InformacjeRecenzja - konsole

EA, ty bando chciwych nerfopasów: recenzja Star Wars: Battlefront 2

... Piotr Nowacki

Jasna strona mocy przegrała w starciu z EA.

Komandor Iden Versio była członkiem oddziału Inferno, elitarnej jednostki imperialnych komandosów, którzy specjalizowali się w walce z rebeliantami. Była przekonana, że tylko dzięki żelaznej ręce Imperium w galaktyce może zapanować pokój, nie kwestionowała wizji imperatora Palpatine’a. Do czasu.

Iden przejrzała na oczy, kiedy po zniszczeniu drugiej Gwiazdy Śmierci jej ojciec postanowił wcielić w życie operację Cinder. Jej celem jest zapewnienie lojalności poddanych Imperium poprzez sianie terroru. Do tego celu miały posłużyć satelity, które swoimi promieniami zmieniały pogodę na planecie, powodując katastrofalne burze. Pierwsza na celowniku znalazła planeta Vardos, z której Iden pochodziła. Nie mogła biernie patrzeć na śmierć swoich pobratymców, więc postanowiła się po raz pierwszy sprzeciwić swojemu ojcu i polityce Imperium.

Często w filmach czy grach plany złoczyńców nie są zbyt mądre, ale operacja Cinder jest wyjątkowo durna. W jaki sposób losowy akt przemocy ma zwiększyć lojalność mieszkańców dotkniętej nim planety? Przecież to jest doskonały przepis na zasilenie Rebelii świeżą krwią. I czy admirał był naprawdę na tyle naiwny, że uznał, że jego córka będzie bezczynnie stała, kiedy jej ojczyzna będzie niszczona? Jeszcze byłbym w stanie przymknąć oko na głupotę tego planu, gdyby stał za nim przygłupi imperialny oficer średniego szczebla, ale ten rozkaz miał wyjść z ust samego imperatora Palpatine’a niedługo przed jego śmiercią…

Reszta historii na szczęście nie osiąga takich wyżyn głupoty, jednak ze świecą szukać czegokolwiek, co na dłużej zapadłoby w pamięć. Sporą kulą u nogi fabuły jest wplatanie na siłę jak największej ilości nawiązań do filmów kinowych. Uwielbiam Hana Solo, Luke’a i Leię, ale sam Coruscant miał BILION mieszkańców – a to tylko jedna z wielu planet świata Gwiezdnych Wojen. Naprawdę, wśród tylu ludzi (i Twi’leków, Huttów, Rodian…) powinno znaleźć się trochę więcej interesujących postaci, nie ma powodu, żeby ograniczać się do wąskiego grona bohaterów filmów. Siłę drzemiącą w nowych postaciach pokazuje Shriv, który w tej części pełni rolę kompana Lando Calrissiana. Dzięki temu, że scenarzyści nie byli ograniczeni ramami wyznaczonymi przez starą trylogię, mogli zabłysnąć, dzięki czemu powstała jedna z najzabawniejszych postaci w całej grze. Poczucie humoru Shriva wypada zdecydowanie lepiej niż odgrzewane żarty Hana Solo.

Podobnie problemem jest nadmierne przywiązanie do filmowych lokacji. Bitwa pod tawerną Maz Kanaty w Przebudzeniu mocy była świetna, ale kiedy gra próbuje mi wmówić, że na tych peryferiach Imperium 30 lat temu była jeszcze inna wielka potyczka, to czuję przesyt. Razi także brak konsekwencji: po co umieszczać jeden poziom na planecie Naboo i równocześnie nie umieszczać tam ani jednego Gunganina? Czemu na Endorze Ewoki możemy zobaczyć jedynie gdzieś w oddali? Nie należę do fanów tych ras, ale pominięcie ich burzy wiarygodność świata przedstawionego.

