InformacjeRecenzja - konsole

Strażnicy w odcinkach - recenzja Marvel's Guardians of the Galaxy: The Telltale Series

... Jakub Zagalski

Drugi odcinek nastraja bardzo pozytywnie do przyszłości tego serialu.

Multimedialne adaptacje popularnych filmów, często towarzyszące kinowym premierom, były niegdyś na porządku dziennym. I niestety bardzo rzadko prezentowały zadowalający poziom, żeby tylko wspomnieć o E.T. na Atari, Street Fighter: The Movie czy Fight Club (tak, była taka gra). Od ładnych kilku lat gry powiązane z kinowymi premierami to rzadkość i choć wspominam o tym w kontekście nowej produkcji Telltale Games, to Marvel's Guardians of the Galaxy nie jest grywalną adaptacją Strażników Galaktyki vol. 2 (premiera 5 maja). Nie da się jednak ukryć, że data wydania pierwszego odcinka nie była przypadkowa i popularność filmu z pewnością pomoże sprzedać kilka kopii lub season passów.

Poza oczywistym wykorzystaniem tych samych postaci i uniwersum, Marvel's Guardians of the Galaxy: The Telltale Series nie ma nic wspólnego z fabułą filmu z 2014 roku, który tchnął nowe życie w komiksową serię Marvela znaną od prawie pół wieku. Projektując swój nowy serial Telltale nie odcięło się całkowicie od tego, co zaprezentowano na dużym ekranie, jednak zdziwi się ten, kto liczy na zobaczenie cyfrowej wersji Chrisa Pratta jako Star-Lorda. Gamora ze swoim żółtym "makijażem" również bardziej przypomina komiksowe wcielenie, aniżeli postać sportretowaną przez Zoe Saldanę.

To oczywiście drobiazgi, które jednak podkreślają, że Marvel's Guardians of the Galaxy: The Telltale Series nie należy łączyć z Marvel Cinematic Universe. Dzięki takiemu podejściu twórcy mieli dużą swobodę w pisaniu scenariusza i trzeba im przyznać, że potrafili ją wykorzystać.

Tangled Up In Blue

Pierwszy odcinek Marvel's Guardians of the Galaxy: The Telltale Series zaczyna się jak u Hitchcocka, przy czym rolę trzęsienia ziemi, po którym napięcie wzrasta, zastępuje motyw pościgu za Thanosem. Star-Lord, Gamora, Drax, Groot i Rocket angażują się w walkę z niszczycielem planet z pobudek, które określa gracz (choć to kosmetyczny wybór, bez większego przełożenia na fabułę), a tym samym rozpoczynają ciąg niezwykłych i całkiem zaskakujących wydarzeń.

Spotkanie z Thanosem następuje po jakimś kwadransie rozgrywki i pozwolę sobie nie opisywać dalszych wątków, by nie psuć wam ewentualnej zabawy. Nadmienię jedynie, że scenarzyści Tangled Up In Blue sięgnęli po kilka zaskakujących rozwiązań i autentycznie mnie zaintrygowali. Pierwszy odcinek pełni klasyczną rolę wprowadzenia z obowiązkową ekspozycją i nakreśleniem relacji między bohaterami. Z drugiej strony nie jest to kolejna historia, w której grupa bohaterów spędzi pięć odcinków na przygotowaniach do skopania tyłka głównemu antagoniście. A przynajmniej się na to nie zapowiada, bo kto wie, w jakim kierunku pójdą scenarzyści? Pewnym jest, że pierwszy epizod napomknął o kilku drugoplanowych postaciach, które mogą namieszać w przyszłości, a zarazem zapoczątkował dwa główne wątki, czekające na rozwinięcie w następnych odcinkach.

