InformacjeBez prądu - film

To nie komiks, to dramat. Recenzja serialu The Punisher

... Sławek Serafin

Frank Castle powraca, tym razem z własnym serialem

Jon Bernthal jest Punisherem. Komiksową postać ponurego komandosa, który zostawia za sobą zgliszcza i góry trupów walcząc z niesprawiedliwością, próbowali oddać różni aktorzy na przestrzeni ostatnich 30 lat. Dolph Lundgren zdecydowanie nie dał rady. Thomas Jane próbował, ale też nie. Ray Stevenson był najlepszy z nich wszystkich, ale jego charyzma nie uratowała słabego filmu. A Jon? Jon wszedł na scenę w drugim sezonie Daredevila i na zawsze chyba już stał się Punisherem, a Punisher stał się nim. Jest idealny, z tą swoją bokserską postawą, chropawym głosem, groźbą ukrytą w spojrzeniu.

Trudno się więc było dziwić, że wszyscy fani marvelowskich seriali produkowanych przez Netflix czekali na poświęcony mu serial z… obawą. Trochę z oczekiwaniem i ekscytacją, ale też z obawą. Po pierwszym sezonie Daredevila wydawało się, że Netflix nami pozamiata tymi serialami, że wdepcze nas w ziemię, jeśli będą takie dobre jak ten zwiastujący cały cykl. A potem się okazało, że nie są w stanie dorosnąć mu do pięt. Niektóre były wręcz tak nudne, z tak ślimaczym tempem i pozbawione charakteru, że nie dało się ich oglądać po prostu. A potem jeszcze zebrano to wszystko w jedną całość, która, jak można było przewidzieć, była najgorsza z tego wszystkiego. Defenders zawiodło oczekiwania. I to bardzo. Cóż więc się dziwić, że czekaliśmy na The Punisher jednocześnie z obawą, i nadzieją, że zła passa się odwróci? Czekaliśmy. I się doczekaliśmy. Jak wyszło?

The Punisher… mógłby być lepszy, niestety. Nie Jon Bernthal, oj nie. On jest perfekcyjny. I ogólnie obsada tutaj zdecydowanie błyszczy. Nie tylko Ebon Moss-Bachrach, grający Davida „Micro” Liebermanna, partnera Franka Castle, choć akurat ich relacja jest świetnie pokazana, w bardzo wiarygodny sposób rozwinięta i całkowicie naturalna. Mają taką „niechętną chemię”, która nie wydaje się sztuczna i z palca wyssana na potrzeby scenariusza. Drugi plan też wypada nieźle, zarówno jeśli chodzi o postacie związane z głównym wątkiem, jak i te z pobocznego. No i udało się wykreować w końcu porządne czarne charaktery, które też są prawdziwe i wiarygodne. Nie aż tak charyzmatyczne jak Wilson Fisk Vincenta d’Onofrio z Daredevila, ale o niebo lepsze niż płaskie, nudne i przerysowane kreacje „złoli” z pozostałych marvelowskich seriali.

The Punisher jest bardzo dobrze zagrany, tego odmówić mu nie można. I historię też opowiada niezłą. Choć mamy tu do czynienia z adaptacją komiksu, nie ma ani śladu superbohaterskiego infantylizmu i „wielkiego zła”, z którym trzeba walczyć. I bardzo dobrze, bo jakbym jeszcze raz zobaczył ninje z jakiejś operetkowej The Hand, to bym przestał dalej oglądać. Nie, tutaj mamy sytuacje prawdziwe, realne problemy i ważne kwestie, podane w sposób poważny, dorosły i warty przemyślenia. I to jest jak najbardziej w porządku. Szkoda tylko, że The Punisher zostawia nam taki szmat czasu na te przemyślenia.

Niestety, Netflix znów zrobił „swoje”, czyli nie poradził sobie z tempem i dynamiką całej serii. Nie mówię, że jest za długa, bo trzynaście odcinków to nie wieczność. Ale nie byłoby źle, gdyby wypełniono je miejscami czymś więcej niż takimi samymi rozmowami, które najzwyczajniej w świecie się powtarzają. I nie zrozumcie mnie źle, nie narzekam na brak akcji. Wiele osób, głównie fani komiksów, uważają, że The Punisher to ciągła rozpierducha. Być może, w oryginale. Ale tutaj naprawdę nie trzeba było gór trupów. Serial sprawdziłby się nawet jako dramat, pogłębiający postacie i skupiający się na nich… gdyby lepiej operował tempem. A dynamikę można podkręcić na wiele sposobów, nie tylko strzelaninami i krwią. Zwroty akcji, emocje, zaskoczenia mogą nas trzymać w napięciu, nawet gdy sam serial wydaje się bardzo niespieszny. Nie musi się wiele dziać, żeby się wiele działo… pod spodem. A tu się po prostu niewiele dzieje. Na obu poziomach.

Niektóre odcinki się zwyczajnie ciągną. Nie do poziomu ziewania i przysypiania na szczęście, ale mimo wszystko. I tych kilka szybszych, ciekawej skonstruowanych, dobrze operujących emocjami, nie jest w stanie tego zrównoważyć. Sceny akcji też nie, niestety. Nie są złe, tylko… poprawne. Kręcone w ten sam sposób cały czas, bez kreatywności, bez polotu, rzemieślniczo. Nie przyspieszają bicia serca, nie wywołują efektu takiego, jak niektóre potyczki z pierwszego sezonu Daredevila. Bohaterowie chodzą i gadają, bohaterowie strzelają i rzucają granatami, a cały czas jest jakoś tak płasko i jednostajnie. Całe szczęście, że ta płaszczyzna jest umiejscowiona wyżej niż w Defenders i Iron Fist, więc The Punisher jednak dobrze się ogląda. Ale nie aż tak, by nie móc się oderwać, by połykać odcinek za odcinkiem, nie mogąc się doczekać, co będzie dalej.

Czy The Punisher przywraca nam trochę wiary w komiksowe adaptacje od Netflix? Jest odpowiednio mroczny, brutalny i pogłębiony. I szczęśliwie pozbawiony elementów nadnaturalnych. Ale niestety, choć jest lepszy od ostatnich seriali z tego cyklu, to na piedestał wejść nie jest w stanie, w przeciwieństwie do Franka Castle, który nawet z kilogramem ołowiu w ciele jest w stanie dokonać cudów. Nie jest tak źle, jak być mogło, ale też nie tak dobrze, jak mieliśmy nadzieję, że będzie. I ja osobiście, mimo tego, że dobrze mi się The Punisher oglądało, nie będę już w stanie wyczekiwać na następną marvelowską produkcję od Netflix z jakimkolwiek innym nastawieniem, niż to, które się objawia wzruszeniem ramion. Tym razem była okazja odbić się od dna. Taka postać, taki potencjał, nie? A producentom wystarczyło sił i środków tylko na to, żeby niemrawo wypłynąć na powierzchnię i jakoś się na niej utrzymać. To też się chwali, jasne, że tak. Tylko czy my chcemy przez trzynaście odcinków oglądać jak ktoś po prostu nie tonie? No właśnie. Niezbyt ekscytujące. Szkoda.

Najnowsze
Lubisz nas?