InformacjeBez prądu - film

W socjalistycznym państwie nie ma seryjnych morderców - recenzja filmu Ach śpij kochanie

... Joanna Kułakowska

Ach śpij kochanie w reżyserii Krzysztofa Langa to dzieło nierówne i miejscami chropowate, ale bezsprzecznie warto je obejrzeć.

Władysław Mazurkiewicz, czyli Piękny Władek, zwany także „eleganckim mordercą”, a przez znajomych obdarzony żartobliwym, a zarazem pełnym estymy tytułem „sędzia”, to persona tyleż odrażająca, co niezwykle barwna, o której można by zrobić wieloodcinkowy, kryminalny serial, przybliżający społeczne i polityczne realia brudnych czasów, w jakich przyszło jej żyć. W czasie trwania II wojny światowej ofiary cywilnych przestępstw nie cieszyły się należytą uwagą, później Milicja Obywatelska oraz Urząd Bezpieczeństwa miały swoje własne definicje szkodliwego działania i w dużej mierze od tego zależał poziom ich zainteresowania. Ach śpij kochanie nie sięga po realia, by pogłębić i przybliżyć postać Mazurkiewicza (Andrzej Chyra), lecz koncentruje się na aspekcie rozpasania i „wszechwładzy” ówczesnych wysoko postawionych funkcjonariuszy prawa, wykorzystując owego mordercę jako pretekst do nakreślenia pewnego szkicu na ich temat (za mało tu przykładów i za dużo niedomówień, by nazwać to portretem).

Generalnie trudno jednoznacznie określić gatunek, do którego należy film Krzysztofa Langa – oczywiście mamy tu śledztwo w celu udowodnienia winy podejrzanemu, więc w sumie jest to kryminał, ale twórcy tańczą na linie pomiędzy konwencją retro a noir, mamy też mocne wątki rodem z kina psychologicznego i obyczajowego. Jeśli dodamy do tego specyficzne przeskoki scenariusza i anachronizmy w fabule, można by uznać, że twórcy Ach śpij kochanie nie byli pewni, jaki właściwie film chcą zrobić, i dodali naprędce po trosze tego i owego. Sprawa jednak nie jest taka prosta – jeśli damy się poprowadzić tej „porwanej” historii, intuicyjnie poczujemy przedstawianą epokę i jej przedstawicieli. Nie chodzi tu nawet o niejednoznaczność przedstawionych postaci, lecz deformacje kryjące się pod maskami, które jeden z głównych bohaterów – porucznik Karski (Tomasz Schuchardt) – musi zedrzeć z twarzy zarówno oskarżonego, jak i swych autorytetów i mocodawców, by zrozumieć, co jest grane.

Scenariusz Andrzeja Gołdy to pozornie chaotyczny zbiór elementów, po ułożeniu których wyłania się wzór, jakiego w zasadzie spodziewaliśmy się od początku, ale wychwycone w międzyczasie szczegóły tworzą drugi – uzupełniający go i nadający dodatkowy wymiar. Stanowi to zarazem siłę, jak i słabość filmu, bo znamy tajemnicę, więc niby co nas obchodzą jakieś dodatkowe szczegóły. Skoro wiemy, że „zabił ogrodnik”, nie mamy tego, co w kryminałach najlepsze – rozwiązania emocjonującej zagadki. Czasem jednak droga i piętrzące się na niej przeszkody oraz niespodzianki są prawdziwym celem podróży, a główną tajemnicą okazuje się coś zupełnie innego. Lecz nawet patrząc w ten sposób, znów czeka nas nieco rozczarowania, bo bardzo łatwo domyślić się, „kto za tym wszystkim stoi” – w Ach śpij kochanie, prócz podsunięcia widzowi kilku całkiem wyraźnych tropów, to się po prostu czuje. I właśnie tu jest ofiara pogrzebana! To jest ewidentna zaleta obrazu Langa.

