InformacjeFelieton

Odwieczna zagadka polskiego gamedevu - dlaczego odniósł taki sukces?

... Mateusz Mucharzewski

Uwarunkowania kulturowe, system edukacji, klimat, a może zwykłe szczęście? Co sprawia, że to właśnie w Polsce powstaje tyle świetnych gier?

Stoisko z polskimi grami na tegorocznym Gamescomie.

Tempo w jakim rośnie rodzima branża gier wideo jest imponujące, zwłaszcza jak spojrzy się na inne państwa. Gamedev to w końcu nie jest rynek, który musi istnieć wszędzie. Każde państwo musi produkować jedzenie, energię, budować drogi i domy czy świadczyć wiele usług finansowych, turystycznych lub gastronomicznych. Są jednak branże, które nie występują wszędzie lub tylko w niewielu krajach mają globalny zasięg. Co sprawia, że rozwijają się w jednym a nie drugim miejscu?

Weźmy za przykład branżę motoryzacyjną. Obecnie posiadamy tylko jeden rozwijany brand samochodów „made in Poland”. To jaka przepaść dzieli Arrinerę od głównych konkurentów pokazuje jednak, że przed nami jeszcze daleka droga. Największe marki motoryzacyjne powstały w USA, Japonii, Niemczech, Wielkiej Brytanii, Francji czy Włoszech. Tam przed laty istniał ogromny rynek zbytu oraz kapitał, stąd warunki do rozwoju. Dzisiaj żaden polski milioner lub miliarder nie myśli o inwestycjach w tę branżę, bo jest to zbyt kapitałochłonne i ryzykowne. A jak ma się do tego gamedev? Bariery wejścia są niewielkie, grę można stworzyć „w garażu” i sprzedawać na całym świecie dzięki cyfrowej dystrybucji. Kapitału na większe inwestycje również nie brakuje. Z jakiegoś powodu to jednak w Polsce nowe ekipy powstają jak grzyby po deszczu, a nie w innych państwach.

Wiele znacznie większych i bogatszych państw jak Włochy, Hiszpania czy Portugalia może nam tylko pozazdrościć. Niemcy czy Francja mają po kilka dużych firm, ale mimo wszystko jestem przekonany że to jednak w Polsce powstaje więcej gier. Pamiętajmy też ile czasu oni rozwijają swoją branżę, a ile my. Skandynawia? Podobnie – Dania ma Playdead, Szwecja Mojang, EA DICE czy Starbreeze, a Finlandia Rovio, Super Cell i Remedy. To imponujące biznesy, ale jednak tylko pojedyncze przykłady. To tak jakby powiedzieć, że Polska to tylko CD Projekt, Techland oraz 11 bit Studios. To są największe ekipy, ale tuż za nimi szybkim tempem kroczy ogromny peleton. Nadal wiele nam brakuje do Stanów Zjednoczonych, Kanady, Japonii, Chin czy Wielkiej Brytanii. Każde z tym państw rozwijało się jednak z innych powodów. Przykładowo w Kraju Kwitnącej Wiśni swoje robi specyficzna kultura, dzięki której to właśnie krajowe produkcje sprzedają się jak szalone na tym ogromnym rynku. Kanadę z kolei napędza świetny system edukacji i ogromne dotacje przyciągające największe korporacje. Z drugiej strony ja wolę, aby to rodzimy CD Projekt zatrudniał 500 osób, a nie dotowany z naszych podatków Ubisoft Warsaw.

Co w takim razie decyduje o sukcesie rodzimego gamedev-u? Dlaczego to właśnie w Polsce powstaje tyle studiów i każdego miesiąca na rynek trafia kilka dużych produkcji? Od razu uprzedzę, że nie mam gotowej odpowiedzi. Być może nikt jej nie ma i nikt nigdy nie będzie mieć. Mimo wszystko da się znaleźć kilka poszlak, które mogą nieco rozjaśnić sytuację. W końcu może to być wartościowa wiedza. Polska branża elektronicznej rozrywki powstała w sumie z niczego, bez wielkich inwestycji i ogromnego kapitału. Takie rzeczy nie dzieją się często.

