InformacjeBez prądu - film

Katastrofalna katastrofa. Recenzja filmu Geostorm

... Sławek Serafin

Obraz kinowy, który może powodować uszkodzenia mózgu

Wybaczcie, ale na początek chciałem złożyć ostrą samokrytykę. Za moment przejdę do rzeczy, ale najpierw chciałem przeprosić wszystkich, którzy siedzieli wczoraj niedaleko mnie w kinie na pokazie Geostorm. Wiem, jakie irytujące jest, gdy ktoś głośno rozmawia i komentuje w czasie filmu. Sam tego nie znoszę. Ale musiałem. To chyba była jakaś reakcja obronna psychiki, czy coś w tym stylu. Po prostu musiałem na głos komentować to, co moje szeroko otwarte oczy widziały na ekranie, bo było to tak nieskalanie kretyńskie, tak dojmująco głupie, że bałem się, że jeśli nikt się temu werbalnie nie sprzeciwi, jeśli te idiotyzmy nie spotkają się z natychmiastową, ostrą krytyką, to doznamy wszyscy jakiegoś kolektywnego urazu inteligencji. Jeśli ktoś nas obraża, to można albo odpowiedzieć, albo wyśmiać, albo odwrócić się na pięcie i sobie iść. Tego ostatniego nie mogłem zrobić, bo miałem napisać tę recenzję przecież, więc pozostały tylko dwie pierwsze reakcje. I choć nie mówiłem dużo, to kilka uwag padło, zwłaszcza w trakcie piętrowo niedorzecznego finału. Za co strasznie moich współoglądających przepraszam.

Geostorm jest filmem tak bezgranicznie durnym, że prawdę mówiąc nie wiem, gdzie mam zacząć. Obraził moją inteligencję więcej razy niż komentujący moje niektóre, bardziej kontrowersyjne, felietony, a to jest już spore osiągnięcie, prawda? Niełatwo jest przebić takich klasyków katastroficznej bezmyślności jak Dzień Niepodległości czy 2012, ale Geostorm śmiało przekroczył nie tylko tę granicę, ale też na osi głupoty zdystansował serię Sharknado, i to tak bardzo, że zacząłem marzyć, by na ekranie pojawiły się kosmiczne rekiny, żywiące się satelitami czy czymś tam, bo miało by to więcej sensu, niż to, co oferuje Geostorm. I byłoby zabawne trochę też.

Geostorm zbudowany jest na koncepcji kontroli pogody. W roku 2019 zmiany klimatyczne okazały się być tak drastyczne, że ludzkość wspólnym wysiłkiem umieściła na orbicie sieć satelitów kontrolujących pogodę, która ma chronić Ziemię przed huraganami i tak dalej. I tu chcę zaznaczyć, że producenci tego knota rzeczywiście przedstawili te satelity w sieci, takiej połączonej jakimiś wspornikami czy jak to się tam nazywa. Serio. W ogóle im nie przeszkodziło to, że na naszej planecie nie ma tyle metalu, żeby wyprodukować taką konstrukcję okalającą cały glob. Ani że nie mamy, i jeszcze przez bardzo długo nie będziemy mieć, wystarczających środków, żeby wynieść na orbitę choćby jeden procent masy potrzebnej do zbudowania czegoś takiego. Po co się mieli przejmować takimi szczegółami, nie? Ważne, że fajnie to wygląda. Albo, że taniej wychodzi.

Część akcji rozgrywa się bowiem na stacji kosmicznej, służącej do nadzorowania wspomnianych satelitów. A twórcy Geostorm nie mieli budżetu na tyle nieważkości, więc po prostu uznali, że na tej stacji jest grawitacja. No, wiecie, stacja ma takie kręcące się coś, a wiadomo, że jak się na stacji kosmicznej coś kręci, to jest tam ciążenie, prawda? Tyle, że zwykle to ciążenie jest siłą odśrodkową, i jest zlokalizowane właśnie w tym poruszającym się cały czas pierścieniu. Co ma naukowe podstawy. W Geostorm oczywiście jest inaczej. Tam się po prostu cośtam kręci, jak śmigiełko jakieś, a ciążenie jest wszędzie, na całej stacji. Dlaczego? Bo tak. Najwyraźniej w ciągu dwóch lat, według geniuszy stojących za tym „dziełem”, osiągniemy taką biegłość w manipulowaniu grawitacją. I już. Na razie nie mamy żadnej zupełnie, ale co tam, kogo to obchodzi. Ważne, że coś tam się kręci, nie? I wszystko już jest w porządku. Jest to tak idiotyczne, jak założenie, że cegła może pływać, bo przyklejono do niej wykałaczkę ze szmatką udającą żagiel, więc nagle stała się statkiem. I niestety, nie jest to jedyny przypadek, ani nawet nie jeden z kilku, gdy producenci Geostorm założyli, że będą mieli do czynienia z widzem dysponującym wiedzą oraz poziomem inteligencji odpowiadającym trzylatkowi albo jakiejś naprawę bystrej śwince. Ten film jest jednym wielkim urąganiem już nawet nie nauce, ale nawet zdrowemu rozsądkowi. A do tego jest też kiepski po prostu.

