InformacjeBez prądu - film

Brudy Waszyngtonu - recenzja filmu Sama przeciw wszystkim

... Joanna Kułakowska

Bardzo dobry, choć ciężki film o brudnej polityce, medialnym cyrku i osobistej krucjacie, w której by zatriumfowało dobro, trzeba sprzedać duszę złu.

Znane jest nam określenie „zwierzę polityczne”, ale „lobbysta” czy „lobbystka” to na naszej scenie politycznej zwierzę nader egzotyczne – w Sejmie jest tylko 12 oficjalnych lobbystów (a przynajmniej tak było w 2012 roku). Tymczasem w Stanach Zjednoczonych jest to ważna funkcja i świetny interes – ci, którzy odniosą sukces w owej dziedzinie, skutecznie dbając o interesy swoich klientów podczas stanowienia prawa w Kongresie, zyskują prestiż i sowite wynagrodzenie. Ludzie korzystający z ich usług to często przedstawiciele i przedstawicielki wielkich koncernów i korporacji, stoją więc za tym olbrzymie fortuny, które mogą się uszczuplić, jeśli wprowadzone zostaną „niewłaściwe” podatki lub podjęte decyzje, które uderzą w rządy państw idących na rękę przemysłowym gigantom. Zadaniem lobbysty/lobbystki jest więc wywrzeć odpowiedni wpływ na kongresmenów. Oczywiście wszystko w granicach prawa. Teoretycznie... bo tak naprawdę ważna jest skuteczność, a więc rób, co do ciebie należy, czyli wszystko, co trzeba, by zwyciężyć, i pilnuj, by cię nie przyłapano. Tak wygląda sytuacja przedstawiona w filmie Sama przeciw wszystkim (ang. Miss Sloane).

Madeline Elizabeth Sloane (Jessica Chastain), główna bohaterka obrazu w reżyserii Johna Maddena, to gwiazda lobbingu. Człowiek ze stali, którego łatwo wziąć za robota ze względu na twardy pancerz wykuty z chłodu i bezduszności. Osoba trzymające emocje na wodzy, lecz potrafiąca wprawnie żonglować nimi dla niepoznaki, o intelekcie ostrym niczym brzytwa i nastawionym na jeden cel: wygrać, miażdżąc przeciwnika. Wtedy Miss Sloane czuje, że żyje, i łapie haust adrenaliny. Jest maszyną do osiągania sukcesu, która ładuje baterie kolejnym wyzwaniem. Ale to tylko jedna strona medalu, bo w superlobbystce drzemie coś jeszcze – coś, co jest sugerowane, lecz nigdy do końca niewyjaśnione, choć widz aż skręca się z ciekawości. Pewnego dnia bowiem nasza bohaterka podejmuje zaskakującą decyzję – odrzuca intratną propozycję, która z jej wsparciem praktycznie stanowiła pewne zwycięstwo, a zamiast tego podejmuje się pracy na rzecz oponentów niedoszłego pracodawcy. Przyjmuje propozycję Rodolfa Schmidta (Mark Strong), szefa małego biura pełnego idealistów, których mało kto w Waszyngtonie traktuje poważnie.

Nowy cel lobbystki jest szczytny – bierze się ona za wspieranie ustawy, która umożliwi lepszą kontrolę nad tym, kto posiada broń palną, i potencjalnie ograniczy jej ilość w niepowołanych rękach. Ustawa jest oczywiście nie w smak potężnemu producentowi, który wytoczy przeciw popierającym ją kongresmenom, a także samej Madeline Sloane, najcięższe działa. Jednakże czy w słusznej sprawie, czy nie, bohaterka kieruje się zasadą, że cel uświęca środki, a czyste ręce to truizm, sięga więc po arsenał nieczystych środków. A dzięki obranym priorytetom, brakowi skrupułów, doświadczeniu i wyrobionym przez lata znajomościom może naprawdę dużo. Metody, po które sięga, szokują nawet bardzo zdeterminowanych współpracowników. I tak Miss Sloane, by móc sprawie działać, jest sama przeciw wszystkim. Powstaje pytanie: dlaczego wzięła na siebie to zadanie? Pewne wytłumaczenie stanowi oczywiście fakt, że wygranie „sprawy nie do wygrania” raz na zawsze ugruntuje jej karierę. A jednak podczas seansu otrzymujemy szereg znaków, że jej motywacje wcale nie są jasne, że kryje się za tym coś głębszego. Może naprawdę jest „lobbystką z sumieniem”, choć jest ono pokrętne i głęboko ukryte. Może „blaszany drwal” od początku miał serce. A może jednak adrenalina? Czy w ogóle jest ktoś, kogo Sloane nie poświęci dla tej sprawy? Ogromną zaletą filmu Johna Maddena paradoksalnie jest rezygnacja z jednoznacznej odpowiedzi na rzecz sugestii i intuicji odbiorców.

