InformacjeBez prądu - film

And dreadfully distinct against the dark, a tall white fountain played - recenzja filmu Blade Runner 2049

... Joanna Kułakowska

Miłośnicy Blade Runnera czekali na ten film z niepokojem i... dostali więcej, niż mogliby się spodziewać w najśmielszych snach o elektrycznych owcach.

Jak na razie Blade Runner 2049 zbiera niemal same pochwały, ale ten film prędzej czy później podzieli widownię. Jedni – oby zdecydowana większość, bo obraz Denisa Villeneuve’a na to zasługuje – uznają go za genialną kontynuację, wizualny wypas i muzyczną ucztę, drudzy stwierdzą, że jest dziwaczny, przekombinowany, niezrozumiały, w dodatku męczy i wieje nudą. No bo jak tak można? Żeby prawie wszystkie sceny akcji (w domyśleniu „warte uwagi”) pojawiły się w trailerach? I dlaczego każą mu wygłaszać dziwne, bełkotliwe teksty? Dlaczego on często tylko sobie chodzi z ponurą miną? I różne inne dłużyzny, i ta amelodyjność, która drażni uszy... Tak, tacy widzowie też się pewnie znajdą. Jednakże osoby, które urzekł kultowy Blade Runner w reżyserii Ridleya Scotta, zapewne będą ukontentowane dziełem jego następcy.

Fabuła rozgrywa się około 30 lat po wydarzeniach, które znamy z filmu Scotta. W tym czasie wiele się działo (szczegółowo opowiadają o tym trzy krótkometrażówki dostępne na YouTube – co prawda, nie są one niezbędne do zrozumienia Blade Runnera 2049, ale stanowią przydatny wstęp). Wyprodukowano nową serię androidów/replikantów (Nexus 8) o nieograniczonym czasie funkcjonowania, lecz po serii rebelii w ziemskich koloniach zakazano ich produkcji, nastąpiło „zaciemnienie”, które zniszczyło większość przechowywanych danych, korporacja Tyrella upadła, a schedę po niej przejął finansowy magnat, geniusz i wizjoner – Niander Wallace (Jared Leto). Wallace osiągnął to, co wydawało się niemożliwe – udało mu się odzyskać prawa do produkcji organicznych niewolników (a może raczej po prostu maszyn, bo tak wszyscy chcieli ich postrzegać). Udowodnił, że jego produkt jest bezgranicznie posłuszny i można mu całkowicie zaufać. Oficer policji Las Vegas, KD6 – 3.7 (Ryan Gosling), jest takim właśnie produktem, osobnikiem bliskim doskonałości, który bez szemrania i bez szkód psychicznych (a raczej w oprogramowaniu, bo tak chcieliby to widzieć przełożeni) wykonuje wszelkie zadania. Bohater, zwany przez swą zwierzchniczkę, porucznik Joshi (Robin Wright), po prostu „K”, jest „łowcą androidów”. Jego misją jest tropić ukrywające się androidy starszej generacji – te, które wzięły swój los we własne ręce i zaznały namiastki wolności.

Akcja Blade Runnera 2049 rozpoczyna się od takich łowów. Sprawa początkowo wydaje się prosta, ale szybko okazuje się to jedynie złudzeniem. Na miejscu K znajduje ślad, który doprowadza do sensacyjnego odkrycia. Odkrycia, które może spowodować społeczną katastrofę. Jako że wnikliwie podchodząca do sytuacji pani porucznik nie zamierza dopuścić do takiego rozwoju wypadków, bohater otrzymuje rozkaz, by zniszczyć wszelkie dowody, zatrzeć wszystkie ślady. Aby jednak tego dokonać, musi przeprowadzić śledztwo, które powiedzie go w przeszłość i pozwoli przeżyć szokujące chwile, te zaś zmienią go na zawsze. I wówczas K również postanawia coś zmienić...