Marienbad - pierwsza polska gra wideo. Na takim sprzęcie można było uruchomić tę produkcję.

Tekst podzieliłem na dwie części. Pierwsza to historia, przełom lat 80-tych i 90-tych. Od tego trzeba zacząć, co zresztą sugerowało mi kilka osób z którymi rozmawiałem o temacie tekstu. Według nich źródeł sukcesu rodzimego gamedevu należy doszukiwać się właśnie w tym okresie. To dziewiczy okres początków polskiego kapitalizmu, kiedy jedyne co miała grupka prekursorów to pasja i chęć stworzenia czegoś dużego. To jest początek, powód dla którego dzisiaj w ogóle mamy o czym dyskutować. To tak jak z hodowaniem rośliny. Bez dostępu do słońca i wody nie urośnie, ale najpierw musi być ziarno. Często politycy wpadają na szalone pomysły stworzenia jakiejś branży w kraju, co zawsze kończy się zmarnowaniem pieniędzy podatników. Sztucznie nic nie powstanie. Najpierw muszą być ludzie, którzy przy odpowiednich warunkach coś wykreują.

I tak zrodził się polski gamedev, z grupki pasjonatów, którzy tworzyli firmy jak LK Avalon, Detalion czy później Metropolis Software. W tym samym okresie, lata przed Internetem, mieli oni swoje sposoby na nawiązywanie kontaktów czy wymianę myśli. Była słynna giełda na Grzybowskiej w Warszawie czy kultowe czasopismo Bajtek. To pozwalało wspierać tych pasjonatów. Dzięki temu zaczęły powstawać pierwsze gry i studia. Nie zawsze wszystko się udawało, ale najważniejsze, że udało się zacząć. Potwierdza to Marcin Kosman, autor książki „Nie tylko Wiedźmin: Historia polskich gier komputerowych”, który na jej potrzeby dokładnie zgłębił historię rodzimej branży.

„Wyjaśnienie, skąd wziął się sukces polskich gier jest wyjątkowo nudne i mało szokujące. Nie, nie pojawił się miliarder, który sypnął pieniędzmi na wielki projekt. Nie, nie pojawili się geniusze, którzy pierwszą próbą podbili świat. Marcin Iwiński, Paweł Marchewka, Adrian Chmielarz, Maciej Miąsik, Mirosław Dymek czy Marek Tymiński działają w branży wystarczająca długo, by popełnić po drodze błędy - związać się umową z nieuczciwym wydawcą, wydać słabą grę, wydać dobrą grę, która nikogo nie zainteresowała. I tak dalej. Ale działają dalej, bo z tych błędów wyciągali wnioski.

Każdy z naszych topowych eksportowych hitów - od Wiedźmina 3, przez Dying Light, po Zaginięcie Ethana Cartera - nie byłby tak dobry, gdyby nie skasowany Wiedźmin: Powrót Białego Wilka, nieudana Nina: Kroniki Agenta czy świetne, ale źle promowane Fire Fight. Każdy z nich zaczynał od stworzenia małej, taniej gry, zazwyczaj na lokalny rynek, by potem stworzyć nieco większą grę, może już na rynek globalny, i tak dalej. To praca u podstaw, ciężka praca, umiejętność do podejmowania ryzyka i przetrwania trudnych czasów.”

Początki polskiej branży gier wideo to głównie historia pojedynczych osób, pasjonatów którzy postanowili tworzyć w Polsce coś z pozoru tak błahego, wręcz dziwacznego i dziecinnego jak gry komputerowe. Ci ludzie to w większości oczywiście nie te same osoby, które aktualnie można uznać za najważniejsze dla rodzimej branży gier wideo. Mimo wszystko od nich wszystko się zaczęło. 11 bit Studios zostało założone przez ludzi wcześniej związanych z Metropolis, to samo People Can Fly, którego założyciele później otworzyli The Astronauts. Reality Pump dzisiaj już nie istnieje, ale jego byli pracownicy stanowią trzon Bloober Team czy krakowskiego oddziału CD Projektu RED. Sami twórcy Wiedźmina to przecież studio zakładane przez wielu weteranów, często bohaterów innej książki o historii rodzimej branży – „Bajty Polskie” Bartłomieja Kluski. Ziarno zostało zasiane, a później z niego można zbierać plony.

