InformacjeBez prądu - film

Kino niepotrzebne. Recenzja filmu Morderstwo w Orient Expressie

... Sławek Serafin

Najbardziej znana literacka zagadka kryminalna znów na ekranie

Morderstwo w Orient Expressie to film całkowicie zbędny. Może nie byłby, gdyby Kenneth Branagh postawił na jakąś twórczą wariację na temat materiału źródłowego, tak jak to zrobili na przykład twórcy serialowego Sherlocka. Ale wtedy nie byłby sobą, czyli świetnym realizatorem klasycznych opowieści, głównie adaptacji szekspirowskich. I tym razem również wiernie szedł drogą wytyczoną przez Agathę Christie, odrobinę tylko uwspółcześniając i wzbogacając przekaz. Od strony historii nie znajdziemy więc tutaj nic nowego i film po prostu powiela to, co już znamy. A właściwie znać możemy, bo przecież nie każdy czytał książkę, nie każdy widział fenomenalną ekranizację z 1974 roku tudzież telewizyjną wersję z niezapomnianym Davidem Suchetem w głównej roli detektywa Herculesa Poirot.

Morderstwo w Orient Expressie to film, który nie jest nikomu potrzebny. Ale dobrze, że jest. Branagh, który nie tylko wyreżyserował to widowisko, ale też przekonująco i ciekawie wcielił się w Poirota, dobrze wiedział, że tym razem na pewno nie będzie chodziło o historię, o tytułowe morderstwo i o zagadkę do rozwiązania. Dlatego ona sama jest zepchnięta na drugi plan raczej i raczej mało istotna. Do tego stopnia nawet, że film nie próbuje nas wodzić za nos i sprowadzać na dedukcyjne manowce jakoś szczególnie, więc nawet ktoś, kto nie zna oryginału i rozwiązania tajemnicy, domyśli się o co chodzi i kto zabił już kawałek za połową filmu, a może nawet jeszcze wcześniej. I mamy tutaj kryminalną zagadkę… tyle, że bez zagadki.

Dlaczego więc dobrze, że Morderstwo w Orient Expressie w ogóle jest? Dlatego, że jak już wspomniałem, to nie taki typowy film, tylko właśnie widowisko. Coś jak reżyserowane dawniej przez Branagha sztuki szekspirowskie, które też są przecież znakomicie znane. I nie chodzi w nich o fabułę jako taką, tylko o jej interpretację, o pokaz umiejętności nie tylko aktorów, ale też reżysera, operatorów, montażystów i dźwiękowców. Oraz specjalistów od efektów komputerowych, których jest w filmie całkiem sporo, bo często operuje niesamowitymi pejzażami i widokami, które z całą pewnością nie są naturalne.

Ogólnie od strony czysto wizualnej Morderstwo w Orient Expressie jest bogate, pełne przepychu i detali, barokowe wręcz. Patrzy się na to wszystko z prawdziwą przyjemnością, smakując oczami to zdecydowanie bardziej wyszukane, eleganckie danie. I to stwierdzenie jest jeszcze bardziej prawdziwe, gdy zastosujemy je do gry aktorskiej. Co prawda Branagh nie zdołał zebrać aż tak gwiazdorskiej obsady jak Sidney Lumet w ekranizacji z 1974 roku, ale ciężar gatunkowy talentu scenicznego jest tutaj bardzo dobrze odczuwalny. Oprócz samego Branagha mamy tutaj takie brytyjskie legendy jak Judi Dench i Derek Jacobi, mamy jak zawsze znakomitego Willema Dafoe, mamy bajeczną Michelle Pfeiffer i jak zwykle trochę szaloną Penelope Cruz. I Johnny Depp też całkiem udanie gra, w kilku momentach nawet udaje mu się nie być samym sobą. Obsadę uzupełniają mniej znane nazwiska, które jednak nie zawodzą, a młoda Daisy Ridley pokazuje, że umie też przekonująco wcielić się w brytyjską damę i nie powinniśmy myśleć o niej wyłącznie jako o Rey z nowych Gwiezdnych Wojen.

Morderstwo w Orient Expressie to właśnie przede wszystkim pokaz świetnego aktorstwa charakterystycznego. I przy takim natłoku postaci jakoś udaje się każdą z nich odrobinę pogłębić i nadać jej jakiegoś rysu, choć nie ma co liczyć oczywiście, na jakieś prawdziwe sięganie pod powierzchnię i wielowymiarowość bohaterów. Nie o to zresztą chodzi, tak samo jak nie jest ważna sama zagadka morderstwa. Branagh między wierszami stara się położyć nacisk na trochę inne kwestie, na motyw zbrodni i kary, na konflikt prawa i człowieczeństwa. I dość jasno opowiada się po stronie tego ostatniego, nie tylko konsekwentnie i wiernie adaptując oryginalną opowieść, ale też sugerując swoje spojrzenie na sprawy na inne sposoby. Finałowe sceny w tunelu, gdzie reżyser posadził wszystkich podejrzanych przy jednym stole i uchwycił ich w fantastyczny kadr będący nawiązaniem do Ostatniej wieczerzy da Vinciego, nadają wszystkiemu bardzo wyrazistego tonu i nie pozostawiają żadnych wątpliwości, co do tego co jest słuszne i jak należy widzieć zbrodnię i ofiarę. Przynajmniej według twórców Morderstwa w Orient Expressie.

Nie jest to obraz kinowy, który zachwyca. Na kolana z nim z pewnością nie padniemy. I naprawdę nie był potrzebny w sytuacji, gdy istnieje przecież wspomniana już kilkakrotnie ekranizacja Lumeta. Ale dobrze się ogląda. I nie jest stratą czasu. Piękny od strony wizualnej, ponadprzeciętny aktorsko, opowiada jeszcze raz tę samą historię, całkiem udanie grając na emocjach tych, którzy jej jeszcze nie znają, a pozostałych racząc swoją niezbyt odbiegającą od oryginału, ale jednak autorską interpretacją. W ostatnich scenach Branagh trochę żartuje, a trochę sugeruje, że być może w przyszłości zajmie się innym klasykiem Christie, Śmiercią na Nilu. I, tak szczerze, to nie miałbym nic przeciwko, gdyby to zrobił. Chętnie obejrzę.

Najnowsze
Lubisz nas?