InformacjeBez prądu - film

I stał się cud - recenzja filmu Wonder Woman

... Joanna Kułakowska

Nareszcie dobry film z uniwersum DC. Cud ten zawdzięczamy cud-kobiecie i oczywiście reżyserce Patty Jenkins, która potrafiła ją właściwie poprowadzić.

Ani filmy z logo DC, ani Wonder Woman jako komiksowa postać nie mają zbyt wiele szczęścia do fascynujących i dobrze skomponowanych opowieści, tym razem jednak fortuna wreszcie się uśmiechnęła, a przynajmniej spojrzała łaskawiej. Ta superbohaterka po raz pierwszy wkroczyła (i to z hukiem) do konkurencyjnego dla MCU kinowego uniwersum DC w produkcji Batman v Superman. Świt sprawiedliwości Zacka Snydera, której recenzję można przeczytać tutaj. Stanowiła jeden z nielicznych jasnych punktów owego mrocznego, lecz mocno średniego dzieła. Diana, księżniczka Amazonek, doczekała się licznych opracowań, analiz i artykułów na swój temat, tutaj powiemy więc tylko, że wielokrotnie przeżywała retellingi i restarty swej historii. Obraz w reżyserii Patty Jenkins jest adaptacją wątków z różnych faz graficznej egzystencji Wonder Woman, zmiksowanych z kilkoma mniej lub bardziej oryginalnymi innowacjami. Pojawia się tu pomysłowo wplecione w fabułę odniesienie do wczesnych wizji na temat jej pochodzenia, choć to ostatnie bazuje w filmie na odsłonie świata The New 52.

Poznajemy przyszłą Wonder Woman jako małą dziewczynkę, która jak większość archetypowych bohaterów filmów przygodowych jest krnąbrnym dzieciakiem, wymykającym się nauczycielkom i opiekunkom, no i mającym swoje marzenia, zdecydowanie różniące się od planów matki. Gdy ową matką jest sama królowa Hippolita (Connie Nielsen), staje się to bardzo problematyczne... Władczyni daje się poznać ze strony raczej niespodziewanej u najważniejszej Amazonki – zamiast szkolić córkę w wojennym rzemiośle, przed wszystkim ją chroni, niczym kura wysiadująca jaja, szykując dziewczynce los domowej kurki. Na swe – mało przekonujące – wytłumaczenie ma jedynie stwierdzenie, że Diana jest zbyt cenna, by ją jakkolwiek narażać, bo jest ona jej ukochanym dzieckiem, a w dodatku jedynym dzieckiem na wyspie Themyscira. Cóż, dziecko prędzej czy później dorośnie, a brak wiedzy, jak się bronić, nikogo jeszcze nie uratował. Tak czy inaczej, mała Diana (Lilly Aspell) z uporem dąży do spełnienia swych pragnień. Kiedy tylko może, biegnie podglądać treningi wojowniczek pod czujnym i bezlitosnym okiem swej ciotki Antiope (Robin Wright). Swoją drogą, rozbrajająca jest chwila, gdy rezolutna księżniczka z zapamiętaniem naśladuje ciosy i kopnięcia dorosłych Amazonek. Oczywiście, w końcu dziewczynka dopina swego, a widz dostaje szereg sugestii, że może matka miała na swe usprawiedliwienie coś więcej niż tylko kwocze niepokoje...

Czas mija, a spokój wyspy ukrytej przed wzrokiem śmiertelników zostaje zburzony. Na Themyscirę trafia lotnik w uszkodzonej maszynie, który tylko cudem, czyli dzięki interwencji obserwującej go Diany (już Gal Gadot), przeżywa. Niestety, tuż za nim przybywa groza zewnętrznego świata – wraz z bronią o niszczącej sile, jakiej dotąd nie widziała i nie doświadczyła żadna z legendarnych wojowniczek. Mężczyzna przynosi przerażające wieści – na zewnątrz trwa wojna, która w przeciwieństwie do wszystkich poprzednich bierze w swe śmiertelne objęcia niemal cały świat, mając na swym koncie już miliony ofiar... Dziewczyna, odwołując się do misji, jaką Amazonki zostały obarczone u zarania swego istnienia, usiłuje przekonać królową, że nadszedł moment powrotu, bo na pewno ich odwieczny wróg macza w tym wszystkim palce. Ta jednak odmawia, dając do zrozumienia, że świat nie zasługuje na ratunek, a córka myli się w ocenie sytuacji. Naturalnie księżniczka nie byłaby sobą, gdyby znów nie miała odmiennego zdania w jakiejś kwestii. I tak Diana wraz z ocalonym przez siebie żołnierzem ląduje w kompletnie obcej rzeczywistości – i zaczyna rozumieć, że to, co uważała za twarde fakty, to bajki, rojenia naiwnego dziecka, bo jakkolwiek by to banalnie nie brzmiało, nic nie jest czarno-białe. W utworze Patty Jenkins, oprócz całej masy wyśmienitej akcji i zarówno dramatycznych, jak i mocno komediowych scen, przykuwa uwagę proces, w którym księżniczka, stając się Wonder Woman, traci czystość duszy, dziecięcą niewinność, i choć zachowuje idealizm, odtąd jest on zabarwiony goryczą i cierpieniem. Choć to w zasadzie wyszło jej na dobre – naiwność nie popłaca, także superbohaterce.

