InformacjeFelieton

Banda czworga z Hell's Kitchen - recenzja serialu The Defenders

... Piotr Nowacki

Było ich czworo, w każdym z nich inna krew.

Marvel Cinematic Universe zrewolucjonizowało przemysł filmowy tworząc wszechświat przeplatających się kinowych opowieści, których kulminacją były filmy z serii Avengers, gdzie bohaterowie solowych filmów, wbrew dzielącym ich różnicom, stawali razem przeciwko wspólnemu wrogowi. Marvel wraz z Netfliksem próbują teraz przenieść tę formułę na mały ekran za sprawą serialu The Defenders, gdzie spotykają się Danny Rand, Matt Murdock, Jessica Jones i Luke Cage.

Najnowsza produkcja kontynuuje bezpośrednio wątki wprowadzone w serialach Iron Fist i Daredevil, gdzie główni bohaterowie przeciwstawiali się złowrogiej organizacji The Hand. Za sprawą różnych zbiegów okoliczności w tę walkę zostają wplątani także kuloodporny obrońca Harlemu oraz nadużywająca alkoholu prywatna detektyw.

Nieprzekonujący sposób wprowadzenia Luke’a i Jessiki do tego serialu obnaża jego główną wadę. Oglądając Avengers nie miałem problemu z zaakceptowaniem faktu, że multimiliarder, asgardzki bóg i wybudzony z hibernacji bohater wojenny postanawiają stworzyć drużynę. W The Defenders sprzymierzenie czwórki bohaterów jest wymuszone i nieprzekonujące, Luke i Jessica wydają się być jedynie pasażerami na gapę.

Jeszcze więcej chaosu powoduje obecność postaci drugoplanowych z wcześniejszych seriali. Wraca Foggy i Karen z Daredevila, Coleen Wing z Iron Fista, Misty Knight z Luke’a Cage’a, Malcolm z Jessiki Jones... Niestety, na przestrzeni ośmiu odcinków nie ma miejsca na sensowny rozwój nawet czwórki głównych bohaterów, a co dopiero całej hordy postaci epizodycznych.

Jednak mimo tych wad, w wielu momentach serial błyszczy. Na pierwszy plan wybija się, oczywiście, cięty język Jessiki - sprowadzanie na ziemię Danny’ego i Matta zdaje się być jej nowym ulubionym hobby. Świetnie została również rozegrana konfrontacja poglądów Luke’a i Danny’ego: w jednej ze scen obrońca Harlemu zauważa, że multimiliarder mógłby skuteczniej pomagać, gdyby zaczął naprawiać świat z pomocą swoich wpływów i pieniędzy, zamiast okładać po twarzach czarną młodzież. Niestety, takich scen jest zdecydowanie za mało - szczególnie w drugiej połowie sezonu, kiedy serial zaczyna bardziej się skupiać na coraz to kolejnych walkach ze zbirami z The Hand, lekceważąc dialogi i rozwój postaci.

Sporym zawodem była dla mnie postać Alexandry, liderki The Hand. Sigourney Weaver wielbię całym sercem, jednak nie była w stanie - czy też po prostu nie chciało jej się - wynieść tej czarnej charakterki ponad przeciętność. Jej postać jest dosyć sztampowym złoczyńcą, i nie ma szans, żeby została zapisała się w serialowych annałach tak, jak Cottonmouth (grany przed tegorocznego lauerata Oscara, Mahershalę Aliego) z Luke’a Cage’a czy Kingpin (Vincent D’Onofrio) z Daredevila. Weaver gra z zaangażowaniem robotnika podbijającego o szóstej rano kartę w fabryce i zdaje się tylko czekać, aż moloch Marvel-Disney prześle jej czek. Możliwe jednak, że to wrażenie wynika ze słabości dialogów i scenariusza, a aktorka po prostu nie była w stanie nic więcej z nich wycisnąć.

Netfliksowe seriale od Marvela - szczególnie Jessica Jones i Luke Cage - mogły się poszczycić świetną, wpadającą w ucho ścieżką dźwiękową. Luke Cage prezentował szeroki przekrój czarnej muzyki, od hip-hopu po funk, zaś Jessica Jones swoimi jazzującymi brzmieniami nawiązywała do stylistyki kina noir. Liczyłem, że The Defenders skorzysta z szansy, aby różne style muzyczne, charakterystyczne dla każdego z bohaterów, prowadziły ze sobą dialog i wzajemnie się uzupełniały, w zależności od tego, co się dzieje na ekranie. Niestety, twórcy poszli po linii najmniejszego oporu i dostaliśmy dość standardowy soundtrack, który nie wykorzystuje drzemiącego potencjału. Widać było nieśmiałe próby pogodzenia różnych stylów muzycznych - podczas jednej z walk wejście Luke’a Cage’a jest zapowiedziane wprowadzonym z wyprzedzeniem hip-hopowym bitem, co sprawdza się całkiem nieźle w tej scenie, ale to jest, niestety, jedyny taki zabieg, który udało mi się wychwycić we wszystkich ośmiu odcinkach. Poza kilkoma innymi wyjątkami, ścieżka dźwiękowa zupełnie nie zapada w pamięć.

Jednym ze znaków rozpoznawczych Daredevila są rozbudowane, kilkuminutowe sceny walk, pozornie kręcone jednym ujęciem. Każdego, kto liczył na powtórkę z rozrywki czeka rozczarowanie. Potyczki w The Defenders są co prawda dużo lepsze niż w Iron Fist, jednak nie ma ani jednej sceny, która zachwyciłaby mnie choreografią walk.

The Defenders to produkcja bardzo nierówna. Trudno jednak, żeby było inaczej: ten crossover nie jest organiczną, logiczną konsekwencją wcześniejszych seriali. Zamiast tego, wrzucono czterech superherosów do blendera, a powstałą mieszankę sklajstrowano nie bacząc, czy poszczególne kawałki naprawdę do siebie pasują. Chociaż The Defenders ma w sobie zalety poszczególnych serii składowych, to ostatecznie sprawia wrażenie tworu wymuszonego i nieszczerego. Na niekorzyść obrońców działa również to, że marvelowe seriale Netfliksa były najlepsze wtedy, kiedy trzymały się blisko ziemi: Daredevil błyszczał w konfrontacji z Wilsonem Fiskiem i Punisherem, a obniżał loty, kiedy do gry wchodzili ninja. Ten specyficzny realizm również działał na korzyść Jessiki Jones i Luke’a Cage’a, zaś odejście od niego działało na niekorzyść Iron Fista.

Widać jednak, że Netflix nie jest głuchy na krytykę. Podkreślanie tego, że Danny jest, mówiąc delikatnie, przygłupem, zdaje się być bezpośrednią próbą zaadresowania największych zarzutów pod adresem serialu Iron Fist. Liczę, że tutaj również wyciągną wnioski z tego, co nie do końca zagrało, a kolejne crossovery będą być może mniej spektakularne, ale bardziej naturalne - jak chociażby wprowadzenie Luke’a w serialu Jessica Jones. Nie obraziłbym się też za mini-serię Daughters of the Dragon, czyli tego, aby wzorem komiksów, Coleen Wing i Misty Knight wspólnie stawiły czoła złu. One zdecydowanie bardziej zasługują na czas ekranowy niż Danny Rand.

Najnowsze
Lubisz nas?