InformacjeRecenzja - PC

Dmuchana buła z innej galaktyki. Recenzja Mass Effect: Andromeda

... Sławek Serafin

Pięć lat czekania na nowego Mass Effect. I okazuje się, że niestety nie było warto. BioWare spadło do drugiej ligi.

Na przekór sobie wierzyłem w Mass Effect: Andromeda. Nie jestem wielkim fanem serii, ale grałem we wszystkie części i nawet jeśli na każdą marudziłem w recenzji, to można powiedzieć, że jednak trochę ten cykl lubię. I spodziewałem się fajnych rzeczy po Andromedzie. Głównie dlatego, że zakładałem, że BioWare ma ambicję. Ambicję, na którą im wszedł CD Projekt RED ze swoim Wiedźminem. I że teraz dawni mistrzowie zbiorą się w sobie, naprężą muskuły, zacisną szczęki i wydalą z siebie coś, co wszystkim niedowiarkom otworzy oczy i udowodni, że legenda tego studia nie jest tylko echem przeszłości. Krótko mówiąc, liczyłem na epicki pojedynek o koronę królów gier RPG. I się srodze przeliczyłem. Mass Effect: Andromeda to pozbawiony polotu przeciętniak, który nie tylko nie ma jak się równać z Wiedźminem 3, Horizon Zero Dawn i nową Zeldą, ale też jest najsłabszą częścią całego cyklu Mass Effect. Zaskoczenie, nie? I to z gatunku tych mało przyjemnych.

Jedna z pierwszych scen gry. Elitarny oddział zwiadowczy, którego jesteśmy częścią, sama śmietanka, najlepsi z najlepszych, schodzi do lądowania na pierwszej obcej planecie w nowej galaktyce. Promy wchodzą w atmosferę. Jest widowisko, są emocje. A ja się biedny zastanawiam, czy ci pionierzy nie są jakoś upośledzeni po 600 latach w kriokomorach, bo zamiast jak każdy zdrowy umysłowo człowiek, siedzieć w fotelach przypięci pasami, stoją sobie przy oknie i podziwiają widoki. Owszem, na swoje wytłumaczenie mogli by mieć fakt, że w promach ani foteli, ani pasów nie było, ale… ale oczywiście coś tam trzaśnie, coś wybuchnie i oto dwójka z nich zostaje wyssana przez pęd powietrza, bo oto właśnie z promu odpadła część poszycia, tak jakby był produkcji chińskiej lub polskiej. Kto by się tego mógł spodziewać? Na pewno nie elita zwiadowców. No skąd.

Mass Effect zawsze był głupiutki. Zawsze było w nim bardzo mało science i dużo naiwnej a jednocześnie traktującej się zbyt serio fiction. Od niedorzeczności i nielogiczności się roiło w tej serii od pierwszej części. Ale można było na nie przymknąć oko warunkowo, bo te gry miały swój styl, swoją wizję, swój klimat i tak dalej. I wielka szkoda, że Mass Effect: Andromeda nie kontynuuje tej tradycji. To znaczy, owszem, gra jest durna niesłychanie, to akurat zostało zachowane w stanie nieskazitelnym. Nic tu się nie trzyma kupy i aż śmiać się chce, gdy śmietanka ludzkości, weterani i elita zachowują się jak banda niekompetentnych amatorów, średnio rozgarniętych również na dodatek. Ale choć tu Andromeda jest wierna swoim korzeniom, to niestety zawodzi na innych polach. Nie ma ani stylu, ani wizji, ani klimatu. A raczej ma. Te ściągnięte od poprzedników. Gra miała być nowym początkiem, nie? Nowa galaktyka, nowi bohaterowie, nowy rozdział wielkiej kosmicznej sagi. Tak być miało. A jak jest? Cóż, nie ma nic nowego. Nic. Serio. Zupełnie nic, jeśli nie liczyć plecaków rakietowych. Andromeda jest tak boleśnie pozbawiona kreatywności, polotu i własnych pomysłów, że aż chce się oczy ze zdumienia przecierać.

Początek jeszcze nie jest taki zły. Całkiem zgrabnie wytłumaczono o co chodzi z tą wyprawą do innej galaktyki, wplatając tę historię w ogólną narrację sagi. I pierwsze godziny zabawy są naprawdę w porządku. Dzieją się rzeczy, są dramaty, pojawiają się zagrożenia i tajemnice. I przez chwilę wydaje się, że będzie dobrze. Że będzie ciekawie. Że będziemy się dobrze bawić. A potem się okazuje, że nie. Mass Effect: Andromeda ma mnóstwo problemów. A pierwszym z nich jest to, że nowa galaktyka jest bardziej nudna i mniej różnorodna niż stara. Drugim to, że nowi bohaterowie są piątą wodą po kisielu w porównaniu ze starymi. A trzecim fakt, że nowy rozdział sagi to przepisane na kolanie poprzednie rozdziały, w których tylko podmieniono nazwy własne. Każda z tych rzeczy osobno byłaby dość sporą wadą. A razem? Razem są po prostu porażką. Mass Effect: Andromeda to jedno wielkie rozczarowanie. I dmuchana buła na dodatek.