Pod względem rozgrywki Marvel's Guardians of the Galaxy: The Telltale Series to klasyczny serial wiadomego producenta, w którym interakcja sprowadza się w 90 procentach do wybierania kwestii dialogowych i klikania odpowiednich guzików w sekwencjach Quick Time Event. Poza kilkoma drobnymi nowościami (eksploracja z użyciem odrzutowych butów, Star-Lord strzelający dwoma pistoletami) to w dalszym ciągu ten sam schemat, powtarzany od kilku lat w licencjonowanych grach. Mając za sobą kilka wcześniejszych seriali Telltale, czułem znużenie grając w Strażników Galaktyki. W pierwszym odcinku pojawia się kilka dobrych momentów (sceny walki z naprzemiennym sterowaniem kilkoma bohaterami), ale w pamięć zapada też żmudna eksploracja i klikanie w elementy otoczenia. Marvel's Guardians of the Galaxy: The Telltale Series przypomina mieszankę przygodówki, visual novel i prymitywnej gry akcji, więc jeśli nie podeszły wam poprzednie seriale Telltale, to w Strażnikach Galaktyki również się nie odnajdziecie.

Tangled Up In Blue pokazuje, że producent nie dba o podążanie z duchem czasu i skupia się w głównej mierze na pisaniu wciągających scenariuszy. Historia to oczywiście siła napędowa tego typu gier, jednak jest mi autentycznie przykro, gdy muszę patrzeć na toporne animacje bohaterów i sztucznie wyglądające scenki. Przykładowo, akcja zainscenizowana w kosmicznej knajpie to przykry żart – miejscówka świeci pustkami, nieliczni NPC zachowują się jak manekiny i przez chwilę myślałem, że mam przed oczami scenkę z RPG-a sprzed kilkunastu lat. Tło się tutaj zupełnie nie liczy – ważni są główni bohaterowie i tych kilkadziesiąt linijek tekstu, które muszą wypowiedzieć z naszym udziałem.

Kolejnym minusem Marvel's Guardians of the Galaxy: The Telltale Series jest nieumiejętne wykorzystanie wątków humorystycznych. Kinowi Strażnicy Galaktyki dali się zapamiętać jako świetna komedia i widać, że twórcy gry chcieli pójść w podobnym kierunku. Niestety rzucanie dowcipami, poprzez wybieranie odpowiedniej kwestii, nie sprawdza się w praktyce (vide scenka w windzie). Całość brzmi sztucznie i jakiekolwiek one-linery tracą urok. Sporo dobrego robi w tym temacie Rocket, ale on sam nie jest w stanie uczynić z Tangled Up In Blue zapadającej w pamięć komedii. A szkoda, bo po cichu liczyłem na szczery śmiech przed telewizorem. Zamiast tego ze dwa razy uśmiechnąłem się pod nosem i kręciłem głową, patrząc na zmarnowany potencjał.

Pod względem scenariusza Tangled Up In Blue broni się jako odcinek, który intryguje i zachęca do odpalenia kolejnego epizodu. Niestety śledzenie historii wiążę się z koniecznością prowadzenia często nudnych i nieśmiesznych rozmów, które koniec końców mają umocnić jedne przyjaźnie kosztem drugich. Fani podejmowania kluczowych decyzji z dramatycznymi konsekwencjami będą zawiedzeni. Oczywiście Strażnicy Galaktyki to nie The Walking Dead i nie liczę, że scenariusz będzie zmuszał do odcinania kończyn czy zabijania pierwszoplanowych postaci, ale i tak jestem zawiedziony poziomem interakcji i znikomym ciężarem konsekwencji. Oczywiście scenarzyści mogą mnie jeszcze zaskoczyć, wszak na premierę czekają cztery kolejne epizody, jednak w tym momencie Marvel's Guardians of the Galaxy: The Telltale Series to dla mnie przede wszystkim zmarnowany potencjał i zmęczenie materiału.