Nie tylko Wiedźmin oraz Bajty Polskie - dwie książki przedstawiające historię polskiego gamedevu.

Jak mawia znany polski mówca Jacek Walkiewicz, pasja rodzi profesjonalizm, profesjonalizm daje jakość, a ta jest luksusem. Posiadanie tak rozwiniętej branży gier wideo to luksus, którego nie byłoby bez pasji. Ta pojawiła się na przełomie lat 80-tych i 90-tych i to właśnie ten okres należy uznać za jeden z kluczy do dzisiejszych sukcesów. Nie zapominajmy więc o historii i początkach, bo one zbudowały fundamenty pod Wiedźmina, Dying Light, Zaginięcie Ethana Cartera czy This War of Mine.

O samej historii polskiej branży i jej znaczeniu dla rozwoju całego sektora można mówić długo, a ja chciałbym przedstawić jeszcze kilka swoich przemyśleń. Początki są ważne, od nich wszystko się zaczyna. Mimo wszystko jak nasionko zacznie kiełkować, potrzebuje odpowiednich warunków do rozwoju. W drugiej części tekstu chciałbym więc napisać więcej o ważnych źródłach rozwoju branży z perspektywy dzisiejszych czasów. Tu również da się wskazać kilka obszarów, które przyczyniają się do wysypu gier i nowych studiów.

Polska programistami stoi

Z bliżej nieznanego mi powodu Polska ma świetnych programistów. Nie ma u nas wielkich tradycji z tym związanych, nie posiadamy również świetnego systemu edukacji na poziomie szkolnym czy akademickim. Po prostu jesteśmy nieźli w programowaniu. Z jakiegoś powodu Włosi słyną ze stylu, co widać po ich samochodach czy modzie. Szwajcarzy z kolei są bardzo dokładni i precyzyjni, dbają o każdy detal i dążą do perfekcji. Wolfgang Koydl w swojej książce o tym kraju (wspominam o niej w kąciku książkowym) opisywał własne doświadczenia z hydraulikiem w USA. Ten od pierwszej minuty pokazał to z czego znany jest ten naród – otwartość i łatwość w nawiązywaniu relacji. Small talk jednak nie potrafił naprawić tego, że jak ocenił Koydle, skrzynka z narzędziami amerykańskiego majstra była słabiej wyposażona niż przeciętny szwajcarski scyzoryk. Uwarunkowania kulturowe sprawiają, że społeczeństwo (w większości) nabywa pewne cechy, które są przydatne lub nie w określonych branżach.

Dlaczego więc Polacy są dobrzy w programowaniu? Uwarunkowania historyczne spowodowały, że jesteśmy niezłymi kombinatorami. Raz czerpiemy z tego korzyści, innym razem wręcz przeciwnie. Być może programowanie to konsekwencja tego. Młode pokolenie nie musi wykorzystywać nabytych cech w ten sam sposób co rodzice i dziadkowie, a więc szuka innego sposobu na wykorzystaniu swoich umiejętności. Dlatego, całkowicie nieświadomie, programowanie idzie nam wyjątkowo dobrze. Młody Polak zamyka się w swoim pokoju i kombinuje z kodowaniem. Jego rówieśnik z Włoch w tym czasie prezentuje nową designerską koszulką na słonecznej plaży. Oczywiście piszę to pół żartem, pół serio. Teoria o źródle wiele programistycznych talentów jest dobra jak każda inna. Coś jest zdecydowanie na rzeczy, pytanie kiedy rozwikłamy zagadkę.

