InformacjeBez prądu - film

Recenzujemy film Gold ku Waszej przestrodze

... Kamil Ostrowski

Materiał na świetny film, niestety rozmyty przez nijakość i brak ikry wszystkich poza odtwórcą głównej roli.

Matthew McConaughey to strasznie specyficzny przypadek. Nie dość, że przeliterowanie jego nazwiska z pamięci graniczy z cudem, to jeszcze przeszedł jedną z najbardziej spektakularnych transformacji we współczesnym kinie jakie kojarzę. Wypłynął na kiepskich filmach, a przede wszystkim na głupawych komedyjkach w stylu Jak stracić chłopaka w 10 dni czy romansidłach jak Duchy moich byłych, aby wreszcie po latach tułania się na granicy kina klasy „C” i „B” wejść do ścisłej czołówki. Rola życia w Dallas Buyers Club przedstawiła McConaughey’a bardziej wymagającej widowni, a Interstellar i True Detective ugruntowały jego pozycję. Aktor jest żywym dowodem na to, że ciężka praca popłaca, a warsztat warto szlifować latami, aby go wreszcie wykorzystać w zbożnym celu. Ma jeszcze inne zalety, jak chociażby zrównoważone poglądy polityczne i bardzo mądre podejście do życia, ale wystarczy już tego słodzenia, bo pomyślicie że się zakochałem, a ja go po prostu już na początku usprawiedliwiam za to, że wystąpił w Gold.

Powiem szczerze, że widząc nazwisko odtwórcy głównej roli niemalże za pewniak przyjąłem, że będzie to dobry film. Przez pierwsze minuty jeszcze buzowała we mnie nadzieja, kolejne pół godziny się oszukiwałem, ale gdzieś w połowie seansu musiałem już to przyznać – Gold się nie udał. Nie ma w tym miejscu jednak wcale przewinienia odtwórcy głównej roli. Zabrakło umiejętności, ducha czy też chęci, aby zrobić z tego coś więcej niż film, który za dwa lata będzie głośną premierą w TVNie.

Twórcy Gold wzięli na warsztat naprawdę atrakcyjny materiał. Film opowiada historię Kenny’ego Wellsa. Nie jest to postać autentyczna, aczkolwiek wzorowana jest na Davidu Walshu – kontrowersyjnym kanadyjskim poszukiwaczu złota, który swego czasu założył spółkę Bre-X, znaną także jako „największy skandal kanadyjskiej giełdy”. Więcej na temat tej afery nie będę zdradzał, bo fabuła Gold to w gruncie rzeczy przełożenie w najważniejszych elementach, niemalże jeden do jednego, jego historii.

Wracając jednak do filmu – Kenny po paru przebojach zawodowych chwyta się ostatniej deski ratunku – rusza do Indonezji szukać złota w miejscu, które podarowały już sobie inne duże firmy. Mając u boku zaufanego geologa Michaela Acostę, starają się zmienić swoje życie, pokonując po drodze szereg przeciwności losu. Jak możecie się domyślać, odnalezienie drogocennego kruszcu to dopiero początek drogi, bo za rogiem czają się już rekiny biznesu, gotowe orżnąć dorobkiewiczów na każdym kroku.

Nie ma nic złego w pokazaniu gorączki złota, gorączki gotówki czy chęci szybkiego wzbogacenia się w ogóle. Świetnie ten temat potraktował Martin Scorsese w Wilku z Wall Street. Tamten obraz był o tyle specyficzny, że pokazał złowrogo-śmieszną, zepsutą do cna stronę tego świata. Gold jest pod tym względem o wiele bardziej jednoznaczne moralnie – główny bohater uczestniczy w grze zwanej powszechnie „amerykańskim snem”, niemalże podręcznikowo wedle zasad neoliberalnego kapitalizmu. Ciężka praca i podejmowanie ryzyka może skutkować fortuną, prawda? Przynajmniej tak mnie uczono w liceum na podstawach przedsiębiorczości. Statystycznie rzecz biorąc to kłamstwo, ale to już inna kwestia (raz wypracowanej fortuny nie sposób już w zasadzie roztrwonić – statystycznie rzecz biorąc nowi bogaci pojawiają się natomiast niemalże wyłącznie w czasie dużych przemian społecznych).

Sęk w tym, że zupełnie nie czułem, aby motywacja głównych bohaterów była w jakikolwiek sposób przekonująca. Główny bohater w pewnym momencie stara się dorobić do swojej gorączki złota zupełnie niepotrzebną filozofię, jak gdyby odkrywając przed sobą i przed nami, głębszy sens pogoni za żółtym kruszcem. Motywacji jego kumpla nie rozumiałem zupełnie, nie mówiąc o drażniącej od początku do końca postaci Kay – dziewczyny Kenny’ego. Sytuacji nie ratują inne postaci drugo czy trzecioplanowe, bo jest ich zwyczajnie jak na lekarstwo.

I chociaż Matthew McConaughey ma mnóstwo okazji aby się popisać i ostatecznie odrobinę ciągnie ten wózek, tak z Gold nie da się zbyt dużo wykrzesać. Film jest po prostu źle napisany, niemalże bez pomysłu, bez tempa i bez wizji, która pozwoliła by tchnąć w niego jakiekolwiek ducha. Po seansie miałem wrażenie, jakbym przeczytał bezpłciową notatkę z Wikipedii. Ba, powiem więcej – po seansie przeczytałem notatkę z Wikipedii na temat Davida Walsha i Bre-X i była ciekawsza od filmu.

Nie idźcie na Gold – nie ma po co. Czeka Was tylko nuda, której nie ratuje dorabiana na kolanie filozofia, ani niezłe aktorstwo odtwórcy głównej roli. Materiał wzięty na warsztat zachęca, kiedy przeczytać suchy opis filmu, ale samemu obrazowi brakuje jakiegokolwiek charakteru, efektem czego ciężko jest wymienić chociażby jedną wartą zapamiętania scenę. Krótko mówiąc: meh.

Najnowsze
Lubisz nas?