InformacjeBez prądu - film

Dziadkowie w natarciu - recenzja filmu W starym, dobrym stylu

... Joanna Kułakowska

Niektórzy aktorzy są jak wino – im starsi, tym lepsi – a osiemdziesiątka na karku nie oznacza końca marzeń. Film Zacha Braffa stylowo oddaje te kwestie.

W starym, dobrym stylu (ang. Going In Style) to remake filmu pod tym samym tytułem z 1979 roku (w reżyserii Martina Bresta). Nowa uwspółcześniona odsłona stanowi bardzo dobre połączenie komedii obyczajowej z parodią Heist Movie. Są tu też jednak i wątki poważniejsze – w satyrycznym tonie ukazano sprawy niezbyt w sumie zabawne, czyli problemy i bolączki starych ludzi oraz ciemną stronę kapitalizmu, bankowości i nadużyć związanych z instrumentami finansowymi. Reżyserem filmu jest Zach Braff, znany widzom głównie jako aktor – między innymi odtwórca niezapomnianego JD z serialu Hoży doktorzy. Absurdalny, nieco surrealistyczny humor, charakterystyczny dla owej serii, musiał wywrzeć trwały wpływ na twórcę, gdyż coś z tamtego klimatu ewidentnie znalazło się w niniejszej produkcji.

Bohaterami filmu Braffa są trzej przyjaciele: Joe (Michael Caine), Willie (Morgan Freeman) i Albert (Alan Arkin). Jak to zwykle bywa, różnią się temperamentem, spierają się z byle powodu, ale żyć bez siebie nie potrafią. Joe jest szczęśliwym dziadkiem, który trzyma sztamę ze swoją czternastoletnią wnuczką – bystrą i dowcipną Brook (Joey King) – po trosze zastępując jej ojca – lekkoducha Murphy’ego (Peter Serafinowicz). Niestety, starszy pan ma problem z bankiem – został wkręcony w niekorzystną umowę przez osobnika żerującego na braku orientacji w problematyce rynku i finansów. W rezultacie nad naszym bohaterem wisi widmo utraty domu, co niechybnie uniemożliwi mu życie w starym, dobrym stylu i pozbawi dachu nad głową całą rodzinę… Willie jednak chętnie by się z nim zamienił – jego córka wraz z uroczą wnuczką Kaniką (Ashley Aufderheide) mieszkają daleko i siłą rzeczy rzadko go odwiedzają. Ponadto jest ciężko chory na niewydolność nerek, co oczywiście skrzętnie ukrywa przed bliskimi, aby ich nie martwić. Z kolei Albert nie ma rodziny i od lat nie zamierza się z nikim wiązać, zadowalając się spędzaniem czasu z kumplami i ukrywając, iż w gruncie rzeczy czegoś mu w życiu brakuje.

Wszyscy trzej przepracowali ponad 30 lat w fabryce, licząc na godną emeryturę. Niestety, macierzysta firma likwiduje rodzimą placówkę w Ameryce, całkowicie przenosząc się do Chin, a tym samym znika i fundusz emerytalny… Mężczyźni zostają na lodzie. Na domiar złego okazuje się, że w likwidacji partycypuje bank, który oskubał Joego, i nieźle się na tym obłowi. Traf chciał, że bohater był świadkiem napadu, podczas którego uznał, że obrobienie banku nie jest znowuż takie trudne, a wydaje się całkiem kuszącą opcją w jego sytuacji. Teraz, kiedy czara goryczy już się przelała, w głowie zaczyna kiełkować mu plan… aby rozwiązać wspólne problemy w starym, dobrym stylu pokrzywdzonych przez bezduszny system desperatów, którzy przy okazji zabawią się w Robin Hoodów, a jeśli coś pójdzie nie tak, to przynajmniej odejdą z hukiem.