Tak, jak złożona i niejednoznaczna jest postać centralna, tak wielopoziomowa okazuje się struktura tej produkcji. Sama kompozycja fabuły stanowi koło z kilkoma scenami o charakterze epilogu, w środku jednak znajdziemy mnóstwo misternych „zębatek z przekładniami”. Scenariusz Jonathana Perery jest wręcz niesamowity – znajdował się na słynnej Black List (liście 10 najlepszych niewykorzystanych scenariuszy z 2015 roku). Twórcy znakomicie manipulują odbiorcami – kiedy już jesteśmy czegoś pewni i uśmiechamy się, kiwając głową ze zrozumieniem, po jakimś czasie wyprowadzają nas z błędu. Fabuła przypomina skomplikowane puzzle, w których prędzej czy później każdy kawałek wskoczy na właściwe miejsce, rzecz w tym, że spodziewamy się innego obrazka. Na każdym etapie prezentowanej nam intrygi oczekujemy innych rozwiązań, czasem myląc się o włos, czasem o kilometr, a koniec i tak oferuje niespodziankę, wywracając wszystko do góry nogami. Rzadko można spotkać dzieło tak udane pod względem zwrotów akcji i ciętych dialogów. Na wstępie Samej przeciw wszystkim główna bohaterka ironicznie oświadcza, patrząc prosto w oczy widza: Lobbowanie polega na przewidywaniu wszystkich ruchów przeciwnika. W chwili, w której wyjmuje asa z rękawa, ty wyciągasz swojego. To słowa prorocze. Miss Sloane, zarówno jako typ postaci, jak i film sam w sobie, skrojona została zgodnie z tą samą zasadą – jesteśmy często zaskakiwani i siedzimy jak na szpilkach. Oglądamy zebrania pracowników, przesłuchania sądowe, rozmowy z prawnikami, dywagacje na temat kolejnych elementów strategii, nagrania dla telewizji, a czujemy się jak podczas filmu sensacyjnego.

Obraz Maddena ma, prócz scenariusza, wiele zalet. To udany montaż i dobrze dobrana kolorystyka, gdzie nowoczesne i sterylne lub tanie i wyblakłe wnętrza biur, kojarzące się z kolejną kiepską kawą nad stosem dokumentów, kontrastują z jaskrawym, ostrym, świetlistym blichtrem przyjęcia, gdzie spotykasz „ważnych ludzi” i choć padasz z nóg, musisz emanować witalnością, elokwencją i modnym, drogim ciuchem. Nie masz siły, to wciągnij proszek lub połknij pigułę, inaczej połkną ciebie, przeżują i wyplują – wtedy nie masz już czego szukać w Waszyngtonie. To także surowa, niepokojąca ścieżka dźwiękowa, podkreślająca napięcie. Najważniejsza jest jednak gra aktorska. Jessica Chastain jest po prostu rewelacyjna – kiedy pojawia się na ekranie, przyćmiewa wszystkich, co nie znaczy, że inni aktorzy i aktorki kiepsko wcielają się w role. Wręcz przeciwnie, wszyscy solidnie wykonują swoją pracę. Chastain po prostu ma w sobie magnetyzm i charyzmę, jej intensywne spojrzenie i niby niekontrolowane grymasy ust sprawiają fascynujące wrażenie. Czujemy, że grana przez nią postać – również w domniemanych chwilach słabości – jest niezwykle groźna, przez co nawet jaskrawoczerwona szminka, która komuś innemu nadałaby prowokacyjny i, szczerze mówiąc, nader tani wygląd, wywołuje tu wrażenie krwawego uśmiechu wampirzycy tuż po zasłużonym posiłku (notabene blada twarz i rude włosy świetnie uwypuklają ów efekt).

Sama przeciw wszystkim, czy jak kto woli Miss Sloane, to film, który stanowczo warto zobaczyć – i ze względu na liczne walory, i fakt, że temat jest dość aktualny. To thriller polityczny, pokazujący zakłamanie i medialny cyrk, jakim jest polityka, nawet gdy podejmujący decyzje rzeczywiście interesują się dobrem obywateli. Do tego dramat obyczajowy, który ma cechy kryminału, sensacji, a nawet po trosze kina sportowego. Są tu zagrywki rodem z filmów o przygotowywaniu się do superważnej walki bokserskiej, czy może superważnego meczu, od którego zależy szczęście rozgrywającego i całego miasteczka. Tylko że to tylko chwyty, bo wydźwięk emanuje cynizmem i smutną konstatacją, że zło można zwalczyć tylko metodami tych złych. Czy wtedy jednak mogą liczyć na „zbawienie”? Jakim kosztem?

Na koniec trzeba też koniecznie powiedzieć, że film Maddena nie jest obrazem prostym i może nieco zmęczyć. Tempo akcji i używany tam żargon powodują, że na początku trudno się zorientować w meandrach wydarzeń. Ciężka atmosfera także nie zapewnia rozrywkowego efektu. Jednakże uważni odbiorcy sobie poradzą i będą usatysfakcjonowani.

Najnowsze
Lubisz nas?