InformacjeBez prądu - film

Trauma z dzieciństwa? Recenzja filmowego horroru To

... Sławek Serafin

Pennywise powraca po 27 latach, jak to ma w zwyczaju.

W wieku młodym nieustraszony byłem. Przerażały i mroziły mi krew w żyłach tylko trzy rzeczy. Pierwsza to obawa, że komputer mi się zepsuje i nie będę miał na czym grać. Tutaj chyba rozumiecie i sympatyzujecie, a może nawet ten atawistyczny strach podzielacie. Drugim koszmarem lat mych szczenięcych był Pazuzu, demon, który opętał Regan w Egzorcyście i który, byłem tego pewien, miał zamiar wziąć się także za mnie w najbliższej przyszłości. A trzeci był oczywiście klaun Pennywise z To. Wtedy jeszcze z tej telewizyjnej wersji, którą obejrzałem w wieku naprawdę bardzo nieodpowiednim i wryła mi się mocno w pamięć oraz ośrodki wzbudzania lęku, zapisując tam chęć ucieczki przed czerwonymi balonikami. No bałem się skubańca strasznie.

Po latach przeczytałem też książkowy pierwowzór Stephena Kinga i stał się oczywiście jedną z moich ulubionych książek. A potem, już jako osoba w miarę dorosła, postanowiłem przenieść się w krainę dziecięcych koszmarów i obejrzeć tamtą ekranizację z 1990 roku raz jeszcze. To był błąd, bo okazało się, że byłem dla niej wtedy, za szczeniaka, zbyt łaskaw i poza fenomenalną kreacją Tima Curry’ego w roli Pennywise’a właśnie, film okazał się być zwyczajnie słaby. Zwłaszcza zestawiony z książką. Naprawdę trudno jest ją dobrze zekranizować, niestety. Dlatego nie spodziewałem się wielkich rzeczy, idąc do kina na tę najnowszą filmową wersję To. I co dostałem? Cóż, na pewno nie wielkie rzeczy.

Rzecz dzieje się pod koniec lat 80. XX wieku w miasteczku Derry, gdzieś w Nowej Anglii. W Derry znikają dzieci. Nie aż tak często, by zaniepokoić dorosłych mieszkańców, którzy są zresztą z jakiegoś powodu jakby przyzwyczajeni do tego. Ale znikają i już nigdy nie wracają. Dowiadujemy się o tym na samym początku filmu w dość obrazowy sposób, dzięki temu, że pokazane jest z „zniknięcie” Georgiego, młodszego braciszka jednego z głównych bohaterów filmu, nastoletniego Billa. Jednego z głównych a nie głównego, ponieważ na pierwszym planie jest tutaj cała paczka dzieciaków, traktowana mniej więcej na równi, jeśli chodzi o pogłębianie postaci i ekspozycję. Wszyscy są ważni i to jest film o nich głównie. Gdyby nie Pennywise, To byłoby przyjemną, pouczającą, ciepłą i zabawną historią o dorastaniu z latami 80. ubiegłego wieku w tle. Trochę na wzór świetnego Stań przy mnie, które też zresztą jest ekranizacją powieści Kinga.

Wątki i sceny wiążące się z głównymi bohaterami są… dobre. Nie jakieś porywające, ale dobre. Młodzież świetnie gra, ma nieźle napisane dialogi i jest między nimi chemia, która sprawia, że to wszystko jest wiarygodne. Ich zmaganie się z codziennością jest ciekawe, czasem przykre i niepokojące a czasem zabawne, nie w stylu komediowym i wymuszonym, ale takim organicznym i naturalnym. Lubi się ich po prostu, łatwo się w nich wczuć i przyjemnie się na nich patrzy. Tylko że To niby ma być horrorem. I jest, przynajmniej nominalnie. Tylko nie z górnej półki grozy, niestety.

Nie wiem czy to nawiązanie do pierwszej filmowej adaptacji, czy chęć bycia wiernym duchowi książkowego oryginału czy też celowa retro-stylizacja na lata 80., w duchu chociażby Stranger Things czy Uciekaj!. Ale fakt jest faktem, nowe To jest „stare”, nakręcone w dawnym stylu, trzymające się klasyki horroru i tak dalej. To by było jak najbardziej w porządku, gdyby rzeczywiście się mocno tego trzymano i na przykład postanowiono, wzorem Mad Max ograniczyć ilość generowanych komputerowo efektów specjalnych do absolutnego minimum. Nie zrobiono tego jednak. I film, który nominalnie jest horrorem, nie jest niestety straszny.

Owszem, jest kilka niezłych scen. Bill Skarsgård bardzo się stara, żeby być przerażającym Pennywise’em. Nie wychodzi mu to tak dobrze, jak Timowi Curry’emu, ale ma swoje momenty. Nieliczne. W większości przypadków to, co teoretycznie powinno nas straszyć, albo straszne nie jest, albo jest groteskowe, albo zwyczajnie śmieszne. Co gorsza, tych scen jest bardzo dużo, są bardzo efektowne i wszystkie jakieś takie… mocne. Siłowe. Tak jakby twórcy zapomnieli, że kręcą horror, a nie następne Transformers. W filmie grozy ważny jest klimat. Ważne jest stopniowanie napięcia. I zderzanie rzeczywistości z koszmarem, tak doskonale odmalowane w książkowym oryginale. Tutaj… cóż, tutaj to nie wychodzi. Zwłaszcza zaś kreowanie atmosfery zagrożenia przez stopniowane strachu.

Pierwsza scena, w której Georgie goni w deszczu swój stateczek i spotyka klauna, wbija w fotel. I wydaje się, że będzie dobrze, że mamy to hitchcockowskie trzęsienie ziemi na wejściu a potem napięcie będzie rosło. Nie rośnie. Każda następna z tych scen straszących jest taka sama. Dosłownie. Ani słabsza, ani mocniejsza. To samo natężenie, cały czas. Nie robi się coraz ciemniej, chłodniej i groźniej. Nie będziemy drżeli już bardziej, niż w tej pierwszej. Wręcz przeciwnie, wraz z każdym kolejnym występem Pennywise’a stajemy się coraz bardziej obojętni. Niestety, twórcy To są sprawnymi filmowcami którzy znają się na rzeczy… ale nie umieją kręcić horrorów. Nie umieją operować tajemnicą, nie budują napięcia, nie wiedzą jak skutecznie nastraszyć w inny sposób, niż w taki najbardziej prymitywny. Szkoda.

To nie ogląda się źle. Na pewno o wiele lepiej, niż pierwszą ekranizację, która już dekadę temu była archaiczna, przestarzała. Producenci znają się kinowym rzemiośle. Ale horror powinien budzić jakieś emocje. W szczególności zaś straszyć. Po seansie powinniśmy być trochę mniej pewni, że otaczająca nas rzeczywistość jest przyjazna lub chociaż niegroźna. A po To takiego wrażenia niestety nie będzie. To przyjemna, sentymentalna podróż do lat 80. i przypomnienie tego, jak się wtedy robiło filmy. I w miarę wierna adaptacja oryginalnego materiału także… a właściwie jego połowy, bo czeka nas jeszcze drugi film przecież. Ale poza tym, cóż, nie ma się za bardzo nad czym rozwodzić. King ma pechowy rok, bo obydwie adaptacje jego książek, i To, i Mroczna wieża, okazały się być niestety dość nijakie.

Wygląda na to, że Pennywise, jak w pierwowzorze, może przerazić tylko dziecko...