Największym atutem filmu Ach śpij kochanie jest to, co się czuje podczas seansu, czyli specyficzny nastrój, poczucie absurdu i beznadziei oraz wrażenie wszechobecnej wielkiej ściemy, która ironią losu dotyka tak ścigającego, pragnącego dojść całej prawdy, jak i drwiącego zeń, przekonanego o swej nietykalności ściganego. Poznajemy Karskiego jako osobę uczciwą, na swój sposób wręcz szlachetną, pełną wiary w sens swojej pracy, co jest aż dziwne, biorąc pod uwagę otoczenie i historie, z którymi musiał mieć do czynienia, aby awansować. Z drugiej strony, jako protegowany pułkownika Olszowego z UB (Bogusław Linda), mógł mieć drogę usłaną różami, a nie guanem. Jak by nie było, pewnego dnia nasz bohater, wraz ze swym współpracownikiem, kapralem Pajkiem (Arkadiusz Jakubik), spotyka się z nietypowym przypadkiem – mężczyzną, który przyszedł do szpitala, skarżąc się na ból głowy, po czym wyciągnięto zeń nabój. Rzeczony stanowczo twierdzi, iż nikt go nie postrzelił, a wrogów żadnych nie ma, lecz milicjanci, przycisnąwszy go nieco, dowiadują się o jego konszachtach z Mazurkiewiczem i dziwnym „żarcie” ze strony wyżej wymienionego. To stanowi pierwszy trop prowadzący do znacznie większej sprawy. Funkcjonariusz odkrywa, że w Krakowie i okolicach od lat giną ludzie, a wszyscy mieli coś wspólnego z obracającym dewizami i złotem spekulantem Mazurkiewiczem. Wykrywa aż 67 potencjalnych przypadków i stawia hipotezę o seryjnym mordercy, typując Pięknego Władka. Niestety, napotyka opór przełożonych – mur zbudowany z zaginionych akt, podważania i ośmieszania wyników dedukcji, niejasnych aluzji i ostrzeżeń. Kwintesencję stanowią słowa: W socjalistycznym państwie nie ma seryjnych morderców. W końcu sprawy przybierają brutalny obrót... Do tego Karski zaczyna interesować się żoną jednej z ofiar, uroczą kelnerką Anną (Karolina Gruszka), co może mieć wpływ na jego karierę, a nawet życie...

Konstrukcja utworu Langa jest nielinearna – zaczyna się od sceny w latach 40., później lądujemy w roku 1955, kiedy to „elegancki morderca” wzbudza zainteresowanie młodego funkcjonariusza. Następnie akcja kilkukrotnie skacze w czasie, w pewnym momencie nieco konfudując widza. Mamy do czynienia nawet ze sceną, co do której ciężko stwierdzić, czy jest ona obrazem w głowie przesłuchiwanej osoby, powstałym wskutek sugestywnego zachowania śledczego i znajomości talentów bezpieki, czy też rzeczywistym zdarzeniem (w prawdziwym świecie Piękny Władek twierdził, że przyznał się jedynie na skutek przemocy i gróźb pod adresem rodziny). Istnieją wyraźne anachronizmy: rozbieżności pomiędzy prawdziwą historią a filmową (np. Mazurkiewicza podejrzewano o 30 morderstw, a nie 67), niepasujące do epoki zdjęcia ofiar oraz sam termin „seryjny morderca”, którym szafuje się w filmie, a który został ukuty dopiero w latach 70. Tak więc, o ironio, w powojennej, socjalistycznej Polsce rzeczywiście „nie było seryjnych morderców”. Zabiegi reżysera budzą mieszane uczucia, bo choć poszczególne sceny zostały zrealizowane wręcz znakomicie (np. scena, gdy żołnierz podwędza milicjantom kurę), to sposób ich połączenia nieraz stanowi wspomnianą „chropowatość”. Szkoda również, że na samym końcu Ach śpij kochanie wybrzmiewa, zupełnie tracąc dynamikę i pozostawiając widownię z poczuciem niedosytu.

