InformacjeRecenzja - PC

Totalnie odradzam - recenzja FlatOut 4: Total Insanity

... Paweł Pochowski

W skrócie: grałem w nowego FlatOuta i chyba nie mam dla Was dobrych informacji...

W większości gier rozbudowany model zniszczeń jest czymś, czego wolimy zbyt często nie podziwiać. Bo jeśli fruwające w powietrzu części należą do naszego pojazdu ukończenie wyścigu staje się znacznie trudniejszym zadaniem. Oczywiście bywają wyjątki, a jednym z klasycznych są Burnout oraz FlatOut, choć o tej drugiej grze mało kto dziś pamięta. Spora zasługa w tym faktu, że seria choć start miała niezły, to po drugiej części skręciła na manowce. FlatOut 3: Chaos & Destruction było tak fatalną produkcją, że jestem zdziwiony, że ktokolwiek wpadł na pomysł zrobienia kontynuacji, ale stało się. Niestety, aby taka zabawa mogła udać się w pełni niezbędnych jest kilka podstawowych elementów. I jak możecie się domyślać po tonie mojej wypowiedzi, FlatOut 4 od Kylotonn Entertainment ma pod tym względem pewne braki.

Na papierze wszystko wygląda całkiem dobrze. We FlatOut bierzemy udział w wybuchowej serii wyścigowej – za wszelkie zniszczenia i wypadki na trasie przyznawany jest zastrzyk nitro, co umożliwia szybszą i agresywniejszą jazdę. Model zniszczeń zachęca do rozwałki, bo korzystają z niego nie tylko pojazdy, ale i spora część obiektów na mapie, przez co niszczymy wszelkie płoty, drzewa i garażowe drzwi w poszukiwaniu skrótów. Kariera nastawiona jest na wątek ekonomiczny podzielony między trzema wyścigowymi ligami, a poza nią bawimy się także online oraz w serii minigierek umożliwiających "strzelanie" kierowcą niczym kulą do bowlingu czy zawodami w stylu destruction derby, w których zwycięża ten, komu uda się dotrwać do końca. Teoretycznie rozgrywka powinna być dynamiczna i wciągająca, ale niestety po raz kolejny okazuje się, że diabeł tkwi w szczegółach. W przypadku FlatOut 4 to one zawodzą.

Osobiście największe pretensje mam o wkurzający system fizyczny. Odbija się to przede wszystkim na prowadzeniu samochodów, które uwielbiają wyskakiwać w powietrze albo obracać się wokół własnej osi po najmniejszej przeszkodzie albo zwykłej dziurze. To robi z rozgrywki loterię. Ciągłe zastanawianie się czy warto skorzystać z wyskoczni czy może totalnie skopany system amortyzowania spowoduje odbicie się auta od ziemi niczym piłki od asfaltu, dzięki czemu wylądujecie na dachu. Jedynym ratunkiem pozostaje wtedy przywrócenie na trasę i stracenie kilku cennych sekund, ale z tej opcji korzysta się znacznie częściej. FlatOut 4 trzyma w zanadrzu więcej podobnych niespodzianek, które utrudniają nie tyle rywalizacje, co po prostu jazdę na wprost – dla przykładu olbrzymia część porozstawianych przy trasie obiektów tylko czeka, by po lekkim zahaczeniu przystopować nasze zapędy do jazdy prosto i skorygować plany o mały, przymusowy restart.

Efekt jest fatalny, bo w pewnym momencie stwierdziłem, że przez większość czasu FlatOut 4 mnie po prostu frustruje. Bo co innego można czuć wobec gry, w której problemem staje się każdy zakręt czy najmniejsza przeszkoda? Zresztą, w jeździe prosto nie pomaga nawet model sterowania. Jeżeli pamiętacie pierwszą i drugą część FlatOut, to siadając do „czówki” możecie je zapomnieć, bo nie ma tu miejsca na zaawansowaną fizykę i przyjemny simcade. Pojazdy są wiecznie podsterowane i uwielbiają kręcić wszelkie obroty w najmniejszych zakrętach zupełnie niespodziewanie. Twórcy poszli w totalnie zręcznościowy model jazdy i nawet nie miałbym o to do nich pretensji, gdyby wykonali go z głową. Niestety tak się nie stało.