Opowieść wykreowana przez scenarzystów Hamptona Fanchera i Michaela Greena, zrealizowana pod czujnym okiem Denisa Villeneuve’a, chwyta za gardło niezwykłym, najeżonym lodowatymi igiełkami podskórnego napięcia, a zarazem subtelnie smutnym nastrojem, bardzo kompatybilnym z ponurą, drażniącą zmysły atmosferą poprzedniej odsłony. Znajdziemy tu zresztą mnóstwo nawiązań i odniesień do Blade Runnera z 1982 r. – począwszy od fragmentów pochodzących z owego filmu (jak zapis testu przeprowadzonego na Rachel), poprzez symbolikę (jak cień drewnianego konika, który do złudzenia przypomina jednorożca, zostawionego niegdyś przez Gaffa jako ostrzeżenie dla Deckarda, czy hołd w postaci reklamy Atari), aż po z premedytacją kalkowane sceny (skalowanie i dekodowanie dowodów). Trzeba zaznaczyć, że osoba głównego bohatera przywołuje na myśl po trosze Ricka Deckarda, po trosze zaś Roya Batty’ego. Kolejnym wyrazistym hołdem jest kreacja intrygującej prostytutki Mariette (Mackenzie Davis) w taki sposób, by zarówno wizualnie, jak i pod względem zachowania kojarzyła się z Pris. I wreszcie – w filmie Blade Runner 2049 pojawiają się znane nam już postacie. Znów możemy zobaczyć Gaffa (Edward James Olmos), a Rick Deckard (Harrison Ford) dostaje całkiem dużo czasu na ekranie. Przy tej okazji warto rozwiać obawy fanów i fanek – legenda związana z niepewną tożsamością dawnego „Łowcy androidów” bynajmniej nie została spalona. Twórcy nad wyraz sprytnie wybrnęli z dywagacji na temat „fundamentalnego”, spędzającego wielu geekom sen z powiek, pytania: Czy Deckard jest człowiekiem? Czy może androidem?

Zresztą, pytanie o to, co właściwie oznacza „człowieczeństwo”, na które twórcy Blade Runnera 2049 programowo nie dają jasnych odpowiedzi, ofiarowując w zamian rozmaite tropy i nakłaniając, by widzowie sami wyciągnęli wnioski, stanowi podstawę niniejszej produkcji. Kwestia ta prezentowana jest na przykładzie szeregu interesująco spreparowanych postaci. Owszem, można mówić tu o zabawie archetypami, ale praktycznie każda z tych archetypowych person w pewnym momencie wychodzi poza przypisany jej przez kulturę/cywilizację wzorzec. W każdym razie otrzymujemy galerię specyficznych osobowości, których analiza daje pretekst do rozważań na temat istoty człowieczeństwa, pojawia się też problem często podejmowany przy okazji dywagacji odnośnie sztucznej inteligencji – kiedy ktoś przestaje być „sztuczny”, a staje się po prostu „żywy”?

W obrazie Blade Runner 2049 mamy chociażby relatywnie skomplikowany program komputerowy Joi (Ana de Armas), który przez długi czas wydaje się bardziej ludzki niż ukazani w filmie Villeneuve’a przedstawiciele rasy ludzkiej, a przecież jest tylko wirtualną inteligencją do towarzystwa. Program, który tak bardzo pragnął być człowiekiem, iż uwierzył, że potrafi się nim stać. A może to właściciel chciał ujrzeć i to pragnienie, i tę metamorfozę, a produkt odpowiedział zgodnie z oprogramowaniem? Odbiorcy znajdą informacje na potwierdzenie obu teorii. Mamy też Luv (Sylvia Hoeks), ulubioną maskotkę, a zarazem prawą rękę Wallace’a, którego nazwać „ekscentrycznym” to szczyt eufemizmu – wydaje się raczej niemal pozbawionym ludzkich odruchów szaleńcem. Sama Luv to replikantka, która niepostrzeżenie dla swego pana i władcy (właściwie z racji jego ułomności można to traktować dosłownie) ewoluowała. Pozornie wierna niewolnica, w rzeczywistości próżna manipulatorka, pogardzająca nie tylko innymi androidami, ale także ludźmi, jednak dość bystra, by doskonale rozumieć, że bez szefa-człowieka straci wszystko, co nie przeszkadza jej grać we własną grę. Postać ta przypomina po trosze Rachel z serialu Orphan Black, po trosze Stephena z filmu Django Unchained Tarantino. Warto przyjrzeć się porucznik Joshi – zimnej służbistce, pozornie wyzutej z emocji, która do złudzenia przypomina androida, a jednak jako jedyna traktuje K jak człowieka, choćby świadomie miała temu zaprzeczać. I wreszcie sam K – rozpaczliwie samotna osoba, zastanawiająca się nad duszą. Patrząc na rozwój tego bohatera, przychodzi na myśl kwestia rozważana w serialu Battlestar Galactica: Może dzieła ludzkich rąk są lepszymi dziećmi Boga? Może mają nas zastąpić? Ale czy to znaczy, że nie ma ucieczki przed pętlą krwawej rewolucji?

