InformacjeFelieton

Trafienie Krytyczne #38. Łowca biedandroidów

... Sławek Serafin

Blade Runner 2049 zaliczył klapę. I bardzo dobrze

Blade Runner 2049 w pierwszym weekendzie otwarcia, tym najważniejszym, zarobił w amerykańskich kinach tylko nieco ponad połowę tego, co zakładali jego twórcy. I ma jeszcze przed sobą długą drogę do tego, by zwrócić koszty produkcji. Oczywiście, prędzej czy później to nastąpi, ale już teraz wiadomo, że nie jest to wielki, kasowy przebój. I to mimo zachwytów krytyków, którzy prawie uniwersalnie i powszechnie wystawiali nowemu obrazowi Denisa Villeneuve’a najwyższe noty. Ludzie tego po prostu nie kupili.

I oczywiście od razu rozległ się płacz i narzekania wielbicieli „wielkiego kina”, widzących w Blade Runner 2049 nadejście mesjasza czy coś w tym stylu. Jak profani mogli nie docenić takiego arcydzieła? Jak można było nie iść do kina na najważniejszy film roku? Jak można było zignorować legendę? I, tak szczerze mówiąc, to ostatnie pytanie też sam sobie zadaję, choć chodzi mi o coś innego. Ja się bowiem cieszę, że Blade Runner 2049 okazał się klapą i finansową porażką. I wiem, że to nie wina samego obrazu, jaki by nie był, bo przecież nie chodzi o to, że ludzie nie docenili tego filmu, tylko po prostu na niego nie poszli. Więc złorzeczenie im i identyfikowanie ich jako wielbicieli miałkiej, niskiej, hamburgerowej popkultury nie ma sensu trochę. Zawiódł marketing, bo to on decyduje o wyniku w weekend otwarcia. Ale mniejsza o to w sumie.

Blade Runner 2049 jest wpadką w oczach księgowości. I bardzo, bardzo dobrze. Dlaczego tak się z tego cieszę? Dlatego, że, nie wiem jak wy, ale ja generalnie nie lubię, jak ktoś próbuje mi coś sprzedać, grając na moich sentymentach. Zwłaszcza, jeśli potem nie za bardzo się umie zdecydować, czy rzeczywiście ma się odwoływać do tej nostalgii, czy też próbować przekonać do siebie nowych odbiorców, tak jak twórcy Blade Runner 2049. Oni nie tylko nie wiedzieli, co wybrać, ale gdy już zdecydowali się na trochę jednego i trochę drugiego, to postawili na mieszankę najgorszą z możliwych. Powierzchowność wzięli sentymentalną, a wnętrze spłycili pod przeciętnego kinomana, który lubi chodzić na kolejne ekranizacje Marvela i czy następne części Kac Vegas. I potem wielkie zdziwienie, że ludzie na to nie poszli. Gdyby zrobiono odwrotnie, to nowoczesna oprawa przyciągnęłaby ludzi do kina, a klasycznie głębokie wnętrze filmu, pytania przez niego stawiane, problematyka przedstawiona mogłyby ich poruszyć.

W tym momencie te osoby, które widziały już Blade Runner 2049 prawdopodobnie drapią się po głowie, zastanawiając się o co, do jasnej cholery, mi chodzi. Jakie spłycenie? Co ten Serafin znowu… ekhm, wygaduje?! Do reszty już mu się pomieszało pod berecikiem z antenką chyba. I możliwe, że rzeczywiście mi się pomieszało. Ale możliwe też, że nie.

Blade Runner 2049 z wierzchu przypomina legendę, prawda? Jest do Łowcy androidów bardzo podobny pod względem oprawy audio-wizualnej. Trochę inny, ale widać, że to hołd dla tamtego wielkiego dzieła. Trochę czołobitny, powiedziałbym, ale niech będzie. Mamy to samo niespieszne tempo, te same długie sceny, czasem nawet dokładnie te same zresztą, bardzo zbliżoną stylizację i tak dalej. Ten film nie tylko wygląda tak jak tamten, ale też jest taki jak tamten. Tyle, że tylko z wierzchu. Zawartość jest inna.

