InformacjeRecenzja - konsole

Świetne pojedynki, chaotyczne bitwy i nierówna kampania - recenzja For Honor

... Adam Berlik

For Honor błyszczy w systemie walki, oferując angażujące starcia "jeden na jednego", ale odstrasza chaotycznymi bitwami i mikrotransakcjami.

Przedpremierowe testy trybu sieciowego pozwoliły wyrobić sobie wstępną opinię na temat gry For Honor, ale do momentu jej rynkowego debiutu nie wiedzieliśmy, czego dokładnie powinniśmy spodziewać się po rozgrywce dla jednego gracza. Dlatego też zacznijmy od rozwikłania tej zagadki. Mimo niewciągającego scenariusza i kiepskich dialogów warto przemęczyć się siedem, maksymalnie osiem godzin, by dotrzeć do napisów końcowych For Honor. Zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami Ubisoftu, kampania stanowi niezbędne wprowadzenie do mechaniki zabawy.

Historia została podzielona na trzy rozdziały, po jednym dla każdej ze strony konfliktu zamieszkujących świat For Honor: rycerzy, wikingów i samurajów. Łącznie do przejścia mamy osiemnaście misji, niekoniecznie ciekawych z punktu widzenia fabuły. To raczej żmudna przeprawa przez kolejne przerywniki filmowe z napisanymi na siłę dialogami i pięknie wyreżyserowanymi scenami. Istotne jest jednak to, że dzięki kampanii poznajemy dogłębnie sterowanie oraz uczymy się walczyć z przeciwnikami. Początkowo do naszej dyspozycji zostają oddane jedynie podstawowe rodzaje ataków, by z czasem umożliwić nam skorzystanie z bardziej zaawansowanych ciosów. Poza typowymi starciami z przeciwnikami mamy tutaj czasem urozmaicenia w postaci strzelania z balisty czy też konnego pościgu, ale to tylko dodatek - esencję trybu dla pojedynczego gracza stanowi oczywiście walka.

Piętą achillesową kampanii For Honor jest nie tylko mało angażujący główny wątek fabularny, ale i sztuczna inteligencja naszych rywali na normalnym poziomie trudności. Początkowo oczywiście nie jesteśmy w stanie sobie poradzić z bardziej wymagającymi przeciwnikami, ale z czasem możemy łatwo odkryć nieskomplikowaną kombinację ciosów, której wyprowadzenie gwarantuje pokonanie każdego oponenta. Mowa tu zarówno o szeregowych wrogach, jak i bossach, z którymi walki nie są tak wymagające, jakbyśmy sobie tego życzyli. Nieco inaczej sprawa wygląda, gdy zdecydujemy się na zabawę na wyższym poziomie (trudnym lub realistycznym) bądź treningu ze sztuczną inteligencją. W tym przypadku rywal niejednokrotnie potrafi nas zaskoczyć, a wciskanie przypadkowych przycisków to proszenie się o śmierć naszej postaci.

Nie liczcie jednak na to, że kampanię w For Honor zdołacie zastąpić treningiem dostępnym z poziomu menu głównego gry. Owszem, tam również dowiecie się co nieco na temat sterowania, ale to właśnie dzięki kolejnym misjom nabierzecie wprawy i zdołacie lepiej poznać system walki oraz różnice między poszczególnymi bohaterami. Choć dla każdej z frakcji przewidziano postać przewodnią, której losy poznajemy w kolejnych misjach, wcielamy się również w innych rycerzy, samurajów czy wikingów. Dzięki temu możemy zapoznać się z różnymi rodzajami broni, powalczyć ogromnym toporem, mieczem czy włócznią, a także dowiedzieć się, czy będziemy preferowali blokowanie ciosów tarczą czy też postawimy raczej na uniki.

Ciężko sobie wyobrazić na jednym polu bitwy rycerzy, wikingów i samurajów, ale twórcy For Honor od początku nie kryli, że czerpią jedynie luźną inspirację z wydarzeń historycznych, w efekcie czego otrzymaliśmy unikatową mieszankę. Dodajmy do tego fakt, że akcja poszczególnych zadań czy też starć rozgrywanych za pośrednictwem sieci, toczy się w lokacjach bazujących na średniowiecznych realiach. Mamy więc tu więc przede wszystkim potężny zamek, ogromną twierdzę czy przepiękną katedrę, ale nie brakuje również starć w lesie czy kanionie. Co istotne, każda z kilku map dostępnych w momencie premiery tytułu występuje w kilku wariantach - zmienia się zarówno pogoda, jak i pora dnia, co w ostatecznym rozrachunku sprawia, że otrzymujemy kilkadziesiąt zróżnicowanych miejscówek.