W starym, dobrym stylu rozbraja sposobem realizacji. Z jednej strony mamy tu sentymentalną, spokojną (momentami, niestety, zbyt spokojną i rozwlekłą), „duszoszczypiastą” opowieść o ludziach, którym życie srogo dokopało, ale nie zamierzają się poddawać (a jeśli już, to na własnych warunkach), z drugiej zaś tryskający humorem, pomysłowy kryminał o żywej akcji. Scena pierwszego napadu, który natchnął Joego, by wziąć sprawy w swoje ręce, stanowi połączenie wyśmienitej komedii z teledyskiem Rammsteina, a to dopiero początek feerii kuriozalnych wydarzeń, generującej bolesny dla policzków widza śmiech. Komizm sytuacyjny ściga się z komizmem w warstwie werbalnej – idealnym połączeniem obydwu jest scena, w której czarnoskóry kierownik Keith (Kenan Thompson) przygląda się Williemu i kręcąc z dezaprobatą głową, rzuca: Oczywiście kraść musiał czarny. Spory wkład w komediowy aspekt obrazu Zacha Braffa ma Christopher Lloyd (niezapomniany dr Emmett Brown z Powrotu do przyszłości Zemeckisa) w roli straszącego skutkami demencji Miltona, choć przyznać trzeba, że aktor prezentuje tu dość przaśne żarty, które nie każdemu mogą przypaść do gustu. Bawi także występ aktorki i piosenkarki Ann-Margret wcielającej się w Annie, która z wdziękiem czyni zakusy na wdzięki Alberta.

Jeśli chodzi o kryminalną stronę filmu, na uwagę zasługuje tu satyryczne ujęcie motywów znanych z procedurali – sposób przeprowadzenia policyjnego śledztwa – jak również metodologii typowej dla Heist Movie – np. przygotowywanie się do skoku poprzez trening możliwości fizycznych (w przypadku staruszków to wręcz bezcenne) oraz szczegółowe opracowywanie kolejnych etapów planu, dekonstrukcja wydarzeń rodem z Ocean’s Eleven Soderbergha i wodzenie za nos funkcjonariuszy. W starym, dobrym stylu zawiera kilka drobiazgów, które okazują się strzelbami mającymi za zadanie wypalić w odpowiednim momencie. Da się zauważyć także mrugnięcie do miłośników i miłośniczek Pulp Fiction Tarantino tudzież przewrotną aluzję do Czterech wesel i pogrzebu Newella.

Ogólnie rzecz ujmując, film Braffa wykonany został w dość bajkowym stylu, emanując ciepłem i optymizmem. Nie ma tu miejsca na długotrwały smutek, a wszystkie problemy (nawet te najtrudniejsze) da się rozwiązać dzięki przyjaźni, wzajemnemu zaufaniu i co bardzo istotne – odwadze, konsekwencji, a także swego rodzaju szlachetności. Jaka znowu szlachetność w napadaniu na banki? Cóż, wychodzi na to, że popłaca unikanie przemocy oraz okazanie uczuć, gdy sytuacja tego wymaga, podobnie jak zadbanie o inne „ofiary systemu”. Dyskusyjna jest wprawdzie kwestia, czy „biorąc to, co im się należy”, nie krzywdzą osób, które miały pecha założyć w owym banku konta. Warto jednak pamiętać, że dana instytucja wyrówna ewentualne straty właścicieli, dopóki posiada zasoby, te zaś znacząco wzrosły wskutek moralnie wątpliwej operacji finansowej związanej z likwidacją firmy zatrudniającej ongiś naszych bohaterów. Postacie, które oglądamy podczas seansu W starym, dobrym stylu pokazują, że starość to nie koniec świata, że warto żyć, mieć marzenia i walczyć aż do końca. Film ma istotne przesłanie: społeczeństwo powinno dbać o starych ludzi, to jeden z fundamentów cywilizacji. Z drugiej strony starzy ludzie też muszą zadbać, by nie odsunięto ich na margines.

Na zakończenie trzeba jeszcze dodać, że obsada bardzo dobrze się sprawiła. Morgan Freeman wyglądał wprawdzie na mocno zmęczonego, ale Michael Caine, Alan Arkin i Ann-Margret (której zdarzyło się już zagrać w filmach o niepokornych staruszkach – Dwaj zgryźliwi tetrycy i Jeszcze bardziej zgryźliwi tetrycy – a dawno temu rozśmieszała widzów jako Pięknisia Jones w Kaktusie Jacku) zapewnili znakomitą rozrywkę. Warto wspomnieć tu także niewymienionych dotąd Matta Dillona (funkcjonariusz Hamer) i Johna Ortiza (uroczy przewodnik po przestępczych ścieżkach imieniem Jesus). Słowem: pomimo kilku drobnych mankamentów zdecydowanie warto obejrzeć.

Najnowsze
Lubisz nas?