InformacjeFelieton

Kodowanie popkultury: korporacyjne tabu i PTSD

... Łukasz Wiśniewski

Dziś w ramach Kodowania Popkultury zajmiemy się pierwszą korporacją, a ponieważ punktem wyjścia będzie serial Tabu, pochylimy się i nad jego bohaterem.

Dzisiejszy felieton narodził się z dwóch powodów. Pierwszym było obejrzenie serialu Tabu, a drugim dosyć silny sprzeciw, jaki zrodził się w mej głowie po lekturze recenzji napisanej przez mojego redakcyjnego kolegę. Ogólnie w niektórych aspektach odbierania popkultury zdanie Kamila tyleż samo szanuję, co się z nim nie zgadzam. Tym razem drugiego elementu było więcej niż pierwszego. W sumie jednak jestem mu wiele winien, bo po lekturze recenzji nabrałem ochoty na napisanie kontry. A to na pewno pomogło mi zabrać się za tworzenie nowego cyklu felietonów. Oczywiście nie będę prostakiem i nie rozpocznę teraz wyliczanki, w czym mój redakcyjny kolega się pomylił. Po prostu zabiorę się za analizę kilku rzeczy, które z tym serialem są związane jak wojna z PTSD.

Nie jest tak, że zespół stresu pourazowego pojawił się nagle znikąd w 1980 roku. Wtedy po prostu współczesna psychologia znalazła narzędzia, by go kompleksowo opisać. Na tyle kompleksowo, by dołączyć PTSD do DSM-III, czyli rodzaju zestawienia chorób opublikowanego przez Amerykańskie Stowarzyszenie Psychiatryczne. Na tym etapie świadomość istnienia problemu była już bardzo duża, na tyle powszechna, że zaledwie dwa lata później PTSD zadebiutowało w popkulturze. Mówię oczywiście o bardzo ważnym obrazie Teda Kotcheffa Rambo - pierwsza krew. Nie śmieszkować mi teraz, nie ironizuję. O ile kolejne części opowieści o Johnie Rambo to już pulpa totalna, o tyle pierwszy film mówił o bardzo ważnym problemie. Właśnie o zespole stresu pourazowego, o niemożności dostosowania się weteranów do normalnego, powojennego życia. Specyficzna maniera aktorska Sylvestra Stallone'a pasowała idealnie do roli.

Historia ludzkości to historia wojen. Dłuższe okresy pokoju to ewenement (w Republice Rzymskiej drzwi do świątyni Janusa były otwarte, gdy trwała wojna - a zamknięto je... tylko raz), może dlatego wcześniej ludzie z PTSD nie byli aż tak widoczni, bo na weteranów czekały kolejne kampanie. Osobiście wręcz przychylam się do opinii, że po prostu ten zespół chorobowy był tak pospolity, że postrzegano to jako normę. Dopiero dłuższe okresy pokoju, w które obfitowała druga połowa XX wieku, uwidoczniły skalę problemu. Nie znaczy to jednak, że nie zdawano sobie z tego sprawy wcześniej, że nie było już dawno temu czegoś w rodzaju kompleksowej diagnozy, nawet w najważniejszych tekstach kultury. Na pewno doskonale rozpracował zespół stresu pourazowego William Szekspir, bo trudno o bardziej modelowy przypadek PTSD niż jego Henryk IV. Makbet też spokojnie może się zaliczać do terapii, bo przecież jego historię można czytać również jako zapis choroby, której towarzyszą realistyczne halucynacje.

No i w tym miejscu wreszcie czas napisać, skąd to PTSD w dzisiejszych dywagacjach. Otóż cała historia opowiedziana w serialu Tabu staje się dużo bardziej zrozumiała, gdy dostrzeżemy w postaci, którą mistrzowsko odgrywa Tom Hardy, ofiarę zespołu stresu pourazowego. James Keziah Delaney ma potworną przeszłość - nawet te strzępki informacji, które dostajemy, wystarczyłyby do tego, żeby prowadzący go psychiatra sam zaczął jechać na prozacu. Kiedy zdamy sobie z tego sprawę, zupełnie inaczej patrzymy na postać głównego bohatera i jego wizje. Czy faktycznie w swych wojażach dotknął nieznanego i stał się kimś w rodzaju szamana? A może po prostu dotknął jądra ciemności o jeden raz za dużo i to zniszczyło jego umysł? Gdy zaczynamy postrzegać Delaneya jak kogoś, kto dysponuje błyskotliwym intelektem, ale jest dotknięty PTSD (a przypomnę, że akurat on miał do czynienia z więcej niż jednym czynnikiem wywołującym ten stres, nie tylko z "normalną” wojną), ogląda się ten serial zupełnie inaczej.

Klucze, kody - to jest to, co zbieramy przez całe życie i co pozwala nam inaczej spoglądać na teksty kultury i nawet na radosne wykwity popkultury. A Tabu radosnym wykwitem nie jest. Zresztą te klucze to często rzecz bardzo osobista, ja ewidentnie używam pewnego wytrycha do historii fantasmagorycznych. Wytrycha psychologicznego. Swego czasu razem z Trashką, która obok Kamila ogarnia większość tematów filmowych i serialowych w redakcji, byliśmy na seansie Osobliwego domu pani Peregrine. Efektem tego była jej recenzja, w której jeden akapit pochodzi trochę ode mnie. Bo to ja ten film zobaczyłem inaczej, wyszedłem z seansu dławiąc się, niezdolny mówić. Dla mnie bowiem nie było cudownego domu i obdarzonych magicznymi mocami dzieciaków. Ja widziałem traumę człowieka, który zobaczył śmierć sierot i opiekunki, po czym dorobił do tego sobie mistyczną otoczkę. No i indukował swoją psychozę, swoje PTSD, wnukowi. Trashka w odróżnieniu ode mnie ma papiery na wymądrzanie się jako psycholog. Ona tego aż tak nie odebrała. Bo z kluczami jest tak, że nie są uniwersalne. Ale jedno jest uniwersalne: im lepsze dzieło, tym więcej kluczy do niego pasuje.