System walki w For Honor jest bardzo prosty do opanowania, ale chcąc być mistrzem, trzeba poświęcić naprawdę wiele czasu na doskonalenie swoich umiejętności. Podchodząc do wroga skupiamy kamerę na jego postaci za pomocą lewego spustu na padzie, a następnie przy użyciu prawej gałki analogowej określamy pozycję naszego bohatera. Może on trzymać swoją broń na trzy sposoby: z lewej lub prawej strony bądź od góry i z tego miejsca wyprowadzić atak. Kiedy przeciwnik zadaje cios, należy skierować wspomnianego analoga we właściwym kierunku, by zablokować rywala. Możemy oczywiście także uniknąć ciosu poprzez wykonanie przewrotu czy też odskoku. Z czasem do tego wszystkiego dochodzą kombosy, wytrącanie rywala z równowagi, markowanie i ripostowanie ataków, zadawanie krytycznych obrażeń czy też korzystanie z talentów postaci. Trzeba również oczywiście nauczyć się umiejętnego zarządzania wytrzymałością bohatera, gdyż ta kiedy spadnie do zera, uniemożliwi wykonanie jakiegokolwiek ruchu.

Taki model rozgrywki sprawia, że For Honor błyszczy w pojedynkach "jeden na jednego", o czym zdążyłem już wspomnieć na początku. Gra wielokrotnie proponuje nam starcia z dwoma lub nawet trzema rywalami w tym samym czasie informując, że możemy skupić kamerę na jednym przeciwniku, a w trakcie walki blokować ciosy zadawane przez pozostałych wrogów. To już wyższa szkoła jazdy, która z frajdą ma niewiele wspólnego i raczej powoduje irytację. Nie tyle w kampanii, bo tam zawsze można uciec, zregenerować energię życiową bohatera i powrócić na pole walki, ale w rozgrywce sieciowej. Taki przykład. Gramy sobie "dwóch na dwóch", honorowo podzieliśmy się na grupy, pokonałem swojego rywala, mój towarzysz zginął i jak nietrudno się domyślić, zostałem przygnieciony do ściany, gdzie pozostali uczestnicy zabawy w mgnieniu oka pozbawili mnie wirtualnego życia. Z honorową walką miało to niewiele wspólnego.

Owszem, zdaję sobie sprawę, że za rok w For Honor takie sytuacje nie będą miały miejsca. Gracze, którzy pozostaną do tego czasu na serwerach, zdołają na tyle opanować system walki, by poradzić sobie z większą liczbą przeciwników. Wszystko można, wystarczy tylko odpowiednio dużo praktyki, dlatego też w chwili obecnej nie widzę w tej grze miejsca dla trybów inny niż "jeden na jednego". Chyba że będziemy grać ze znajomymi i zarówno w Dominacji, jak i Eliminacji, gdzie docelowo mamy system 4 na 4, podzielimy się na grupy, a każdy w pojedynku z innym graczem będzie swoimi umiejętnościami pracował na konto zespołu. W przeciwnym razie będziemy mieli tutaj do czynienia z niepotrzebnym chaosem i sieczką w stylu hack'n'slash, która nijak nie pasuje do wolnej i taktycznej walki, stanowiącej esencję recenzowanej produkcji.

Do kolejnych rozgrywek w trybie wieloosobowym zachęca możliwość doskonalenia własnych umiejętności, zdobywania kolejnych punktów doświadczenia i odblokowywania lepszych elementów wyposażenia, ale nie tylko. Ciekawym aspektem trybu sieciowego w For Honor są wojny frakcji. Rozpoczynając zabawę musimy opowiedzieć się po jednej ze stron konfliktu, ale ta decyzja nie blokuje nam dostępu do żadnego z bohaterów. Wygrywanie kolejnych pojedynków czy bitew umożliwia pozyskanie zasobów wojennych i rozdzielenie ich na wybranych terytoriach. W ten sposób poszerzamy lub umacniamy wpływy naszej frakcji, pokazując kto rządzi na mapie wirtualnego świata.

Pod względem oprawy wizualnej For Honor to najwyższa światowa półka. Choć projekty niektórych map nie wszystkim przypadną do gustu (to po prostu bliżej nieokreślone zamki, twierdze czy lasy), tak grafika zachwyci każdego. Pisząc o wyglądzie gry należy zaznaczyć, że mowa w tym przypadku nie tylko o bogatych w detale miejscówkach, ale i świetnie wykonanych zbrojach, tarczach i rodzajach broni. Naprawdę wielokrotnie miałem ochotę zatrzymać się na dłużej, by podziwiać krajobrazy w najnowszej marce Ubisoftu- przeszkodą zazwyczaj okazywał sie jednak czekający na mnie rywal. Odnotowałem również gdzieniegdzie świetny voice-acting w kampanii fabularnej. W przypadku dialogów nie ma się czym zachwycać, ot rzemieślnicza robota, ale wszelkie okrzyki (zwłaszcza Wikingów) na polu bitwy zbudowały tu świetną atmosferę.