Model fizyczny zawodzi także po innym względem. Otóż na trasie znajduje się multum obiektów, które można niszczyć – metalowe czy drewniane bariery, kraty, drzwi do garażu przez które przebijamy się szukając skrótów czy szlabany. Teoretycznie fajnie, ale w praktyce model ich rozwalania zaczerpnięto z poprzedniego dziesięciolecia, dzięki czemu nie rozpadają się na małe kawałki, a pozostają raczej w sporej całości. W efekcie jedziemy sobie dziarsko pchając na masce szlaban kolejowy albo drewniany płot wielkości naszego auta, który nie reaguje na kolejne uderzenia.

Do ogólnej frustracji z zabawy przyczynił się także fakt, że deweloperzy z Kylotonn Entertainment nie błysnęli opanowaniem tematu użyteczności dla gracza. Nieintuicyjnie udało im się nawet zaprojektować menu główne. Być może uznacie mnie za malkontenta, ale dość mocno zdziwił mnie komunikat o odblokowaniu nowej zawartości wyświetlane po wyścigu w menu kariery, którego nie da się pominąć przez pierwsze dwie sekundy. Pewnie to zabezpieczenie przed przypadkowym pominięciem, ale w efekcie zdarzało się, że po pół minuty siedziałem przed konsolą przeklikując się jedynie przez kolejne informacje o nowym lakierze czy zawodach. Ale to nie koniec. Dobrze zaprojektowana gra intuicyjnie popycha gracza w odpowiednim kierunku. FlatOut 4 to natomiast pierwsza wyścigi od lat, w których poustawiane przez twórców drogowskazy totalnie wprowadzały mnie w błąd. Mapy i trasa przejazdu są nieczytelne do tego stopnia, że to momentami to minimapa informowała mnie, w którą stronę zmierzać, bo jadąc „na oko” zbyt łatwo o pomyłkę.

Pozostaje jeszcze jeden aspekt, w którym FlatOut 4 nie dorównuje swoim poprzednikom. FlatOut i FlatOut 2 prezentowały graczom naprawdę atrakcyjną oprawę wizualną, która w drugim przypadku wykonana była szczególnie efektownie. Nasycone kolory, wybuchy, fajerwerki, zniszczenia – na ekranie działo się sporo. W przypadku najnowszej części niestety tak nie jest. Trudno nazwać grę szczególnie brzydką, ale ładnością to ona nie grzeszy. Tyczy się to niestety także wizualnych zniszczeń, które kiedyś w tej serii były mocnym punktem. Dodatkowo wersja na Xbox One wczytuje się raczej długo i działa w 30 klatkach na sekundę z okazjonalnymi spadkami.

I w ten sposób dochodzimy do podsumowania. FlatOut 4 jest lepszy od poprzednika, ale słabszy od dwóch pierwszych części, które potrafiły dać emocjonalnego kopa za sprawą przyjemnie zręcznościowego modelu jazdy, niezłej fizyki i atrakcyjnej oprawy audiowizualnej. Tym czasem nowy tytuł naprawdę dobrze nie robi chyba nic. Ogólna przeciętność to największa wada tej produkcji i zarazem powód, dla którego raczej odradzam Wam jej zakup. Łatwo o sensowną alternatywę chociażby pokroju DiRT Shwodown, który odstaje poziomem od reszty produkcji z serii DiRT, ale pod względem grywalności bije FlatOut 4 o głowę, a zabawę oferuje podobną. Szczególnie pod względem destruction derby. Ogólnie, to praktycznie każda inna wyścigowa gra będzie lepszym wyborem. A sugerowana cena detaliczna 259 złotych zakrawa w tym przypadku o żart.

Xbox OneFlatOut 4: Total Insanity

  • kariera z możliwością kupowania i ulepszania samochodów
  • czasem rozwałka daje radochę, choć nie trwa to długo
  • minigierki
  • wkurzający system fizyki, który wyrzuca auto w powietrze przy byle zderzeniu
  • model sterowania z tendencją do podsterowności
  • słaba grafika
  • nieintuicyjne wykonanie
  • długie loadingi
  • max 30 fps

Totalne Szaleństwo - tak najlepiej skwitować pomysł zakupu tej gry

Najnowsze
Lubisz nas?