Fabularne niedostatki wynagradzała rozgrywka – przynajmniej do czasu. Pierwszy poziom zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie. Dobry balans między strzelaniem a skradaniem, pomysłowe wykorzystanie towarzyszącego nam droida, którego mogliśmy od czasu do czasu wysłać, by raził rebeliantów prądem – prezentowało się to całkiem ciekawie. Nawet lepsze wrażenie sprawił drugi etap, który był osadzony na wcześniej wspomnianym Endorze. Otwarte przestrzenie pozwalały na różne taktyki, zarówno na skradanie się, wykorzystywanie zasięgu karabinu snajperskiego czy też dużej mocy obalającej ciężkiego blastera. Potem jednak zaczęło się robić coraz mniej ciekawie. Wycinanie w pień coraz to kolejnych fal szturmowców chwilami bardziej irytowało niż angażowało i czasami wolałem po prostu przebiec obok nich zamiast angażować się w wymianę ognia. Z czasem też coraz bardziej widoczny był fakt, że lokacje nie zostały zaprojektowane specjalnie na potrzeby trybu fabularnego, tylko zaczerpnięto je z multiplayera. Kampanię ratuje jednak szeroki wachlarz broni i umiejętności, które możemy w wygodny sposób zmieniać, co zachęca do eksperymentowania i próbowania nowych taktyk w potyczkach.

Dużo słabiej wypadają poziomy, w których przejmujemy kontrolę nad postaciami znanymi z oryginalnej filmowej trylogii. Na przestrzeni kilku poziomów dostajemy możliwość pokierowania między innymi Hanem Solo, Leią Organą, czy Lukiem Skywalkerem. Podczas gdy kierowanie nimi jest całkiem satysfakcjonujące na przykład w trybie Arcade, w którym najczęściej odpieramy nacierające fale wrogów lub musimy zdobyć określoną ilość fragów, podczas kampanii wypadają co najwyżej przeciętnie. Ewidentne jest, że ich sterowanie zostało zaprojektowane pod tryb multiplayer. Samotni gracze szybko zauważą, jak biedna jest paleta ruchów tych postaci. Machanie mieczem świetlnym nie jest nawet w połowie tak satysfakcjonujące, jak w wydanym 9 lat temu Star Wars: The Force Unleashed czy Jedi Knight 2 sprzed 15 lat. Podobnie wygląda to w wypadku postaci, które posługują się głównie blasterami. Brak możliwości krycia się za osłonami czy animacji dla, z braku polskiego odpowiednika, takedownów powoduje, że rozgrywka tymi postaciami odstaje od standardów strzelanek TPP z ostatnich lat. Uboga walka wręcz i brak osłon są zrozumiałe z punktu widzenia rozgrywki dla wielu graczy, ale ich nieobecność w kampanii zdecydowanie razi.

Jednorazowe przejście kampanii na średnim poziomie zajęło mi niecałe siedem godzin, w co wliczają się także przerywniki filmowe. Należy przy tym nadmienić, że akurat w ten weekend postanowiło mnie dopaść przeziębienie. Za wiele moich śmierci w grze winię gorączkę, która nie wpływała pozytywnie na mój refleks i szybkość reakcji, więc czas potrzebny na przejście kampanii w normalnych warunkach szacuję na jakieś 6 godzin.

Kupienie Star Wars: Battlefront 2 tylko dla zabawy w pojedynkę uważam za chybiony pomysł. Kampania nie należy do najgorszych, jednak czuć, że jest to jedynie przystawka do trybu multiplayer. Przystawka całkiem smaczna, jednak widać, że kucharz nie poświęcił jej tyle czasu, co głównemu daniu. Nie jest to też obowiązkowe danie dla miłośników Gwiezdnych Wojen. Fabuła gry zdaje się być na siłę wciśnięta między wydarzenia znane z filmowej sagi, co jej wiele ujmuje. Chociaż moją kilkugodzinną przygodę z Iden Versio mogę zaliczyć do całkiem przyjemnych, wątpię, że cokolwiek będę z niej pamiętał za rok.