Geostorm od strony scenariusza bazuje na konflikcie dwóch braci. Jeden zbudował sieć satelitów i jest naukowcem, choć wcale na takiego nie wygląda. Jest krąbrny i w ogóle super. Drugi zaś jest aparatczykiem w Waszyngtonie i nadzoruje tę sieć. I ten drugi zwalnia pierwszego. I się gniewają. Ale potem, dla dobra ludzkości, przypominają sobie, że są rodziną. Wszystko kończy się szczęśliwie i w ogóle. Schemat bolesny jak rwanie ósemki bez znieczulenia. Ale to jeszcze nic. Gra aktorska też jest fatalna i całkowicie niewiarygodna. Gerard Butler, pamiętny Leonidas, nie jest wybitnie utalentowany może, ale nie jest aż taki zły, by można zamiast niego podstawić worek ziemniaków i nikt by nie zauważył. A tutaj właśnie tak gra. Reszta obsady, w której są przecież tacy weterani jak Ed Harris i Andy Garcia, również nie wylatuje nad poziom tychże worków ziemniaków. I dialogi są tak autentyczne, jakby je napisał dyslektyczny dziesięciolatek. Albo jakby nabyto je w hipermarkecie, po tym jak przeleżały na najniższej półce ze scenariuszami przez dziesięć lat i straciły jakąkolwiek przydatność do spożycia, więc kierownictwo postanowiło je przepakować i dodać za do czegoś darmo, w promocji. Na przykład do ziemniaków.

Intryga w filmie snuje się w tempie ślimaczym. Przez pierwszą godzinę można sobie zwichnąć szczękę od ziewania, jeśli się nie uśnie w ogóle. A potem jest… dokładnie tak samo nudno i głupio, tyle że co jakiś czas mamy efekty specjalne. Wiecie, ekstremalna pogoda niszczy znane miasta. Nie wiadomo dlaczego akurat te miasta, ale do tego momentu już się powinniśmy zorientoać, że mamy do czynienia z historią pozbawioną jakiegokolwiek sensu, więc wszystko układa się w konsekwentnie debilną całość. Mamy więc te efekty specjalne. Niezbyt wyszukane. I w ilości niewielkiej. W całym filmie jest ich może dwukrotnie więcej niż w zwiastunach. Chyba były cięcia budżetowe. Zwłaszcza w departamencie dźwięku, który utrzymany jest na poziomie produkcji telewizyjnych. Ogólnie cały Geostorm lokuje się w tym samym przedziale, co knoty produkowane taśmowo przez jakieś SyFy, wiecie, właśnie Sharknado i pokrewne. Tyle, że w dolnych warstwach tego przedziału.

Geostorm nie ma w sobie nic, co mogłoby go bronić. Jednej cechy, którą można by pochwalić. Albo przynajmniej tolerować. Film urąga inteligencji. Jest bezdennie głupi. Ma schematyczny, nudny scenariusz. I jest żenujący aktorsko. A efekty specjalne można sobie zobaczyć na zwiastunie i to wystarczy, bo w filmie nie ma ich wiele więcej. Nie idźcie na to do kina. Po prostu nie. To nawet nie jest jeden z tych filmów, które są takie złe, że aż dobre. Nie. Geostorm jest zły-zły. Można by nim torturować ludzi. A za nieprzyjemność oglądania go powinno się płacić, a nie wymagać pieniędzy. Naprawdę, darujcie sobie. Można ciekawiej spędzić dwie godziny. Właściwie każdy sposób spędzenia dwóch godzin będzie bardziej wartościowy. Poza tym ryzykujecie, że na sali będzie ktoś, kto nie wytrzyma, tak jak ja, i zacznie wyszydzać głupotę tego tworu, który tylko przypadkiem można nazwać filmem. A tego już wam z całą pewnością nie życzę…

Najnowsze
Lubisz nas?