Ocena pierwszego epizodu: 6.0

Under Pressure

Jak widać po powyższym akapicie, który pisałem kilka tygodni temu, Marvel's Guardians of the Galaxy: The Telltale Series rozpoczął się całkiem obiecującą, choć pod względem rozgrywki, humoru i strony formalnej pierwszy odcinek pozostawiał sporo do życzenia. Tym bardziej cieszy więc fakt, że drugi epizod zatytułowany Under Pressure (czy są tu jacyś fani Queen i Bowiego?) był zaskakująco lepszy, bardziej wyrazisty i przyjemniejszy w odbiorze.

Z oczywistych względów pominę zagłębianie się w szczegóły fabularne, ale muszę zaznaczyć, że w kontyuacji głównego wątku pojawiają się postacie znane z filmowych Strażników Galaktyki. Wprowadzenie ich (nie będę psuł niespodzianki, o kim mowa) na drugi plan wpływa istotnie na kształt scenariusza i nie należy ich traktować jako swoistego cameo. Za co należy się duży plus. Drugim elementem wartym podkreślenia jest dodanie zupełnie nowych postaci, które mówią nam sporo o przeszłości Rocket Racoonna.

Jak można się było wcześniej spodziewać, każdy z pięciu zapowiedzianych odcinków serialu Telltale Games będzie się w dużej mierze koncentrował na jednym z pięciu Strażników Galaktyki. W Under Pressure pierwsze skrzypce w dalszym ciągu gra Peter "Star-Lord" Quill - to jego wątek jest osią fabularną i to właśnie on znajduje się w centrum całego zamieszania. Niemniej jednak historia serialu jest tak skonstruowana, że poboczne wątki pozostałych Strażników splatają się w jedną całość. A przynajmniej taki wniosek można wysunąć po zapoznaniu się z fabułą drugiego epizodu, który rzuca nowe światło na przeszłość zgryźliwego Rocketa.

Ulubieniec wielu fanów Strażników Galaktyki nosi w sobie mroczną tajemnicę i zwykle unika rozmów na temat bolesnej przeszłości. Teraz możemy się przekonać dlaczego. Wątek Rocketa jest sprytnie wpleciony w główną opowieść i nie czuć, że jego wspomnienia są doczepione na siłę. Co więcej, twórcom udało się również opowiedzieć co nieco na temat relacji Gamory i jej złowieszczej siostry Nebuli, która pojawiła się na radarze po kluczowym wydarzeniu z pierwszego odcinka. Krótko mówiąc, Under Pressure pod względem zróżnicowania i zaskoczeń stoi na bardzo wysokim poziomie. Poszczególne wątki są wartkie i bardzo przemyślane. Zupełnie nie czułem przestojów, które doskwierały mi w poprzednim odcinku. Choć gdybym spędził trochę czasu na opcjonalnym zwiedzaniu statku i gadaniu ze wszystkimi członkami załogi, pewnie w końcu zacząłbym ziewać. Na szczęście w kluczowych momentach twórcy dają nam wolną rękę, czy chcemy pochodzić i pozwiedzać, czy od razu udać się w kierunku wyznaczonej planety.

Under Pressure zrobił na mnie lepsze wrażenie niż pierwszy odcinek, czego zupełnie się nie spodziewałem. Wartki i pomysłowy scenariusz nie daje się nudzić, podobnie jak sekwencje akcji w kosmosie i na pokładzie naszego statku. Widać wyraźnie, że twórcy gry chcieli pójść śladami Jamesa Gunna, reżysera filmowych Strażników Galaktyki, wprowadzając "muzyczne" sceny akcji. I chociaż nie dorównują one pamiętnym sekwencjom znanym z kina, to ekipie Telltale należy się plus za inicjatywę i chęć urozmaicenia dialogowej rozgrywki. Po Under Pressure nie spodziewałem się niczego szczególnego, tymczasem twórcy zapewnili mi bardzo przyjemny wieczór z padem w rękach i pokazali, że serialowi Marvel's Guardians of the Galaxy podążają w słusznym kierunku. Czekam na ciąg dalszy bardziej niż kilka tygodni temu.

Ocena drugiego epizodu: 7.8

Najnowsze
Lubisz nas?