InformacjeBez prądu - film

Recenzja filmu The Square. Za dużo dobrego

... Kamil Ostrowski

Parafrazując tekst z plakatu reklamującego film: „Co musi się stać, żeby film o niczym utrzymał uwagę widza przez dwie i pół godziny?”.

Bardzo pasuje mi szwedzka, czy szerzej skandynawska, maniera kręcenia filmów. Wspominałem już, recenzując świetnego Mężczyznę imieniem Ove, o ich specyficznej wrażliwości, nienachalnym poczuciu humoru i dziwacznym połączeniu moralizatorstwa z głęboko idącą samokrytyką, podszytą generalnym zwątpieniem w jednostkę, współczesną moralność i zasady rządzące społeczeństwem. Kino północnej Europy to kino przewartościowywania, kino stworzone przez ludzi którzy stanęli na końcu ślepej uliczki, które jednak nie staje się kinem buntu, a kinem dojrzałej refleksji. To jest kino zadawania pytań.

Ruben Östlund przygotował dla Was nic innego, jak wyciąg z tego zwątpienia. Biorąc pod lupę szwedzką wyższą klasę średnią rozpoczyna śmiałą wiwisekcję. Kim są ci ludzie, których status tak pociąga większość mieszkańców tego świata? W końcu kto nie chciałby być skandynawskim dyrektorem muzeum, któremu czas płynie na spotkaniach biznesowych, wywiadach, imprezach firmowych? Życie Christiana, głównego bohatera The Square, pozornie jest do pozazdroszczenia. Żyje dostatnio, praca dostarcza mu ewidentnie pewnej dozy satysfakcji, od czasu do czasu ma okazję aby zaszaleć i skończyć w łóżku wraz z przychylną towarzyszką. Jeździ Teslą, z czego nie robi większego halo, chociaż w większości krajów świata byłby to symbol prestiżu. Jest przystojny, wysoki, ma dwójkę córek z poprzedniego małżeństwa, aczkolwiek nie wygląda jakby nie mógł pogodzić się z rozpadem rodziny. Wręcz przeciwnie – wrócił do swojego naturalnego stanu, komfortowej izolacji, tak powszechnej w nordyckich społeczeństwach. Jego miejsce w świecie jest pewne, on również jest pewny swojej roli. Zmartwień, wątpliwości czy głębszej refleksji brak. Przynajmniej do czasu.

W życiu Christiana w pewnym momencie zaczyna dużo się dziać. Życie co i rusz podsuwa mu okazje do tego, aby skonfrontować go z jego przekonaniami i ideałami. Niestety, w prawie każdej trudniejszej sytuacji okazuje się, że jego życie jest płytkie, a charakter słaby. Nie jest wcale wyjątkiem, bo całe jego otoczenie, przede wszystkim współpracownicy, wiodą ten sam zabarwiony fałszem żywot. Dorabiają ideologię do tego co bezwartościowe, nie przykładając wagi i nie ceniąc sobie tego, co faktycznie mogłoby być ważne. Co mogłoby nadać ich życiu sens, charakter, a im samym dostarczyć autentycznej energii. Christiana gra genialny tutaj Claes Bang (to jedna z tych ról w których aktor nie gra, ale staje się postacią), bo chociaż nie brakuje tutaj drugoplanowych charakterów, tak film zdecydowanie skupia się na jak najdokładniejszym rozczłonkowaniu jednej osobowości. Hipokryzja jednak nie jest cechą zarezerwowaną dla głównego bohatera. Twórca filmu wyraźnie daje znać, że jest ona plagą naszych czasów.

Reżyser pozornie znęca się nad gwiazdkami świata sztuki współczesnej, co jest wdzięcznym tematem do kpin. Nikt rozsądny nie ma chyba wątpliwości, jak sztuczny jest ten świat. Östlund zdaje się stawiać jednakże hipotezę, że mamy taką sztukę, na jaką sobie zasługujemy, prowadząc puste, przekombinowane życia. Odizolowaliśmy od siebie jednostki, skupiliśmy się na sobie, propagując egoizm, a dobroczynność delegując na państwo. Bzdurność sztuki współczesnej jest więc odbiciem kryzysu egzystencjalnego i zagubienia człowieka współcześnie funkcjonującego w ramach wysoko rozwiniętych społeczeństw. Przyjemności i zaspokajanie swoich zachcianek to za mało. Nie będzie zaskoczeniem jeżeli zdradzę, że szybko zaczyna to rozumieć zarówno widz, jak i główny bohater. Nie oznacza to wcale, że reżyser podaje jakiekolwiek odpowiedzi na tacy. Wręcz przeciwnie, udowadnia że często odpowiedzi nie ma, jest trudna, bądź prowadzi do ślepego zaułka. Zawsze jednak jest lepiej szukać, niż biernie, niczym robot, wchodzić w bezsensowne i puste role.

Jakkolwiek film pozostawił mnie intelektualnie usatysfakcjonowanym, czego dowodem jest powyższy przydługi wywód, tak zwyczajnie mnie zmęczył i nie wydaje mi się, żeby był to celowy zabieg. Po prostu w pewnym momencie reżyser zaczyna niepotrzebnie przeciągać pewne wątki, podkreślając raz za razem już podniesione kwestie, ładując kilkukrotnie do głowy widza te same morały czy pytania. Film staje się mniej subtelny, a widz czuje się lekko ogłupiony frazesami powtarzanymi raz za razem.

Przesadą jest nazywanie The Square czarną komedią. To raczej dramat z elementami komedii, której jednak jest mniej więcej tyle, ile w prawdziwym życiu. Co więcej, im głębiej w las, tym zdecydowanie mniej człowiekowi jest do śmiechu, a więcej znajduje punktów stycznych z własną egzystencją, bądź jej wyidealizowaną, choć realną wizją. Przewartościowywanie swoich marzeń to nie jest kabaret, nawet jeżeli od czasu do czasu wizje Östlunda w oderwaniu od szerszego kontekstu potrafią być komiczne.

Pomimo tego, że The Square potrafi zmęczyć, głównie z powodu słabującej końcówki i lekko rozgrzebanej struktury, to nie wypada go nie polecić. Chociażby z uwagi na przemyślenia do których skłania. Więc chociaż jestem daleki od huraoptymizmu, tak bez wahania zachęcam do wyjścia do kina – to jeden z tych filmów, które nie są co prawda świetne, ale warte naszego czasu. Zresztą podejrzewam, że Östlund ostatniego słowa jeszcze nie powiedział, bo póki co w swojej twórczości prezentuje tendencję zdecydowanie wzrostową. Warto więc już teraz nieco się z nim oswoić.

Najnowsze
Lubisz nas?