InformacjeBez prądu - film

Męka metafor - recenzja filmu Człowiek z magicznym pudełkiem

... Joanna Kułakowska

Polski romans SF to brzmi dumnie. Niestety, ani to przekonujący romans, ani SF. Ale „polski” tak. Tradycyjne grzechy polskiego kina w pełnej krasie.

Najnowszy film Bodo Koxa, który wcześniej zainteresował widzów Dziewczyną z szafy (2012), stanowi przykład, jak zepsuć dobry pomysł na historię (ten scenariusz został wyróżniony w Cannes) brakiem wyczucia w realizacji tejże. Trzeba tu od razu zaznaczyć, że Człowiek z magicznym pudełkiem nie jest filmem jednoznacznie złym. Zawiera on sporo intrygujących elementów – i gdyby je zgrabnie połączyć, przykułyby uwagę widowni, zamiast ją męczyć. Obecny tam powiew (a chwilami wręcz wichura) surrealizmu, który początkowo wydawał się wielkim walorem obrazu, niestety szybko stracił ożywcze właściwości. Na pewno nie pomogły natrętnie wciskane sceny o charakterze nic niewnoszących ozdobników (mających zapewne pogłębić surrealistyczny efekt) oraz zmanierowana, drętwa gra aktorska. A może winne były nienaturalne linie dialogowe? Trochę tak, co nie zmienia faktu, że większość obsady, włącznie z odtwórcą i odtwórczynią głównych ról, stanowczo powinna popracować nad wymową. Jest to o tyle ciekawe, że zarówno Olga Bołądź, jak i Piotr Polak w różnych filmach dali się poznać z dobrej strony, a ten drugi wielokrotnie podkładał głos. Tu zaś mamy jeden z grzechów głównych polskiego kina – teatralne wygłaszanie kwestii lub fatalna dykcja, a raczej mamlanie słów pod nosem.

Akcja dzieje się w Warszawie 2030 roku. Wszystko obserwujemy oczami Adama (Piotr Polak), tytułowego człowieka z magicznym pudełkiem, który ma amnezję, a urywki wspomnień wracają doń powoli i z początku głównie komplikują życie. Poznajemy bohatera w momencie, kiedy tajemniczy Azjata (Bartek Cao) przemyca go łodzią do miasta. Później Adam otrzymuje pracę sprzątacza w korporacji, która między innymi posiada rządowy kontrakt na specyficznie pojętą reedukację więźniów. Tam poznaje Glorię (Olga Bołądź), pracownicę personelu biurowego, i z miejsca wpada w obsesję na jej punkcie. Bohaterka, w istocie będąc bardzo samotnym człowiekiem, czuje się wyróżniona jego zainteresowaniem i choć demonstracyjnie obraża go przy innych (by przypadkiem nie wpadło im do głowy, że coś może ją łączyć z osobą z nizin społecznych), podejmuje flirt. Pomimo iż Gloria w trakcie trwania relacji podkreśla, że to tylko zabawa, bo szuka kogoś na poziomie, by założyć rodzinę, szybko przeradza się ona w głębokie uczucie. Jak się okazuje, ta zrodzona w dystopii miłość będzie w stanie zmotywować nie tylko do stawienia oporu opresyjnemu systemowi, ale i do przekroczenia bariery czasu. I wszystko pięknie, tylko że między głównym bohaterem i główną bohaterką nie czuje się chemii. Ekranowy romans jakoś nie przekonuje. O ile przyczyny fascynacji Adama zostaną fabularnie wyjaśnione, o tyle reakcje Glorii pozostaną mało wiarygodne (nawet biorąc pod uwagę jej próżność i samotność).