No dobra, czyli w potoku dygresji ustaliliśmy sobie, że serial Tabu zyskuje, gdy spojrzymy na głównego bohatera jako na osobę z PTSD. Serio, nawet jeśli widzieliście już całość, spróbujcie jeszcze raz z tym kluczem. Efekty mogą być zaskakujące, wiele scen zobaczycie w innym świetle. Spójność, jaka z tego wynika, świadczy, że raczej dobrze odczytałem zamiary twórców. Bo nawet jeśli Delaney jest szamanem, to i tak pozostaje zniszczonym weteranem. A jeśli nie jest? Cóż, serial przestaje mieć elementy fantastyczne, ale zyskuje coś innego. Czas na drugi wytrych. Jest nim Brytyjska Kompania Wschodnioindyjska. Pierwowzór korporacji, potężna spółka akcyjna, która nadała nowego znaczenia słowu “monopol”.

Kompania jest fenomenem i jednym z najpotężniejszych elementów kulturotwórczych cywilizacji Zachodu, nawet jeśli sobie z tego nie zdajemy sprawy. To, co zaczęło się jako związek ambitnych kupców, ewoluowało do poziomu pierwszej i najpotężniejszej w historii korporacji. W serialu Tabu to główny wróg Jamesa Delaneya. Walka, którą toczy bohater, to walka Dawida z Goliatem, że tak się odniosę do jednego z kluczowych tekstów kultury. Postaci odgrywanej przez Toma Hardy'ego sprzyja trochę czas. Bo rok 1813 to zarazem szczyt arogancji Kompanii, ale też i początek jej upadku. Dotąd zawsze uważano, że jest za duża, by upaść (nie macie skojarzeń z kryzysem roku 2007?). Kompania to nie tylko protokorporacja, ale i pierwsza firma z sektora PMC (prywatnych sił zbrojnych) - u szczytu swej potęgi posiadała armię prawie dwukrotnie liczniejszą od sił Imperium Brytyjskiego!

Nigdy później korporacje nie urosły aż tak bardzo. Właśnie dlatego, że Kompania Wschodnioindyjska stała się takim molochem. Wystraszyła polityków na długo. Ale zarazem zapłodniła umysły twórców. Bo czymże, jak nie pokłosiem potęgi owej pierwszej korporacji, są wizje znane z cyberpunka? To strach przed tym, że historia może się powtórzyć. Że korporacje i ich prywatne armie staną się potężniejsze od rządów. W serialu Tabu “Honourable East India Company” jest drwiną ze swej nazwy, bandą bogatych buców kierowanych przez pozbawionego zasad łotra. Komedia walczy z makabrą. Sporo historyków zaprotestowało przeciwko tak jednostronnemu przedstawieniu Kompanii w serialu produkcji BBC. Bo przecież bez niej Brytania nie byłaby Wielką, mówili. Bo przecież HEIC przyniosła rozwój wielu ziemiom dawnego Imperium. Ci historycy najwyraźniej mocno przespali XXI wiek, zanurzeni w minionych epokach. Bo Kompania nie ma dobrej prasy w popkulturze od dawna. Pal sześć przywołane przeze mnie korzenie korporacji cyberpunkowych. Mycie głowy odbywa się na wielu poziomach.

Trudno o lepszy przykład popkulturowego hot-doga niż seria filmów Piraci z Karaibów, a przecież tam Kompania to również zło. Siła, z którą bohaterowie muszą się mierzyć. Cokolwiek pierwsza korporacja uczyniła dobrego, nie przebija się to do kultury masowej. Stała się bowiem rodzajem personifikacji korporacyjnego zła, zagrożenia. Twórcy serii gier The Elder Scrolls powołali do istnienia Kompanię Wschodniocesarską, bazującą na niewolnictwie i wyzysku. W grach neutralnie na ten temat wypowiedzieli się jedynie Bryci z Creative Assembly i Finowie z Nitro Games. Swoją drogą miłośnikom wymagających strategii handlowych bardzo polecam tę drugą produkcję, zatytułowaną po prostu East India Company. Ale poza neutralnymi wyjątkami dominuje mroczna wizja złej korporacji.

HEIC została ostatecznie znacjonalizowana. W zupełnie niekomunistycznej Wielkiej Brytanii. Dziś prawa do nazwy posiada pewien sklepik prowadzony przez Hindusa przy Regent Street w Londynie - historia to też pewne poczucie humoru... No dobra, czas na coś w rodzaju pointy. Bohater serialu Tabu, James Keziah Delaney, ma na ciele wytatuowany akański symbol Sankofa “powrót i przyniesienie tego, co zapomniane, nie należy do taboo”, czyli: musimy powrócić i odzyskać swoją przeszłość, abyśmy mogli zrozumieć, po co i w jaki sposób staliśmy się tym, kim jesteśmy dziś. Właśnie tak. To jest kolejny klucz. Moim zdaniem zarówno PTSD, jak i władza korporacji to na pewnej płaszczyźnie wciąż trochę tematy tabu, mimo ich obecności w kulturze. Używając właściwych kluczy, możemy je odczarować.

Najnowsze
Lubisz nas?