Korzyści z propagandy sukcesu

Jakkolwiek smutno nie będzie to brzmieć, nie jesteśmy krajem słynącym z licznych sukcesów, sportowych, biznesowych czy artystycznych. Jest ich na tyle mało, że z niezwykłą pieczołowitością pielęgnujemy każdy z nich. A może ma to swoje pozytywne skutki? Propaganda sukcesu, chociaż ma wydźwięk pejoratywny, przyciąga więcej osób do biznesu. To z jednej strony młodzi ludzie, którzy szukają sposobu na zamienienie pasji w sposób na życie, z drugiej profesjonalni twórcy, którzy wykorzystują doświadczenia do zakładania własnych studiów. To również przyciąga osoby z innych branż, np. inwestorów. Założycielem Event Horizon, które niedawno wydało cRPG Tower of Time (więcej o grze tutaj), jest osobą wywodzącą się z bankowości. Z kolei nowym inwestorem One More Level (twórcy God's Trigger, które było jednym z najlepszych tytułów tegorocznego Gamescomu) jest Laser-Med, spółka z branży medycznej. Przykładów można znaleźć więcej.

Notowania CD Projektu z ostatnich 5 lat. Obecnie wycena dobija do poziomu 10 mld złotych. Działa na wyobraźnię.

Klątwa 38 milionów

Nie jest to może powód dlaczego akurat w Polsce branża gier wideo tak się rozwija, ale pokazuje za to dlaczego właśnie ona, a nie rodzima kinematografia czy muzyka odnosi sukcesy na arenie międzynarodowej. W świecie start-upów i biznesu w naszym kraju często mówi się o pojęciu klątwy 38 milionów. Liczba ta odnosi się do populacji w Polsce. Mamy średniej wielkości rynek, co jest sytuacją najgorszą z możliwych. Wielkie państwa jak USA mają ogromny lokalny rynek zbytu, co daje im dużą przewagę. Sukces tam pozwala zdobyć kapitał, wiedzę czy markę, z którą znacznie łatwiej podbijać inne rynki. Z drugiej strony są kraje małe, jak Dania, Szwajcaria, Singapur czy Holandia. Tam niewielki lokalny rynek zbytu powoduje, że nie ma innej opcji jak tworzenie globalnego biznesu. W Polsce 38 milionów osób to wystarczająco dużo, aby zbudować całkiem dochodową firmę i jednocześnie nie mieć motywacji, aby wyjść z nią w świat. Z drugiej strony to za mało, aby zbudować wielką potęgę, której łatwiej będzie na rynkach zagranicznych.

Branży elektronicznej rozrywki to nie dotyczy. Tutaj wszyscy są globalni od pierwszego dnia działalności. Tworzenie gier z myślą o sprzedawaniu ich tylko w Polsce to samobójstwo. Co innego filmy czy muzyka. Niewiele tego typu produktów stworzonych w kraju może zaistnieć za granicą. Jednocześnie obie te branże, oficjalnie w celu ich wspierania, otrzymują państwową pomoc która tylko hamuje ich rozwój. Przykładowo twórcy filmów dostają ogromne dotacje, dzięki czemu nie mają potrzeby finansowej w szukaniu odbiorców w innych państwach. Z kolei muzyków promują przepisy, które nakazują stacjom radiowym puszczanie krajowych piosenek odpowiednio często. Branża gier wideo nie ma takiego „wsparcia”, przez co aby funkcjonować musi być globalna. Wyższe wymagania sprawiają, że produkt końcowy jest na lepszym poziomie. Kiedy gwiazdy rodzimego kina i telewizji pozują na ściankach przed paparazzi, nasi twórcy gier harują promując swoje produkty na zagranicznych targach. Analogicznie kiedy pierwsi narzekają na małą frekwencję w kinach, drudzy liczą zyski ze sprzedaży na całym świecie.

Czy powyższy tekst w całości wyczerpał temat? Nie wiem. Być może nie udało mi się to nawet w połowie. Temat jest długi i skomplikowany. Rozmawiałem z kilkoma osobami i nikt nie był w stanie jednoznacznie wskazać źródła sukcesu polskiej branży gier wideo. Czyli, że wszystko wydarzyło się bez powodu, bo tak? To byłoby zbyt proste. Jest wiele powodów, dla których mamy obecnie tak rozwiniętą branżę. Mam nadzieję, że większość z nich wymieniłem. Jakie są pozostałe? Jeśli macie swoje typy, koniecznie podzielcie się nimi w komentarzach.

Najnowsze
Lubisz nas?