W zmodyfikowanym settingu mamy do czynienia z wspomnianą już nowszą genezą Wonder Woman, ale wielka wojna światowa to ta numer I, a nie II (co stanowi pewne novum). Nie mogło zabraknąć kanonicznych dla serii person, czyli zawadiackiego Steve’a Trevora (Chris Pine) – to on jest owym lotnikiem – i Etty Candy (Lucy Davis), która w niniejszej adaptacji poprzez swe cechy charakterystyczne stanowi ukłon w stronę wcześniejszych odsłon uniwersum. Postać zmieniała się wskutek wielu konceptów – w późniejszych wersjach stała się nawet czarnoskórą żołnierką – tu zaś powrócono do pulchnej białej sekretarki o wielkim sercu i poczuciu humoru. Kreacja czarnych charakterów – sadystycznej chemiczki, doktor Maru (Elena Anaya), i psychopatycznego oficera Ludendorffa (Danny Huston) – portretowanych bardzo grubą kreską, a zarazem zapewniających widzom wiele humorystycznych scen w przerysowanym, groteskowym stylu, także jest ukłonem przed złotą i srebrną erą komiksu. To po prostu archetypy szalonego naukowca i diabolicznego generała. W filmie Jenkins mamy spotkanie starego i nowego, nieskomplikowanych postaci, które mają śmieszyć, tumanić, przestraszać, i postaci utkanych z odcieni szarości – Trevora oraz jego kompanów. Oczywiście ci drudzy też stanowią popularne zbitki wyobrażeń na temat nacji i profesji, ale to klisze naszych czasów, w których nie ma czystego dobra ani czystego zła.

Sama konstrukcja fabuły jest względnie prosta. Wstępem doń jest pamiętne zdjęcie przysłane Dianie Prince przez Bruce’a Wayne’a, które przywołuje wspomnienia, a w nich... Wonder Woman wraz z grupą towarzyszy bierze udział w planie powstrzymania „złoli”, sądząc, iż to doprowadzi ją do arcywroga, którego pokona, a potem wszyscy będą żyli długo i szczęśliwie, a na Ziemi zapanuje pokój. Po drodze pozbywa się większości złudzeń, uczy się, że wszystko zależy od tego, w co wierzy dany człowiek, bo ludzie mają w sobie skłonność do egoizmu i przemocy, choć z drugiej strony potrafią zrobić coś niebywale szlachetnego. Fabuła generalnie nie zawodzi, choć nie należy do idealnych. Wkradły się skazy, które albo są niedopatrzeniem reżyserki, albo artystycznym (artystowskim?) wpływem producenta – znanego nam już Zacka Snydera. Warto zaznaczyć, że w hollywoodzkich produkcjach reżyser często ma mniej do powiedzenia niż główny inwestor, zwłaszcza jeśli ta osoba też należy do grona twórców. O tym, że Snyder chętnie wrzucał swoje trzy grosze do procesu twórczego, świadczy tu częsta obecność typowych „snyderyzmów” – zwolnione tempo, zamrożone kadry z postacią w newralgicznej dla niej chwili i zbliżenia kamery na grymas twarzy. W większości przypadków to jednak nie wadzi, ponieważ prowadzi do malarskiego efektu, gdzie poszczególne sceny kojarzą się z komiksowymi kadrami w formie olejnych obrazów. Niektóre z nich otwarcie przechodzą w malowniczą grafikę lub wyłaniają się z ożywających obrazów. Wspomniane skazy to rozbicie dobrze stopniowanego napięcia poprzez zbyt długo trwającą sekwencję „łapania oddechu” pomiędzy modułami dramatycznej akcji oraz kontrowersyjna koncepcja doprecyzowania pewnej sceny, która powinna zostać niedopowiedziana, i wrzucenie jej do finałowej walki z głównym przeciwnikiem, co zaburzyło tempo.

