InformacjeFelieton

Trafienie Krytyczne #14. Byk, dziewczynka i gry wideo

... Sławek Serafin

Wielka dyskusja o granice ingerencji w sztukę. I po co, skoro są gry?

W Ameryce trwa wielki spór o byka i dziewczynkę. A dokładniej o ich rzeźby, znajdujące się na Manhattanie tuż pod nosem giełdy na Wall Street. Szarżujący byk pojawił się tam pierwszy. Groźny, niepowstrzymany, straszny, był symbolem… tak w zasadzie to nie ważne czego był symbolem, bo zupełnie nie o to nam chodzi i nie będziemy się tu bawić w interpretacje tego dzieła sztuki. Był pierwszy, to jest kluczowe. Stał sobie, emanował siłą i w ogóle. I oto kilka tygodni temu naprzeciw niego stanęła, inna rzeźba, nieustraszona dziewczynka. Zmieniła kompletnie wymowę oryginalnego dzieła, przeciwstawiając się mu, tworząc coś całkiem nowego i innego. Autor rzeźby byka jest oczywiście oburzony. Obrońcy dziewczynki i tego, co ich zdaniem symbolizuje, są oburzeni jego oburzeniem. A reszta uczestników dyskusji bierze jedną lub drugą stronę i przytacza przeróżne, bardzo ciekawe zresztą, argumenty. I wszystko ładnie, pięknie, tylko że gdyby grali w gry, to by wiedzieli, że ten cały ich spór jest bez sensu.

Nowe technologie dały nam nowe media. Internet, gry i wszystkie pochodne oraz zbliżone. To duże uproszczenie, ale darujcie, nie będę się zagłębiał, żeby zachować przejrzystość wypowiedzi. Nowe media zmieniły nam kulturę. I to tak rewolucyjnie dość, bo przekształciły ją w coś innego. A właściwie inaczej odbieranego. Dawniej, przez całe wieki, dzieło było dziełem. Skończonym. Obraz, dramat, rzeźba, symfonia były tworzone od początku do końca. I już takie zostawały. Mogły być komentowane, mogły być naśladowane, można było tworzyć, i tworzono, na ich podstawie, ale każdy tekst kultury pozostawał zasadniczo jakąś całością nienaruszalną. Nawet jeśli podlegały zmianom, jak na przykład literatura tłumaczona na inne języki, to ogólna ich wymowa i znaczenie pozostawało takie samo. Tak było. Już nie jest, oczywiście. Bo nowe media przyniosły nam kulturę uczestnictwa.

Termin ten wprowadzony przez profesora Henry’ego Jenkinsa można w najprostszy sposób wytłumaczyć jako proces twórczy, w którym udział biorą także odbiorcy. Dawniej bierni, mogący jedynie interpretować dzieło na własny użytek w zasadzie, teraz, dzięki sieci, mogą być aktywni. Mogą wpływać na oryginalnych twórców w nieskończenie większym zakresie. I my, gracze, doskonale zdajemy sobie z tego sprawę przecież, czyż nie? Przykładów mamy setki. Weźmy jeden z najbardziej jaskrawych, czyli Counter-Strike’a, jedną z najbardziej popularnych, kultowych gier sieciowych. Counter to dziecko kultury uczestnictwa. Narodził się jako fanowska przeróbka trybu wieloosobowego Half-Life. I szybko przyćmił oryginał, kompletnie zmieniając jego wymowę i po latach skazując go na zapomnienie. Tego typu historii znamy mnóstwo. Kultura uczestnictwa w działaniu. Od lat. Niepowstrzymana. Ba, wręcz przeciwnie, przez wielu oryginalnych twórców przyjmowana z otwartymi ramionami. Są producenci gier, którzy modowania unikają jak ognia, jasne. Ale są też Bethesdy i Paradoksy tego świata, które robią wszystko, żeby tylko pozwolić społeczności tworzyć własną kulturę na bazie ich kultury.

