rusz łapiemy się na tym, że się po prostu szczerze śmiejemy z kolejnej żałosnej miny „Skały”, odgrywającego wyobcowanego nerda czy następnego tekstu Blacka, który brawurowo udaje, że jest pustą licealistką. Całkiem nieźle twórcy poradzili też sobie z nabijaniem się ze schematów funkcjonujących w grach komputerowych. Nie robią tego zbyt często, i może trochę nawet nie wykorzystują potencjału komicznego tkwiącego w takiej konwencji, ale ja osobiście kilka razy parsknąłem śmiechem.

I to tyle, jeśli chodzi o mocne strony Jumanji: Przygoda w dżungli. Historyjka jest głupiutka straszliwie, jak to w grach, akcja rozwija się w przewidywalny, mało porywający sposób, a sceny, które w założeniu miały być dynamiczne i widowiskowe, wypadają tak szaro jakoś również. I na efektach specjalnych też chyba oszczędzano, bo jakieś szczególnie porywające nie są. Ot, trzymają w miarę standard, i to wszystko. Gdyby dzieciaki przeniosły się do gry osobiście, to film nadawałby się na przemiał zupełnie. Na szczęście czwórka weteranów srebrnego ekranu daje radę wyciągnąć Jumanji za uszy do poziomu… całkiem sympatycznej komedii. Mało wyszukanej, jasne. I banalnej w swojej wymowie trochę, przynajmniej z punktu widzenia dorosłego kinomana, bo młodzież może patrzeć nieco bardziej przychylnym okiem na te przewidywalne przemiany, które zachodzą w zachowaniu głównych bohaterów. Niemniej jednak, po wyjściu z seansu nie odczuwa się dogłębnego żalu, że straciło się czas i pieniądze. Co jest zaskakujące, bo przecież naprawdę nikt się nie spodziewał, że to się będzie dało obejrzeć. Ja sam poszedłem do kina tylko i wyłącznie dlatego, że byłem ciekaw, jak będzie wyglądała ta „growa” strona filmu. I proszę, niespodzianka, wcale nie tak źle, jak można było oczekiwać.

Jumanji: Przygoda w dżungli to lekkostrawny, zabawny, niewymagający, rodzinny sposób na spędzenie półtorej godziny. Może nie w kinie od razu, ale jeśli traficie na tę pozycję za jakiś czas na jakimś Netfliksie czy tam w innej telewizji, to możecie śmiało oglądać. Nie będzie bolało.

Najnowsze
Lubisz nas?