Hmm, to znaczy, nie tak do końca inna. W dużej części jest też taka, jak wtedy. I tutaj już nie ma za bardzo powodów do skakania pod sufit. Łowca androidów jest arcydziełem nie dlatego, że wyglądał tak, jak wyglądał, ale dlatego, że zadawał takie, a nie inne pytania. Czym jest człowieczeństwo? Czy sztuczny człowiek może mieć duszę? Czy między „nami” i „nimi” może być postawiony znak równości, w tamtym filmie symbolizowany uczuciem łączącym Deckarda i Rachael? To bardzo istotne pytania, podane od razu z sugestiami odpowiedzi, oczywiście. Nikt wcześniej tego nie robił w ten sposób. I dlatego Łowca androidów jest wielki.

A Blade Runner 2049? Cóż, on też zadaje pytania. Jakie? Ano, jak tak popatrzeć dokładniej, to… w sumie identyczne jak tamte. I daje te same odpowiedzi. Jakie to przełomowe, nie? Takie… powtórzenie, jak papuga. No zachwyt. Tyle, że nie, oczywiście. Tamten film był pierwszym, który tak pytał i odpowiadał. To była jego siła, jego znaczenie. A ten nowy? Nie ma żadnego znaczenia. W mało oryginalny, płaski, płytki i, co najgorsze, nudny sposób wałkuje to samo, tak jakbym w ciągu tych ponad 30 lat nikt więcej się tym tematem nie zajmował i jakby to, co jest w Blade Runner 2049, było jakieś wielce odkrywcze. Tak jakby nie było Her, jakby nie było Ex-machinaa, jakby nie było nawet tej kiepskiej Transcendencji czy okropnego remake Ghost in the Shell, nie wspominając o starszych produkcjach dotykających tej problematyki.

Blade Runner 2049 jest pusty w środku. I naprawdę nie pomaga to, że wielowymiarowe, pogłębione, niejednoznaczne postacie z oryginału zastąpiono papierowymi kliszami. Jared Leto gra głównego złola równie ludzkiego i prawdziwego, jak geniusze zła z komiksowych Marveli. Jego pomagierka posiada głębię Terminatrix z którejś z tych kiepskich części Terminatora. Harrison Ford to stary człowiek i już nie może, a Gosling bardzo się stara, żeby snucie się bez celu z grobową miną zasugerowało komuś, że coś tam ciekawego dzieje się w jego wnętrzu… ale mu nie wychodzi. Jasne, z wierzchu to wszystko wygląda bardzo dobrze. Czyli bardzo źle, jeśli chodzi o przyciąganie nowych odbiorców do kin. Jeśli jednak weźmie się pod uwagę fanów pierwszego Łowcy androidów, to właśnie powierzchowność jest największym atutem Blade Runner 2049. I, niestety, jedynym.

Tak, tak, wiem, że mogło być gorzej. Przynajmniej zadali jeszcze raz te same pytania, co jest słabe, ale nie aż tak żenujące, jak to, co zrobiono z nowym, filozoficznie wypatroszonym, Ghost in the Shell. Ale chyba nie chodzi o to, żeby nie było tragicznie, tylko żeby było dobrze? I żeby kontynuacja legendy była rzeczywiście na poziomie tej legendy, a nie tylko wyglądała tak, jakby była, nie? A tutaj ewidentnie nie jest.

I dlatego właśnie tak strasznie mnie cieszy finansowa klapa Blade Runner 2049. Może będzie ona przestrogą dla kolejnych włodarzy z Hollywood, który będą próbowali wycisnąć trochę grosza od ludzi, instrumentalnie posługując się powszechnie szanowanym i cenionym arcydziełem. Producenci tego filmu zignorowali legendę. Olali to, co było wartościowe w tamtym filmie i skupili się tylko na tym, żeby ten nowy wyglądał tak samo, żeby z wierzchu przypominał klasyka, bo to miało przyciągnąć do kin wiernych fanów. I przyciągnęło. Na szczęście tylko ich. Będę trzymał kciuki, żeby inni producenci to zauważyli i gdy następnym razem przyjdzie im do głowy monetyzacja jakiejś legendarnej, kinowej marki, uznali, że gra nie jest warta świeczki. Bo kiepski sequel jest gorszy niż brak sequela. Zwłaszcza w sytuacji, gdy kontynuacja była idealnie zbędna, tak jak w przypadku Łowcy androidów i Blade Runner 2049.

Najnowsze
Lubisz nas?