Ale to zupełnie coś innego, niż tamto, zwróci ktoś uwagę. Co mają mody do Skyrima do byka i dziewczynki? Wszystko mają. Nieustraszona dziewczynka to nieoficjalny mod do szarżującego byka. Jej DayZ do jego ArmA. Totalna konwersja. I już jest pozamiatane. Nawet jeśli jakoś uda się doprowadzić do jej usunięcia, to nie przywróci do oryginalnego znaczenia temu konkretnemu tekstowi kultury, lecz tylko jeszcze bardziej zmieni jego wymowę i poszerzy pole do interpretacji. Takie działanie nie ma sensu. Tak samo, jak nie ma sensu ta cała gorąca dyskusja wokół ich obojga. Jest równie potrzebna, jak ożywiona wymiana poglądów na temat tego, jak powinno się nawigować Tytanikiem już po tym, jak uderzył w górę lodową. Już się stało. Kultura uczestnictwa nigdzie sobie nie pójdzie, wręcz przeciwnie, właśnie widać, że z nowych mediów przesączyła się do dawnych, z kultury popularnej, jaką są gry, do wysokiej, jaką jest rzeźba. Proces postępuje. I zatrzymanie go nie jest możliwe w żaden sposób. Spowolnienie też nie, bo wszystko wskazuje na to, że my, uczestnicy, w przyszłości będziemy tworzyć jeszcze więcej kultury. Nie ma już dzieł skończonych. Ba, nie ma też autora, w sytuacji, gdy dawniejszy twórca dzieła jest teraz już tylko osobą, która zapoczątkowuje cały proces jego kształtowania i przemian, dokonywanych przez wielu autorów. I jasne, można się oburzać, że ci kolejni wypaczają oryginał. Wściekłość twórcy szarżującego byka jest całkowicie zrozumiała. I głupia. Równie dobrze mógłby się dziecinnie gniewać na przypływ, który mu podmył zamek z piasku na plaży. I walczyć z morzem. Byli tacy, którzy próbowali. Historia śmieje się z nich do dziś, po dwóch tysiącach lat.

To już nawet nie jest kwestia tego, czy to dobrze, czy to źle, że tak się dzieje. Po prostu się dzieje. I, według mnie, to jest fantastyczne. Piękne nawet. Kultura nabiera dynamiki, staje się zmienna, dużo ciekawsza, dużo bogatsza. Jasne, płacimy za to dramatycznym spadkiem jej jakości, bo jak na razie uczestnicy ją tworzący jedynie w wyjątkowym przypadkach wykazują się odpowiednim poziomem kompetencji i umiejętności, by dane dzieło naprawdę rozwinąć, a nie jedynie upaprać czymś brzydkim, czego miejsce zasadniczo jest w muszli toaletowej. Ale i na to nie możemy narzekać. Bo przypływ i zamki z piasku. Tak już jest. Tak już będzie. Negowanie, walka, próby przeciwstawienia się nie mają absolutnie żadnego sensu. Z morzem się nie walczy. W morzu trzeba się nauczyć pływać.

I tak już abstrahując od rzeźb z Manhattanu, mam szczerą nadzieję, że coraz więcej producentów gier zaczynie się zwracać w kierunku tego pływania właśnie. I bardziej otwierać swoje dzieła na ingerencję graczy. Wiem, to powolny proces. Oni strzegą zazdrośnie integralności swoich gier, głównie przez pieniądze. To działanie wsteczne i skazane na niepowodzenie w dalszej perspektywie, ale zawsze są jakieś czynniki, które nie widzą, albo nie chcą widzieć, że Tytanik już rąbnął w tę górę i tonie. Tyle, że nam tu nic nie tonie, ani nikt nie ginie. Może oprócz korporacyjnych zysków. Ale chyba zgodzimy się, że one mało nas obchodzą. A co będzie z prawami autorskimi? Tutaj dopiero się będzie działo i to na ten temat rozgorzeją dyskusje, przy których ta, która zainspirowała mnie do tego felietonu, jest taka drobna, że w zasadzie jej nie ma. Najśmieszniejsze zaś jest to, że i ta kwestia jest już definitywnie rozstrzygnięta. W kulturze uczestnictwa nie ma miejsca na prawa autorskie w obecnej formie. Możliwe, że nie ma miejsca w formie jakiekolwiek. Ale już nie idźmy w tę stronę, bo i tak dziś było za ciężko, jak na ciche, spokojne, świąteczne popołudnie spędzane na gnuśnym trawieniu w cieniu grozy, jaki rzuca na nas nieunikniony powrót do pracy, szkoły czy tam innych obowiązków. Dziękuję za uwagę, do przeczytania za tydzień.

Powyższy felieton wyraża osobiste poglądy autora i nie może być utożsamiany z całą redakcją portalu

Najnowsze
Lubisz nas?