Jeśli chodzi o malarski efekt, to jak pamiętamy, filmowe uniwersum DC utrzymane jest w bardzo mrocznej tonacji. Tu również mamy ponury świat, zadymione miasto, wyniszczone, pokryte pyłem i popiołem, szare przestrzenie, gęste cienie i deszcz, ale dla odmiany weszło trochę koloru (w sensie dosłownym i symbolicznym). Mamy szokujący kontrast między wyspą w zieleni, złocie i lazurze, a zewnętrznym chłodem i mrokiem. Wonder Woman, wkraczając w tę rzeczywistość, symbolicznie się od niej różni, bo choć barwy jej stroju są mocno stonowane w stosunku do komiksów, i tak zachowały ciepłą soczystość. Niesamowite wrażenie robią efekty specjalne, wspaniałe zdjęcia, rozległe panoramy wyspy, miasta czy pola bitwy. Wbijają w fotel popisy kaskaderskie – treningi Amazonek i walka na plaży Themysciry (której fragment znamy z trailera) to po prostu uczta dla oczu. Przy okazji warto wspomnieć, że choć Gal Gadot przyciąga wzrok silną sylwetką i budzi podziw koordynacją ruchów, świetnie i bardzo wiarygodnie wypadła również Robin Wright (znana teraz głównie jako małżonka Franka Underwooda), o wiele przecież drobniejsza. Nawet jeśli większość elementów scen akcji stanowi zasługę dublerek, to obie aktorki i tak muszą mieć godną podziwu kondycję.

W filmie Patty Jenkins ujmuje dramaturgia wydarzeń. W zasadzie na plan pierwszy wysuwa się humor – mamy tu i zgrabne, przezabawne dwuznaczności męsko-damskie w dialogach, i komizm sytuacyjny. Próby wyjaśnienia prostodusznej i praktycznej Dianie reguł świata, gdzie żyją dwie płcie, mężczyźni dominują, a kobiety podlegają opresyjnym dlań zwyczajom i społecznym oczekiwaniom, są naprawdę rozbrajające. To jedna z zalet filmu – seksizm jest przerysowany, a jednocześnie lekko pokazany, na zasadzie parodii i absurdu, a nie martyrologii (podobnie wyglądało to w świetnym serialu Agentka Carter z MCU). Widać, że taka konwencja bardzo pasowała aktorom wcielającym się w pierwszoplanowe postacie i doskonale wczuli się w role. Zwłaszcza Chris Pine, który nie budzi zachwytu w kinowych Star Trekach, tutaj gra wręcz obłędnie. Warto wspomnieć też o komediowych zagrywkach z nutką goryczy, spotykanych w kinie wojennym – występują tu specyficzne persony, jak szkocki snajper Charlie (Ewen Bremner), arabski blagier Sameer (Saïd Taghmaoui) i indiański przemytnik, zwany Wodzem (Eugene Brave Rock), którzy ukazują stereotypowy zestaw cech i przywar, budzący uśmiech na twarzach widzów, a zarazem mają swoje „drugie dno” (może to i dość płytki dołek, ale lepiej taki niż żaden) – Wodzowi doskwiera brak życiowego celu, Charlie cierpi na PTSD, a Sameer musi się zmagać z rasizmem Brytyjczyków.

Co można jeszcze powiedzieć? Bardzo dobra gra aktorska wspomnianych wyżej osób (może wyjąwszy Connie Nielsen, która nie zabłysła jakoś szczególnie) oraz niewspominanego dotąd Davida Thewlisa (Sir Patrick). Klimatyczna muzyka i udana charakteryzacja. Banalne i pretensjonalne, ale wcale nie głupie przesłanie, że tylko miłość ocali świat, bo faktem jest, że świat nie zginie dzięki ludziom, którzy mają serce i są skłonni do miłości bliźniego, a nie egoistom i mentalnym dresom. I drugie, przemycone między wierszami, że jeśli możesz przeszkodzić złu, ale nic nie robisz, to podobnie jak sprawca ponosisz odpowiedzialność (warto zwrócić uwagę, że decyzją Hippolity Amazonki de facto porzuciły swą misję na rzecz jałowego, choć niewątpliwie przyjemnego życia, a postępowanie Diany podkreśla ich błąd). Generalnie mamy do czynienia z dobrym, miodnym filmem (choć próżno się spodziewać kategorii R). Wonder Woman ma może kilka rys na swojej zbroi, lecz zapewnia wciągającą, dynamiczną przygodę z mnóstwem śmiechu, ale też dawką smutku i gorzko-słodkich chwil.

Najnowsze
Lubisz nas?