Ceny gier w Polsce są dostosowane do europejskich realiów (w przeciwieństwie do pensji), dlatego też raczej nie powinien nikogo dziwić fakt, że For Honor w momencie debiutu kosztuje około 250 złotych. Jeśli jednak chcemy otrzymać wszystkie popremierowe dodatki oraz bonusy z pakietu Deluxe, musimy przygotować się na znacznie większy wydatek. Piszę o tym, gdyż Ubisoft - mimo iż tytuł kosztuje naprawdę niemało - zaimplementował w recenzowanej produkcji mikotransakcje. Za prawdziwe pieniądze możemy kupić stal, czyli jedyną walutę w For Honor, którą oczywiście zdobywamy także podczas rozgrywki.

Najtańszy pakiet kosztuje 21 złotych (5000 sztuk stali), najdroższy aż 419 zł (150000). Dla przykładu zrekrutowanie bohatera do rozgrywki sieciowej (pozwala na zdobywanie nim punktów doświadczenia i nowych elementów wyposażenia) to wydatek rzędu 500 sztuk stali, ale już 36000 kosztuje na przykład pakiet trzech elitarnych strojów (a to najniższa cena, bo są też droższe zestawy). Możemy także odblokować wszystkie talenty dla bohaterów za 30000 wirtualnej waluty bądź wykupić status czempiona, dzięki któremu kolejne levele będziemy zdobywać nieco szybciej (2000 za 3-dniowy dostęp).

Wydawałoby się, że możliwość nabycia w ten sposób dodatkowych rodzajów broni zaburzy balans gry i sprawi, iż będziemy mieli do czynienia z tzw. pay-to-win, ale w istocie gracze, którzy sięgną do portfela wcale nie otrzymają lepszego oręża czy mocniejszego pancerza, ale dodatkowe przedmioty na poziomie zbliżonym do rzeczy znajdujących się w swoim ekwipunku. To dobra wiadomość. Zła jest natomiast taka, że mikropłatności jestem w stanie zaakceptować jedynie w grach free-to-play, więc lądują one w tabelce z minusami.

Zastrzeżenia mam również do konieczności stałego połączenia z siecią w For Honor, które jest niezbędne nawet w rozgrywce dla jednego gracza. Takie rozwiązanie uniemożliwiło mi chociażby zapoznanie się z kampanią fabularną przed uruchomieniem serwerów. Ponadto bez dostępu do internetu nie mogę nawet powtórzyć wybranych etapów czy też przeznaczyć czasu na szlifowanie swoich umiejętności przeciwko sztucznej inteligencji, która na wysokim poziomie trudności stanowi niekiedy większe wyzwanie niż początkujący gracze.

For Honor to bardzo nierówna gra. Zachwycająca w starciach "jeden na jednego" i irytująca w pozostałych trybach sieciowych. Z nierówną kampanią, która nikogo nie oczaruje pod względem fabularnym, ale każdy doceni ją ze względu na fakt, że jest rozbudowanym samouczkiem. Pomiędzy tym wszystkim mamy fenomenalną oprawę wizualną i kiepską sztuczną inteligencję przeciwników na standardowym poziomie trudności. Dlatego też przyznaję mocną "siódemkę", ale podejmując decyzję o zakupie musicie wziąć pod uwagę wszystkie "za" i "przeciw". Jeśli chcecie zagrać tylko w kampanię, odpuście ten tytuł, ale planując wiele godzin rozgrywki w sieci musicie pamiętać, że esencją są tu właśnie pojedynki, bo pozostałe warianty zabawy wprowadzają niepotrzebny chaos i irytację.

PlayStation 4For Honor

  • prosty do opanowania, ale trudny do wymasterowania system walki
  • rozgrywka skutecznie zachęca do szlifowania swoich umiejętności
  • niezwykle angażujące taktyczne starcia "jeden na jednego"
  • rozbudowane wprowadzenie do mechaniki rozgrywki w postaci kampanii fabularnej zapewniającej 7-8 godzin zabawy
  • zróżnicowane i klimatyczne lokacje inspirowane średniowiecznymi realiami
  • różnorodne postacie,dzięki którym można dopasować styl gry do własnych upodobań
  • dopracowana w najmniejszych szczegółach oprawa graficzna
  • świetnie wykonane zbroje, rodzaje broni i inne elementy wyposażenia
  • chaotyczne i irytujące bitwy w trybach 4 na 4 graczy
  • kiepski scenariusz i nudne dialogi w kampanii fabularnej
  • rozczarowujący poziom sztucznej inteligencji na "normalu"
  • konieczność stałego połączenia z internetem nawet w kampanii fabularnej
  • wbudowany sklepik z mikrotransakcjami i bardzo wysokie ceny zakupu wirtualnej waluty

For Honor potrafi zapewnić wiele godzin emocjonującej zabawy w pojedynkach z innymi graczami

Najnowsze
Lubisz nas?