Niniejsza produkcja stanowi dzieło niesamowicie wysmakowane pod względem wizualnym. To zestaw malarskich kadrów, onirycznych obrazów, które prawdopodobnie zachwyciłyby Salvadora Daliego. Na pewno tak by się stało w przypadku scenografii przedstawiającej radioaktywną część Las Vegas, przesyconą jadowitym oranżem, kontrastującym z zimnymi, ciemnymi barwami innych części miasta – kolorystyką typową dla twórczości Villeneuve’a, co widać chociażby w Nowym początku (Arrival), którego recenzję można przeczytać tutaj http://www.gram.pl/artykul/2016/11/14/kosmiczny-uroboros-recenzja-filmu-nowy-poczatek.shtml. Wygląd reszty miasta budzi skojarzenia ze skondensowanym mrokiem, okazjonalnie rozjaśnianym upiornymi, ogromnymi, holograficznymi reklamami. Monumentalne, a zarazem wykoślawione figury kobiet i wspomniana barwa przypominają fantastyczne wyobrażenia na temat powierzchni Marsa, a zarazem pełne groteskowych kształtów koszmary. Wspaniałe są sekwencje z lotu ptaka, kiedy to widać Las Vegas przyszłości w pełnej krasie – niczym ponury, na swój sposób przerażający Megalex z komiksów Yodorowsky’ego. Wszystko to ilustrowane jest obłędną ścieżką dźwiękową – muzyką Benjamina Wallfischa i Hansa Zimmera (w dużej mierze odpowiadającego za upodobnienie jej do dzieł Vangelisa). Ciężkie, wibrujące, przeszywające dźwięki znakomicie współgrają z obrazem i emocjami bohaterów.

Blade Runnera 2049 charakteryzuje bardzo dobry scenariusz – to opowieść, w której wszystko trafia na swoje miejsce, trzeba tylko uważnie oglądać. Skądinąd świetne efekty specjalne oraz sceny akcji pełnią rolę służebną wobec fabuły, a nie odwrotnie. Nieprawdą jest, jakoby scen walki było zbyt mało – jest dokładnie tyle, ile trzeba, po prostu nie potrzebowano mnożyć bytów, bo historia dobrze sobie radzi bez tego. Warto jednak zaznaczyć, że dwie z nich dosłownie wbijają w fotel pod względem pracy kamery, niesamowitego oświetlenia, a także choreografii (szczególnie pojedynek w dawnej sali koncertowej, pełnej psujących się emiterów hologramów). Gra aktorska to istna uczta dla oka – nie ma tu nikogo, kto nie potrafiłby koncertowo przedstawić powierzonej mu postaci. Czy film ma w ogóle jakieś wady? Może jedynie taką, że chwilami akcja rzeczywiście mogłaby pobiec odrobinę szybciej.

Denis Villeneuve zadbał, by jego film obfitował w symbole i przeróżne smaczki, których całkowite wyłapanie wymaga zapewne kilku seansów. Najbardziej oczywistym jest wędrówka po pełnym skręconych rur wnętrzu śmietniska w poszukiwaniu ukrytego niegdyś skarbu, która metaforycznie oddaje podróż po zakamarkach własnej pamięci – wnętrze znękanego, wyniszczonego bólem umysłu kryjącego tajemnicę. Pisząc o świecie Blade Runnera, nie można zapomnieć o kwestii testów. Chyba wszyscy pamiętamy sławetne: Co to jest żółwica? Tym razem, zamiast testu wykrywającego androida, otrzymujemy Post-Trauma Baseline Test, który K musi przechodzić po każdej misji. Dobór wersów to klimatyczny majstersztyk, zgrabna metafora podsumowująca cały film oraz kolejne nawiązanie do poprzedniej części. Wersy to fragment poematu z powieści Pale Fire Władimira Nabokowa. Użycie poematu dotyczącego mroku i śmierci wydaje się być odniesieniem do Roya, recytującego poezję w chwili żegnania się ze światem. Wszechobecny w pierwszej opowieści szaro-bury deszcz został tu zastąpiony przez krystalicznie biały śnieg, na swój sposób bardziej dojmujący, bo przypomina całun, który złudną czystością przykrywa brudy tego miasta i całej cywilizacji, kiedy to, trawestując wersy z testu, „przerażająco odmienni” muszą występować przeciw ciemności, by znów wszystko oczyścić – And dreadfully distinct against the dark, a tall white fountain player...

Ten film koniecznie trzeba zobaczyć. Marsz do kin!

Najnowsze
Lubisz nas?