InformacjeFelieton

Mój pecet to złom i wciąż mi z tym dobrze

... Kamil Ostrowski

Czasami najlepszą decyzją, jest odłożenie decyzji. Moją nie-decyzją było odłożenie upgrade’u komputera do grania o ponad rok.

Pora ma małe wyznanie. Mam wiekowego peceta. Nie jest to maszyna do pisania, ale z pewnością jest daleki od urządzenia, którego byście się spodziewali po „dziennikarzu growym”. Całość składałem w… 2014 roku. Procesor kupiłem z górką, także jest on najmniejszym problemem, ale już karta graficzna dzisiaj byłaby do znalezienia w sieci za pięćset złotych. Nowa. Do tego standardowe osiem gigabajtów pamięci RAM, dysk twardy 1TB i mały SSD na system i parę najważniejszych aplikacji. To tyle, całość mało imponująca, a już na pewno nie wystarczająca, aby odpalać najnowsze produkcje w 4K i 60 fpsach na sekundę. I jak tu żyć? Cóż, mi się żyje całkiem dobrze, a co lepsze/gorsze – nie czuję jakiejś ogromnej presji, aby ten stan rzeczy zmieniać.

Dlaczego miałbym? Pomimo kilku lat na karku nie mam problemów z tym, aby praktycznie każdą nową grę odpalić na średnich detalach w 1920x1080, czyli standardowym fullHD. Najnowsze produkcje spokojnie trzymają w tych ustawieniach płynność wystarczającą do komfortowej gry. Ten stan rzeczy nie zmienia się w zasadzie od 2014 roku, kiedy to cieszyłem się, że na medium wszedł mi Wiedźmin 3: Dziki Gon. Wizualnie gry też są podobne, więc nie ma się czemu dziwić. Wtedy musiałem godzić się na pewne kompromisy, ale gra i tak wyglądała lepiej niż na konsolach. Dzisiaj jest identycznie. Czy to jest normalne, żeby w ciągu paru lat nie odnotować praktycznie żadnego wzrostu presji na zakup nowego hardware’u? Nie zrozumcie mnie źle, poniekąd mnie to cieszy, bo mogę odłożyć zakup nowego sprzętu na trochę później, zainwestować w inne rzeczy, ostatnio w samochodzie poszła mi pompa układu wspomagania, ale nie powinienem… no nie wiem – czuć się źle?

Moje podejrzenie pada oczywiście na wspomniane wyżej konsole. Sprzęt składałem niedługo po premierze ósmej generacji – parę miesięcy po tym jak na dobre na rynku zagościły PlayStation 4 i Xbox One. Wtedy mój pecet w gruncie rzeczy odpowiadał mocy obliczeniowej sprzętów Sony i Microsoftu (po wzięciu poprawki na hardware’owe uwarunkowania, zamknięty charakter konsol, etc.) z pewnym zapasem. Widać w tym wypadku, że punktem odniesienia, pewnym złotym środkiem, pozostają konsole i sprzętowe odpowiedniki konsol w środowisku komputerów osobistych. Dopóki konsole nie pójdą do przodu, pecety też stoją, niezależnie od tego co słyszycie od producentów kart graficznych, procesorów i innych komponentów.

Nie ma większego rozwoju, także nie ma większej presji sprzętowej, pod warunkiem że nie marzy Wam się podłączenie do peceta gogli VR, albo przesiadka na wyższe rozdzielczości, windowanie ustawień antyaliasingu czy instalacja paczek bardziej szczegółowych tekstur. To już zabawa dla niewielkiego grona, o czym wiedzą zresztą twórcy gier, bo przecież w przeciwnym wypadku gry chodziłyby tylko w high-mega-ultra i 8K.

Nie widzi mi się specjalnie kupowanie nowych kart graficznych tylko dlatego, że pojawiły się nowe, które w zamian za grubych parę tysięcy pozwolą mi na wyświetlenie nieco ładniejszych tekstur i przesiadkę z trzydziestu na sześćdziesiąt klatek. Nie żebym był z tych, którzy dają się nabrać na teksty o „kinowych wrażeniach”, albo że nie widzę różnicy pomiędzy 30 a 60k/s. To zwykły rachunek ekonomiczny – nie czułbym, że wydane pieniądze były warte tej różnicy. Inną sprawą jest, że od lat najwięcej czasu spędzam przy tytułach niezależnych. Gry „AAA” z paroma chlubnymi wyjątkami praktycznie zawsze mnie rozczarowują, jako mało oryginalne, nijakie, nudne papki odrysowywane do roku od kalki.

Nie twierdzę od razu, żebyście peceta wymieniali z częstotliwością pojawiania się na rynku nowych konsol, bo to oczywista przesada. W pewnym momencie dochodzi do tego, że twórcy gier w tworzeniu produkcji pecetowych oddalają się od poziomu prezentowanego przez konsole (i nie ma w tym nic uwłaczającego dla konsol). Dopóki jednak ten moment nie nadejdzie, mamy okres stagnacji. W mojej opinii ten stan wciąż trwa, skutkiem czego mój pecet wciąż jest tak samo dobry jak był dwa lata temu, kiedy z sukcesem odpalałem wspomnianego Wiedźmina 3.

Wybiegając jednak w przyszłość o parę, paręnaście miesięcy – zdaję sobie sprawę z tego, że nieuniknione nadchodzi. Magiczny akronim „4K” coraz częściej krąży w mediach, pojawiło się PlayStation 4 Pro, a podejrzewam, że sporym kopniakiem będzie też premiera Xbox One Scorpio. W oczekiwaniu na nadejście nowej generacji zapotrzebowanie na moc obliczeniową generować też może technologia VR, która powoli nabiera rozpędu. To wszystko prawda. Nie ucieknę od inwestycji. Cieszę się jednak, że się z nimi wstrzymałem ostatni rok.

Jaki mam dla Was morał? Nie dać się zwariować i nakręcić sprzedawcom hardware’u. Warto jest na spokojnie podchodzić do zakupów nowego sprzętu.

Uprzedzając ewentualne uwagi: jeżeli już pojawiają się gry z którymi mam problem, ponieważ są wymagające sprzętowo ze względu na słabą optymalizację, a wiem, że w recenzji istotna będzie ocena aspektów wizualnych, to jako recenzent wybieram „drogę środka” i sięgam po wersję konsolową. Robię to ze względów etycznych, jako dziennikarz który poważnie traktuje swoich czytelników.

Najnowsze
Lubisz nas?