Zanim przejdę do samej rozgrywki multiplayerowej, trzeba poruszyć temat, który od kilku dni nie schodzi z tapety w praktycznie wszystkich serwisach o grach: mikrotransakcje.

Największą burzę wywołała cena takich bohaterów, jak Darth Vader czy Luke Skywalker, którzy początkowo kosztowali nawet 60 tysięcy wirtualnych kredytów, co według niektórych wyliczeń przekładało się na jakieś 40 godzin grania. Zmiażdżone krytyką graczy, EA obniżyło ceny bohaterów o około 75%.

Osobiście uważam, że same ceny bohaterów (nawet przed obniżką) to jeden z mniejszych problemów Battlefront 2. Przede wszystkim, nie jest to w żadnym wypadku pay to win – nie zauważyłem specjalnej przewagi tych postaci, kierowanie Darthem Vaderem czy Yodą nie uczyni z początkującego gracza Rambo bezlitośnie szlachtującego wszystkich wrogów. Ponadto, 40 godzin grania to prawdopodobnie liczba przesadzona: kredyty otrzymuje się nie tylko za samą grę, ale również za różne dodatkowe osiągnięcia i te progi powinny być osiągane szybciej, chociaż nie jest to łatwe do oszacowania.

Najbardziej w tej aferze oburzyła mnie próba zatuszowania tych absurdalnych cen. Podczas gdy w wersji dostępnej w sprzedaży detalicznej te postaci kosztowały kilkadziesiąt tysięcy kredytów, edycje recenzenckie miały te ceny zaniżone kilkukrotnie. Nie było nawet próby mydlenia oczu w presspacku, że niższe ceny są po to, by recenzenci mogli się łatwiej zapoznać z całą treścią gry. Wygląda na to, że po prostu liczyli, że to oszustwo nie wyjdzie na jaw,, co jest bezczelnością, której nie jestem w stanie opisać nie używając słów bardziej wulgarnych niż te w tytule recenzji.

Mimo wszystko, uważam, że dużo gorsze są nieszczęsne lootboksy, które mają dużo większy wpływ na grę niż bohaterowie. Wypadają z nich przede wszystkim karty, który mogą diametralnie zmienić cechy kierowanej postaci: zwiększają odporność na obrażenia, odblokowują dodatkowe umiejętności, etc. W tym wypadku gra już mocno wchodzi w terytorium pay to win, a na dodatek kwoty wymagane przez grę są niemałe. Jedna skrzynka żołnierza kosztuje w przeliczeniu niecałe 10 złotych, a biorąc pod uwagę, że ich zawartość jest dobierana losowo, może się okazać, że wydamy małą fortunę i nie otrzymamy w zamian nic pożytecznego.

AKTUALIZACJA: EA tymczasowo wyłączyło mikrotransakcje. Co z tego wyjdzie? Zobaczymy.


Pozostaje tylko spojrzeć na to, jaka gra się kryje pod tym szambem mikrotransakcji.

Na potrzeby rozgrywki multiplayer zostało przygotowanych 5 głównych trybów, do których należą m.in Galactic Assault w którym ściera się do 40 graczy, a celem jest wykonanie konkretnych misji, jak na przykład obrona kroczącego AT-AT przed atakiem rebeliantów czy przejęcie konkretnego punktu w bazie wroga. W Starfighter Assault siadamy za sterami X-Winga, Tie Fightera lub jednej z wielu innych kosmicznych maszyn. Z kolei Heroes vs. Villains to radosna, arcade’owa młóćka, w której naprzeciw siebie stają postaci z różnych epok Gwiezdnych Wojen.

Poprzedni Battlefront wielu graczom się nie spodobał ze względu na relatywną “casualowość” trybu multiplayer. Mi osobiście to nie przeszkadza: szczerze mówiąc, rzadko poświęcam dziesiątki godzin na jeden tytuł, aby osiągnąć w nich mistrzowski poziom. Ciężko byłoby mi konkurować w Counter-Strike’u, StarCrafcie czy League of Legends, w których często gracze spędzają po setki czy nawet tysiące godzin.