Znacie dmuchane bułki, nie? Wiecie, takie z marketu, najtańsze, co to wyglądają na duże i ładne, a potem jak się je przekroi, to się okazuje, że wypełnione są głównie powietrzem? Na pewno znacie. Nic do nich nie mam, żeby nie było, bo w ogólnym porządku wszechświata jest również miejsce dla sprzedawanych za grosze dmuchanych buł. I Mass Effect: Andromeda jest jedną z nich. Faktycznej zawartości, takiej fabularnej i w miarę interesującej, jest tu na kilkanaście godzin grania tak mniej więcej. I gdyby to było wszystko, co się w grze zawiera, to nawet pomimo porażającego braku kreatywności i tego, że gra jest zwyczajną kopią wszystkich poprzednich produkcji BioWare, jakoś by się jeszcze dało grać. Niestety, nowy Mass Effect został bezczelnie nadmuchany. Oprócz kilkunastu godzin jakichś tam powiedzmy, że trochę atrakcyjnych misji ,mamy w grze dwa, a może nawet trzy razy tyle powietrza. I to takiego stęchłego. Trzy czwarte zadań i czynności, które zostaną nam zlecone, to zwykłe śmieci. Coś całkiem zbędnego. Sztuczne wypełnienie gry w celu powiększenia jej rozmiaru. Misje w których sami nie wiemy po co biegamy od punktu A do B i z powrotem, misje w których mamy zebrać ileśtam czegośtam, misje w których gdzieś idziemy i coś robimy, choć nie ma to kompletnie żadnego uzasadnienia sensownego. Śmieci. Po prostu śmieci. Nie oczekuję, że każde poboczne zadanie będzie fabularną perełką jak w nowym Tormencie… choć byłoby super, gdyby było. Ale nie przesadzajmy i nie wymagajmy zbyt wiele. Ale też się szanujmy trochę. Serio mam podróżować na obce planety, żeby na każdej postawić jakiś tam nadajnik, bo jakiemuś trzeciorzędnemu cieciowi w bazie się tak uwidziało? Ale serio? Co to ja innych obowiązków nie mam?

A przecież mam. To znaczy, tak mi się wydaje. Ryder, główna postać Mass Effect: Andromeda, to tak zwany Pionier, czyli dowódca oddziałów zwiadowczych Inicjatywy Andromeda. Dość szybko się okazuje, że tenże Pionier tak naprawdę decyduje o wszystkim, bo cywilizacje Drogi Mlecznej postanowiły wysłać na Andromedę bandę niekompetentnych, kłótliwych baranów, którzy z niczym sobie nie radzą i trzeba ich niańczyć i zmieniać im pieluchy. Na naszych barkach spoczywa odpowiedzialność za losy wszystkich kolonistów. I już mi żal tych skubańców, bo Ryder to postać tak idealnie pozbawiona charakteru i jakiejkolwiek charyzmy, że aż słabo się robi. Nowy system dialogowy, który pozwala odpowiadać w czterech różnych tonach, idealnie pokazuje, że Ryder nic nie wie, nic nie umie i potrafi się tylko ze wszystkim zgadzać na cztery różne sposoby. Nasza główna postać jest jak zagubiony w kosmosie nastolatek, który zupełnie przypadkiem robi jakieś rzeczy i się okazuje, że akurat się udało. To by może i raziło jakoś, podobnie jak całkowite wypranie z charakteru, gdyby nie to, że wszyscy inni dookoła są na dokładnie tym samym poziomie. Nie wiem, kto by wygrał zawody na najmniej ciekawą, wiarygodną i naturalną postać w grze – Ryder czy też członkowie drużyny Pioniera. Są tak bezbarwni i nijacy, że autentycznie zatęskniłem za składającą się z płaksiwych emo obsadą Normandii z Mass Effect 2. Nie mogłem ich znieść, ale przynajmniej wzbudzali jakąś reakcję. A ci tutaj? Obojętność. Każda jedna z postaci jest płaska, płytka i po prostu nieciekawa. Jeśli najbardziej spójną i interesującą osobą na pokładzie naszego zwiadowczego okrętu jest generalnie dość nudny i jednowymiarowy pilot, to znaczy, że coś poszło nie tak. A w Mass Effect: Andromeda bardzo wiele rzeczy poszło nie tak.