O Polsce AD 2030 wiemy tyle, że jest odrodzonym, niepodległym, narodowym krajem, częścią przodującej Grupy Wyszehradzkiej, za to nie słyszymy nic o Unii Europejskiej. Panuje tu ewidentny totalitaryzm, podlany chrześcijańskim sosem (choć o tym ostatnim dowiadujemy się w zasadzie jedynie ze sceny, w której funkcjonariusze futurystycznej bezpieki klęczą przed wielkim neonowym krzyżem). Pełno uzbrojonej i opancerzonej policji, dostęp do Internetu jest cenzurowany, reglamentowana woda stanowi rarytas, a ludzie żyją w strachu przed epidemiami i zamachami terrorystycznymi, przedstawianymi przez propagandę jako wyburzanie budynków, którym skończyła się umowa z miastem, i zarządzanie terenem. Społeczeństwo jest dokładnie inwigilowane, sprawia też (a w każdym razie społeczność korporacyjna) wrażenie klasowego, podzielonego na „lepszy i gorszy sort”. Scenarzysta i reżyser otwarcie umieszcza w filmie – wręcz opiera na tym konstrukcję fabuły i świata przedstawionego – obawy dotyczące konsekwencji działań na rzecz „dobrej zmiany”. Jedna z postaci wspomina 1952 rok, mówiąc, że były to bardzo podobne czasy – kto kochał Polskę, musiał albo uciekać za żelazną kurtynę, albo za nią zginąć. Na wypadek, gdyby jakimś cudem ktoś się nie domyślił, czego tak naprawdę dotyczy Człowiek z magicznym pudełkiem, jeden z rządowych siepaczy, chcąc się podlizać przełożonej, chwali jej... broszkę. I niestety to wcale nie jest śmieszne, chociaż w sumie powinno. Teoria sobie, a wykonanie sobie. Rażący brak wdzięku i czerstwy dowcip charakteryzuje sporą część polskiej kinematografii – szkoda, że również omawiany film (pomimo kilku udanych scen zawierających dawkę komizmu).

Natomiast dla odmiany zabawnym i ciekawym zabiegiem Bodo Koxa jest ironiczne wyeksponowanie kierunku, w jakim zmierza technologia, przy szczególnym podkreśleniu jej upierdliwego aspektu. Przybysz z przeszłości mógłby w owej Warszawie dostać paranoi – już teraz można dziwnie się poczuć, widząc gadającą i śmiejącą się do siebie osobę, która po bliższych oględzinach okazuje się mieć słuchawkę w uchu, w obrazie Człowiek z magicznym pudełkiem zaś, wskutek interakcji pomiędzy postaciami za pośrednictwem rzeczywistości wirtualnej, zachowanie obserwowanych generuje wrażenie permanentnego absurdu. Jeszcze bardziej rozbrajają dopasowane do danej persony reklamy (scena, w której kobieta, przechodząc obok ekranu miejskiego, rozpaczliwie ukrywa twarz, bo reklama zwracając się bezpośrednio do niej, zarazem informuje otoczenie o tym, iż cierpi ona na grzybicę). Do tego pełne hipokryzji, stanowiące ucieleśnienie idei postrzegania jednostki jedynie przez pryzmat przydatności, a nie człowieczeństwa, podejście do osób niebezpiecznych dla systemu – choć unika się fizycznej likwidacji, w zasadzie nie ma to dla delikwentów znaczenia... Te nader wiarygodne, trafne wizje są przeciwwagą dla głównego wątku fantastycznego w niniejszym filmie. Motyw magicznego pudełka, czyli radia z lat 50., które kryje w sobie pewną tajemnicę, w istocie jest właśnie magiczny, bajkowy. To metafora ucieczki umysłu. Umysłu niedającego przyzwolenia na totalitarny reżim. Tak więc mamy do czynienia nie tyle z science fiction, co z political fiction / social fiction.