Dlatego też Battlefront 2 jest dla mnie całkiem niezłą propozycją. Szczególnie do gustu przypadł mi tryb Heroes vs. Villains, który oferuje dużo radosnego chaosu. Idealna, niezobowiązująca rozrywka z relatywnie niskim progiem wejścia. Podczas gdy w kampanii herosi rozczarowywali, tutaj zdecydowanie mają okazję rozwinąć skrzydła.

Chaos, chociaż innego rodzaju, panuje na ogół także w trybie Galactic Assault. Przy 40 graczach na mapie trudno jest mówić o jakimkolwiek balansie rozgrywki. Nie zmienia to faktu, że uczestniczenie w takich grupowych desantach sprawia masę radości, a biegnięcie u stóp potężnego AT-AT dostarcza niezapomnianych wrażeń.

Bardziej klasyczne doznania zapewnia tryb Strike, w których mamy mniejsze drużyny (8 vs. 8), a herosi są znacząco ograniczeni – nie ma tam możliwości wyboru najmocniejszych postaci, takich jak rycerze Jedi. Z jednej strony powoduje to, że gra jest tradycyjnym shooterom, mniej jest miejsca na przypadek, z drugiej, skromniejsze oddziały powodują, że elementy pay-to-win mogą mieć większy wpływ na rozgrywkę.

Rozgrywka on-line w Battlefront 2 nie zwojuje esportowych aren, ale sprawia masę frajdy. Szczególnie warto wspomnieć o umiejętności Vanguard, która oddaje nam w ręce jedną z lepszych strzelb, jakie miałem ostatnio przyjemność dzierżyć w grach komputerowych. Efektywna, świetnie wyglądająca i jeszcze lepiej brzmiąca, ale jednocześnie nie dająca zbyt dużej przewagi. Szturmowanie linii wrogach z nią w ręce daje masę satysfakcji. Również bardzo satysfakcjonujące jest zasiadanie za sterami maszyn powietrznych i kosmicznych, sterowanie jest przystępne, ale równocześnie nie sprawia wrażenie zbyt uproszczonego. Wszystko byłoby super, gdyby nie to, że mikrotransakcyjny bulszit nie daje o sobie zapomnieć...

Oceniając Battlefronta 2 starałem się wziąć pod uwagę wszystkie najważniejsze elementy gry. Gdybym miał w odosobnieniu oceniać kampanię dla pojedynczego gracza, wystawiłbym jej 6.0 – chociaż miała interesujące momenty, była zdecydowanie zbyt nierówna, żeby zasłużyć na wyższą notę. Tryb multiplayer przedstawia się dużo solidniej, sądzę, że ocena 8.0 mogłaby być w tym wypadku całkiem adekwatna. Sumarycznie gra by zasługiwała na 7.0. Jednak jeden punkt muszę odjąć za bezczelne mikrotransakcje, kolejny zaś za ordynarną próbę ukrycia ich przed recentami. Ostatecznie więc Battlefront 2 otrzymuje 5.0. Więcej nie mogę dać, przede wszystkim ze względu na praktyki, które byłyby dla mnie nie do przyjęcia w strzelance free-to-play, a co dopiero w tytule, którego premierowa cena oscyluje w granicach 200 złotych.

PlayStation 4Star Wars: Battlefront II (2017)

  • Rozgrywka potrafi przynieść dużo frajdy...
  • ...ale elementy pay-to-win pozostawiają niesmak
  • Bezczelna próba oszukania graczy i recenzentów
  • Krótka kampania single player
  • Chwilami idiotyczna fabuła
  • Nieznośne wciskanie wszędzie postaci z filmowej sagi
  • Recycling map z multiplayera w kampanii

Przeciętny single player, dobry tryb dla wielu gracze i fatalne podejście do klienta.

Najnowsze
Lubisz nas?