Gry ma się serdecznie dość już po kilkunastu godzinach, jeszcze przed półmetkiem. Po tych pierwszych misjach, po tym jak się rozgrywka otwiera i możemy zaznać nieco swobody, okazuje się, że rzeczywiście, jesteśmy wolni. Wolni, by lecieć gdziekolwiek i robić tam ciągle te same, nudne rzeczy. Czyli głównie walczyć. Albo z wszechogarniającą monotonią śmieciowych questów, albo z przeciwnikami, którzy są tak sztampowi, że aż chce się im wszystkim skrócić cierpienia, żeby już dalej nie musieli istnieć i być dowodem na to, jak bardzo projektanci BioWare są pozbawieni wyobraźni. A potem zbieramy ten cały złom, który wypadł ze zwłok lub który znaleźliśmy w skrzynkach i przez kilka godzin szarpiemy się z nieczytelnym, źle zaprojektowanym interfejsem, żeby to sobie jakoś poukładać dla wygody. No nie jest dobrze. Jest w porywach znośnie, a bez porywów słabo. Niby walka jest całkiem w porządku i przyjemnie się strzela, ale tylko na przeciętnym poziomie trudności, bo wyższe bezlitośnie obnażają wrodzony kretynizm naszych towarzyszy.

Jasne, można poszukać emocji w trybie misji kooperacyjnych, ale wystarczy rozegrać jedną, by się przekonać, jak bardzo podrzędna, bezcelowa i nieciekawa jest ta opcja. Także ta szumnie zapowiadana eksploracja nowych planet nie daje żadnej satysfakcji, bo choć widoki są ładne, to nie ma szans, żebyśmy odkryli coś naprawdę ciekawego. Wszędzie jest to samo i tak samo. Duże, otwarte lokacje, przypominające te z Dragon Age: Inkwizycja swoją konstrukcją i koncepcją, bardzo szybko stają się przytłaczającym świadectwem braku polotu autorów i bolesnym przypomnieniem, że w Mass Effect: Andromeda musimy przez kilka godzin grzebać w jakichś ekskrementach, żeby się tylko coś w końcu wydarzyło. A jak już się wydarzy, to jesteśmy tak wdzięczni, że wreszcie postąpiliśmy o krok do przodu na tej drodze przez ciernie, że nawet już nam nie przeszkadza, że bierzemy udział w kosmicznej przygodzie napisanej dla uczniów szkoły podstawowej i obrażającej inteligencję każdej osoby, która ma jakiekolwiek pojęcie o science-fiction lub też grała w dowolną grę RPG wydaną w ciągu ostatnich kilku lat.

Mass Effect: Andromeda to, jak już wcześniej powiedziałem, dmuchana buła. Tyle, że sprzedawana jako wykwintne pieczywo z wyższej półki. I ja osobiście czuję się oszukany. Takie szumne zapowiedzi, takie nakręcanie spirali oczekiwań, takie łechtanie fanów serii. A wyszło coś, co jest przeciętne tylko i wyłącznie dlatego, że BioWare miało duży budżet i w miarę zadbało o kwestie techniczne, więc wszystko nieźle wygląda i znośnie działa, co jest niekwestionowanym plusem w sytuacji, gdy cała reszta gry to mniejsze lub większe minusy. Jasne, są gorsze gry od Mass Effect: Andromeda. Nawet przy tym całym swoim braku jakiejkolwiek oryginalności, pomysłów i polotu, nowe dziecko BioWare jest lepsze od różnych koślawych erpegowych potworków produkowanych przez jakieś trzeciorzędne studia. Ale to nie zmienia faktu, że legendarni twórcy Baldur’s Gate, Knights of the Old Republic, Dragon Age i Mass Effect właśnie spadli do drugiej ligi. Ich gra nie ma żadnego startu do konkurencji z wyższej półki. Z wierzchu się prezentuje nieźle jeszcze, ale pod markowym opakowaniem mamy produkt zubożony, niedbale wykonany i będący kopią. I to niestety nie kopią liderów gatunku, ale swoich przestarzałych już poprzedników. Smutne to trochę. Ja jednak liczyłem na podjęcie walki o panowanie na rynku RPG, i naprawdę nie spodziewałem się, że BioWare zrobi z kontynuacji było nie było porządnej serii Mass Effect, coś, w co po prostu nie chce się grać.

PCMass Effect: Andromeda

  • na ogół ładnie wygląda
  • niezły początek
  • solidna strona techniczna
  • strzela się całkiem przyjemnie
  • sporo opcji produkcji własnego sprzętu
  • fabuła dla przedszkolaków
  • kiepskie misje, dialogi i bohaterowie
  • Ryder kompletnie bez klasy i charyzmy
  • 75% zawartości to śmieci
  • podrzędny multiplayer
  • jedna wielka kalka wszystkiego, co już znamy z gier BioWare

Per astra ad aspera, czyli jak BioWare relegowano do drugiej ligi

Najnowsze
Lubisz nas?