Bodo Kox nigdy nie ukrywał, a wręcz podkreślał, że źródłem inspiracji jest dla niego Rok 1984 George’a Orwella, ale prawdopodobnie jest ich znacznie więcej. Groteskowy sznyt strony wizualnej i obawy przed dławieniem woli jednostki obecne w Człowieku z magicznym pudełkiem przywodzą na myśl filmowy dorobek Terry’ego Gilliama, a zwłaszcza Brasil oraz Teorię wszystkiego. Estetyka kojarzy się z filmami Jean-Pierre Jeuneta. Jeśli chodzi o meandry scenariusza i budowę poszczególnych scen, budzą się skojarzenia z niektórymi utworami Davida Lyncha (Lynchowskie króliki zastępują tu koty) lub Piotra Szulkina, a niekiedy z Łowcą androidów Ridleya Scotta. Symboliczna wymowa spiralnie skręconych schodów, które zdają się prowadzić w otchłań, czy piosenki Krakowski spleen zespołu Maanam podkreśla klimat opowieści pełnej eskapistycznych metafor i aluzji. Do tego ciekawe wnętrza starego, niszczejącego budynku, gdzie ponownie znalazł się człowiek należący do dwóch światów (stanowiących w praktyce swoje odbicie), niewiedzący, czy któryś z nich nie jest snem. W tym budynku-symbolu rozpadającego się świata czas i bohater zataczają koło. I ten interesujący zamysł, wzbogacony o porządną scenografię, otrzymał kiczowatą, tandetną, boleśnie sztywną i sztuczną realizację, która przeszkadza mimo świadomości, iż mamy do czynienia z umowną konwencją i pastiszem. Montaż nie powinien być traktowany jedynie jak słowo na „m”.

Twórcy Człowieka z magicznym pudełkiem zdawali się też sądzić, iż doszukującemu się kolejnych niuansów opowieści, zatopionemu w odjechanych kadrach widzowi magicznie umknie luka w historii, brak spójności w działaniach bohaterki. Jak wpadła na pomysł, że ukochany przybył z innego czasu, i jak się domyśliła przeznaczenia magicznego pudełka? Jak nawiązała kontakt z prolami, którzy pomogli Adamowi? To, jaką w istocie pełnili funkcję, pozostaje oczywiście w sferze domysłów odbiorców. Być może moglibyśmy dowiedzieć się tego wszystkiego z wersji reżyserskiej, ale dla kinowej widowni kiepska to pociecha. Wróćmy też na chwilę do kwestii romansowych. Film Bodo Koxa to love story, zatem erotyka jest tu elementem oczywistym, tyle że dobrze by było, gdyby została sensownie wpasowana w strukturę utworu. Tymczasem mamy kolejny grzech polskiej kinematografii – czy trzeba, czy nie trzeba, ale „cycek musi być”, i paździerzowe sceny seksu też. Jeszcze z biustem Glorii nie jest tak najgorzej – stanik ma służyć wygodzie, a nie być zbędnym dodatkiem lub narzędziem tortur, to nie obowiązek, a damskie sutki przebijające przez koszulkę nikogo jeszcze nie zabiły. Lecz przydługa scena kopulacji (druga w filmie), która de facto psuje psychologiczne napięcie zbudowane w scenie, to już zupełnie inna sprawa.

Na koniec warto jednak pochwalić ciekawie wykreowaną postać Urszuli, niepokojąco zagraną przez Helenę Norowicz, oraz śmieszno-strasznego Bernarda, w którego wcielił się Sebastian Stankiewicz (znany z Ucha prezesa jako syn pani Basi). Możemy oglądać także Arkadiusza Jakubika w roli innej niż ilustracja moralnego niepokoju i alkoholizmu. Zwraca uwagę słodko-gorzkie przesłanie o niemożności zniszczenia prawdziwej miłości, która pokona nie tylko czas, ale i śmierć, oraz filozoficzne zakończenie obrazujące paradoks ucieczki idealnej. Tylko że ten film męczy. Sposób wplatania w fabułę aluzji przypomina rzeźbienie za pomocą hebla, a metafory zostają wepchnięte kolanem. Dla nich to pewnie też jest męka.