InformacjeFelieton

Sony chyba powoli dochodzi wniosku, że może przestać się starać

... Kamil Ostrowski

Podwyżka cen PlayStation Plus to jasny sygnał, że Sony zdaje sobie sprawę ze swojej dominującej pozycji na rynku i zamierza ten fakt wykorzystać.

Pod koniec ubiegłego miesiąca Sony dosyć znacząco podniosło ceny na PlayStation Plus w Europie. Dokładne ceny już pewnie znacie z podlinkowanego newsa, jednak dla lepszego zobrazowania sytuacji podam procentowe wyliczenia dla wzrostów: dla subskrypcji miesięcznej jest to 22,2%, dla trzymiesięcznej 28,2%, natomiast dla rocznej 23%. Sama podwyżka jest wystarczająco nieprzyjemna, ale należy zwrócić uwagę, na trzy dodatkowe nieprzyjemne okoliczności związane z wzrostem cen.

Po pierwsze, podwyżka uderzyła znienacka i z krótkim terminem vacatio legis. O tym, że ceny pójdą w górę dowiedzieliśmy się zaledwie z miesięcznym wyprzedzeniem. Po drugie, podwyżka idzie w ślad za niezbyt dobrymi miesiącami dla usługi PlayStation Plus, przynajmniej w kategorii udostępnianych gier. Okej, mieliśmy dobre Just Cause 3 , a wcześniej przyzwoite Until Dawn, ale już wcześniejsze udostępniane produkcje były słabiutkie. Żeby tego było mało, podwyżkę wprowadza się w okresie bardzo dobrym dla złotego – w ciągu ostatnich sześciu miesięcy nasza waluta zyskała aż czterdzieści groszy w stosunku do dolara i dobrych kilka groszy w stosunku do euro. I bez wprowadzania podwyżek włodarze w centrali powinni więc być zadowoleni. Ostatnia kwestia – podwyżka nie wiąże się w żaden sposób z rozbudowaniem użyteczności czy funkcji usługi.

Zatem tłumaczenie tej decyzji może być tylko jedno – Sony poczuło się na tyle pewnie i osiągnęło na tyle komfortową pozycję, że okres obsiewania pól uznało za zakończony i postanowiło zaopatrzyć się w kosy, po czym dać sygnał do żniw. Ktoś w firmie musiał dojść do wniosku, że rynek jest nasycony, a kto miał kupić konsolę, zapewne już ją kupił, albo kupi w najbliższym czasie, tudzież będzie miał wystarczająco innych powodów, takich jak presja otoczenia (wszyscy mają PlayStation, więc po co komu Xbox?), aby skierować swoje oczy właśnie w stronę sprzętu Sony. Nic dziwnego, skoro w Europie PlayStation 4 sprzedaje się trzykrotnie lepiej od Xboksa One, a na całym świecie ta proporcja utrzymuje się mniej więcej na poziomie dwa do jednego. O Polsce nie wspominam, bo w chociaż w przypadku naszego kraju brak oficjalnych danych, to chyba sami możecie się zorientować jak to wygląda.

Taki stan utrzymuje się nie bez powodu. Sony i studia wewnętrzne Japończyków ostatnie lata były w znakomitej formie. Niska cena, świetne gry, stabilna usługa, świetny marketing. Efekt jest taki, że PlayStation 4 to najlepiej sprzedająca się maszynka do grania w historii (ostatnio pokonany próg to 60 milionów sztuk). Konkurencja została daleko do tyłu. Co prawda pojawiło się Nintendo Switch, które również święci sukcesy (do sklepów wysłano aż 4,7 miliona w zaledwie cztery miesiące), ale chyba wszyscy zdają sobie sprawę z tego, że ”Ninny” nie stanowi absolutnie bezpośredniej konkurencji i zagrożenia porównywalnego z Microsoftem.

Z punktu widzenia Sony sytuacja prezentuje się w tej chwili następująco: mamy przewagę, więcej zainwestowaliśmy w tytuły na wyłączność i mamy dobrą prasę. Konkurencja ma co prawda Xboksa One X, ale kiedy będzie lepszy moment na to, aby trochę zwolnić tempa, nabrać oddechu i pieniędzy w sakiewki? Pierwszą, drugą i trzecią rundę Japończycy już wygrali – dalsze napinanie się kosztowałoby więcej, niż byłoby to warte.

Dla nas to oczywiście sytuacja bardzo niebezpieczna. Sony do tej pory bombardowało nas dobrem wszelkiego rodzaju. Absurdalnie niskie ceny konsol na starcie, kolejne obniżki, darmowe gry dodawane do obowiązkowego abonamentu sieciowego (pamiętajcie - Microsoft pierwotnie wprowadzając Xbox Live Gold nie oferował wiele ponad możliwość gry przez sieć) – to wszystko wynikało z ostrej gry, którą prowadził producent PlayStation. Zatrzęsienie tytułów na wyłączność, często znakomitych, również jest najprawdopodobniej w pewnej części dofinansowywane – nawet gry z dobrą sprzedażą nie zawsze na siebie zarobią, jeżeli wychodzą na jedną tylko platformę. A pamiętajmy, że wiele ambitnych projektów Sony nie sprzedaje się jakoś przesadnie dobrze, pełniąc rolę magnes na hardkorowych graczy, którzy wyznaczają trendy.

Czy oznacza to, że Sony zwolni tempa? Cóż, wydaje się to w pewnym sensie nieuniknione. Trzeba uczciwie przyznać, że ostatnich parę lat Japończycy naprawdę dostarczali zacne produkcje i sprawili, że życie graczy stało się sympatyczniejsze. Że nie byli w tym specjalnie innowacyjni, to inna sprawa – grunt, że odnieśli sukces i spopularyzowali kolejną generację w ekspresowym tempie (po przesadnie długich rządach poprzedniej). Na pocieszenie mogę powiedzieć tylko tyle, że dominacja PlayStation w kontekście produkowania tytułów na wyłączność ma również swoją jasną stronę – z uwagi na większą bazę użytkowników, potencjalne ryzyko finansowej klapy jest mniejsze.

Oczywiście nie musimy się godzić na to, żeby Sony obniżyło loty. Każdy z nas ma pewną, chociaż niewielką, siłę oddziaływania na firmę. Możecie próbować podejść mądrzej do wykupywania abonamentu PlayStation Plus i nie traktować go jako musu. Jeżeli nie jest Wam potrzebny, po prostu wstrzymajcie się z jego przedłużeniem do momentu gdy na horyzoncie pojawi się gra, której tryb sieciowy Was interesuje. Bardzo wątpliwe, żeby Japończycy wycofali się z podwyżki, ale może im to w jakiś sposób dać do myślenia gdy komuś do głowy wpadnie pomysł, aby zebrać jeszcze większy plon.

Aha, jeszcze jedno słówko. Nie dajcie się zwariować, ani wkręcić w narrację konkurencji – Xbox Live Gold nawet po podwyżkach w opcji rocznej pozostaje droższy od PlayStation Plusa (240 złotych kontra 249 złotych), a wygrywa jedynie w krótszych wariantach. To nie jest tak, że Sony wykorzystuje swoją dominującą pozycję. Firma po prostu przestała robić z ceny PS+ swój atut. Dla porządku wspomnę jeszcze, że cena tej usługi w USA została już podniesiona w zeszłym roku, do poziomu 59,99$/rok. Nie ma więc powodów do rozdzierania szat.

Najnowsze
Lubisz nas?