Na uwagę zasługują nieoczywiste, intrygująco zaakcentowane lub zasygnalizowane relacje pomiędzy postaciami dramatu. Interesująco pokazano skomplikowaną więź między Karskim i Pajkiem, a także mentorską zależność i szczeniackie zaufanie Karskiego względem Olszowego. Umiejętnie zarysowano specyficzną zażyłość, jaka zrodziła się między porucznikiem a mordercą, od którego ten pierwszy dowiedział się rzeczy, jakie zwykle mieszczą się w ojcowskich złotych radach. Niestety, postacie żeńskie nie są tu pełnoprawnymi bohaterkami (szczególnie przypominająca Veronikę Lake Katarzyna Warnke w roli femme fatale – ponętnej małżonki Mazurkiewicza – o której tak naprawdę nic nie wiemy), lecz po prostu pełnią określone funkcje, mając na celu eksponować cechy i postawy postaci płci męskiej. Szkoda, że zostały tak potraktowane, chociażby dlatego że obraz Krzysztofa Langa byłby bogatszy, zyskując na prezentowanej perspektywie, ale i tak ma do przekazania coś więcej niż tylko czysto kryminalną historię.

Stosunek Karskiego do Anny pokazuje jego człowieczeństwo – w przeciwieństwie do innego z bohaterów, traktującego kobietę jak przedmiot, który można sobie wziąć z półki, kiedy tylko najdzie go ochota, a potem odłożyć na jakiś czas, albo i połamać, bo przecież zawsze można kupić sobie nowy. Zarazem gdzieś w tle pojawiają się pytania: Jak długo porucznikowi uda się zachować tę szlachetność? Kiedy zostanie skorumpowany wskutek władzy nad nim lub przez wpływ, jaki sam może wywierać na czyjeś życie i bezpieczeństwo? Dużo ciekawszy jest związek Pięknego Władka, króla życia i ulubieńca kobiet, z byłą żoną – ich wspólne życie w trójkącie z jej kochankiem. Implikacje obserwowanego na ekranie uczucia czynią z niego odrażający czarny charakter, a zarazem postać romantyczną i tragiczną. Tytuł filmu jest tytułem starej kołysanki, której tekst sugeruje podstawowy motyw poczynań bohatera: Ach, śpij, kochanie, jeśli gwiazdkę z nieba chcesz, dostaniesz, czego pragniesz, daj mi znać, ja ci wszystko mogę dać, ale teraz – wybacz, muszę spać. I poszedł spać – na szubienicę.

Dlaczego Ach śpij kochanie, mimo szeregu mankamentów, warto jednak obejrzeć? Dla nastroju. Dla faktu, że morderca Władysław Mazurkiewicz jest skutecznie użytym wytrychem, by pokazać inne plugastwa. Dla orkiestrowej muzyki ze wspaniałą sekcją instrumentów smyczkowych i dętych. Dla bardzo dobrych zdjęć i kostiumów. I wreszcie – dla porządnej gry aktorskiej. Andrzej Chyra tworzy intrygującą kreację, która niczym Lecter przykuwa wzrok do ekranu. Andrzej Grabowski (prokurator Waśko) i Bogusław Linda prezentują archetypowe dla siebie role, w których doskonale się sprawdzają – ten pierwszy jako oderwany granatem od pługa, niebezpieczny prostak, drugi jako zakłamany, cyniczny „wąż”, emanujący aurą niewypowiedzianej groźby. Arkadiusz Jakubik tym razem znów stanowi ilustrację moralnego niepokoju i nadmiaru alkoholu – i... jak zwykle dobrze mu to wychodzi. Tomasz Schuchardt wypada dość blado w tym towarzystwie, co nie znaczy, że źle (można odnieść wrażenie, że wzoruje się na Leonardo DiCaprio, do którego jest nieco podobny). Paniom nie dano szans się wykazać, jednak to, co miały wykonać, wykonały przyzwoicie. Może z wyjątkiem kuriozalnego występu Katarzyny Figury, który najlepiej szybko wyrzucić z pamięci (nie wiadomo, po co w ogóle umieszczono tę postać w scenariuszu). Reasumując: obraz godny uwagi.

Najnowsze
Lubisz nas?