InformacjeBez prądu - film

Zalety jedzenia ludzkiego mięsa - recenzja serialu Santa Clarita Diet

... Piotr Nowacki

W nowym serialu Netfliksa Drew Barrymore pokazuje, jak pogodzić karierę i macierzyństwo z byciem zombie.

Słoneczne plaże i hollywoodzka obsesja na punkcie piękna spowodowały, że Kalifornia stała się ojczyzną wielu diet. Posty sokowe, kapuściane maratony i jarmużowe detoksy to tylko kilka z setek niedorzecznych metod, które mają zapewnić mieszkańcom i mieszkankom Kalifornii szczupłą sylwetkę. Jednak dieta, która narodziła się w sąsiadującej z Los Angeles miejscowości Santa Clarita jest radykalna nawet jak na standardy fabryki snów.

Sheila i Joel Hammondowie to do bólu nudne małżeństwo agentów nieruchomości zamieszkujące tytułową kalifornijską Santę Claritę. To, do jakiego stopnia posunęła się małżeńska rutyna najlepiej podkreśla fakt, że największym zmartwieniem Joela jest zbyt luźne pokrętło przy opiekaczu do kanapek. Do czasu…

Wszystko się zmienia, gdy Sheila urozmaica pokaz domu dla potencjalnych kupców spektakularnymi torsjami, które zdawały się łamać wszelkie zasady ludzkiej anatomii i prawo zachowania masy. To jednak dopiero początek niepokojącej przemiany: dalsze oględziny ujawniają, że pani domu nie ma pulsu oraz nabrała apetytu na surowe mięso. Werdykt jest jednoznaczny: Sheila zmieniła się w zombie.

Zombifikacja w tym serialu nie należy do zjawisk szczególnie nieprzyjemnych. Śmierć tchnęła w Sheilę drugie życie: zyskała pewności siebie, nabrała wigoru, w końcu jest w stanie podejmować spontaniczne decyzje. Nie ma przy tym typowych dla nieumarłych minusów - ciało nie gnije, a mózg zachowuje sprawność = chociaż w jej wypadku spontaniczność czasami prowadzi do zaniku wszelkich zahamowań, a opanowanie głodu chwilami graniczy z niemożliwością. Stało się to szczególnie kłopotliwe od chwili, gdy Sheila zasmakowała w ludzinie - to nie jest najlepsza dieta, jeśli twoim sąsiadem jest wścibski policjant.

Nietrudno zauważyć, że Santa Clarita Diet nie należy do szczególnie poważnych seriali. Koncept mamy-zombie to czysty absurd, czego scenarzyści nawet nie próbują ukryć. Oszczędzono nam rozterek nad naturą człowieczeństwa czy lamentów związanych ze stopniowym traceniem ludzkich odruchów przez główną bohaterkę. Zamiast tego twórcy postanowili pójść na całość i rzucają serialowe postacie w najbardziej niedorzeczne sytuacje.

Wylewający się z każdej sceny absurd nie każdemu jednak może przypaść do gustu. Przy tak pozbawionych sensu założeniach stworzenie wiarygodnych bohaterów czy też angażującej fabuły graniczy z niemożliwością. Cała rodzina zaskakująco lekko znosi śmierć i życie po życiu głównej bohaterki. Dla przykładu, Abby, córka głównej bohaterki obraża się na rodziców, kiedy przypadkiem odkrywa zwłoki mężczyzny w zamrażarce - bulwersuje ją jednak nie sam kanibalizm matki, tylko to, że rodzice, wbrew obietnicy, nie są z nią szczerzy i mają przed nią tajemnice. A jest to tylko jedna z niezliczonych niedorzecznych scen z tego serialu.

Podobnie osoby o słabych żołądkach powinny trzymać się z daleka od Santa Clarita Diet - serial raczy nas licznymi scenami konsumpcji surowego ludzkiego mięsa, ćwiartowania zwłok czy też widowiskowych wymiotów. Paluszki okazują się być idealnymi zakąskami, a siorbanie mięsnego smoothie przez słomkę to doskonały sposób na uzupełnienie białka bez wzbudzania podejrzeń osób postronnych. A warto zwrócić uwagę, że krew i flaki często są tutaj zaskakująco dosłowne i obrazowe jak na serial komediowy. Niektórych może też odrzucić pojawiający się regularnie podtekst nekrofilski - Sheila po śmierci ma apetyt nie tylko na ludzkie mięso.

Netflix zadbał o doświadczoną obsadę. Dwójkę głównych bohaterów odgrywają Drew Barrymore oraz Timothy Olyphant, który świetnie sprawdza się w swojej roli, pomimo tego, że do tej pory najbardziej kojarzył się z fatalnym filmem Hitman. Do tego w rolach epizodycznych i drugoplanowych często pojawiają się twarze znane z seriali, jak na przykład Nathan Fillion z nieodżałowanego Firefly - miłośnicy kapitana Reynoldsa mogą być ciekawi, jak sprawdza się on jako posiłek dla głównej bohaterki.

Santa Clarita Diet nie jest z całą pewnością serialem idealnym, nie jest to też produkcja dla wszystkich. Wszelkie granice dobrego smaku zostają przekroczone na początku pierwszego odcinka, a potem twórcy nawet nie próbują oglądać się za siebie. Broni się jednak swoją bezkompromisowością i oryginalnością, wyciskając jak najwięcej z tak niedorzecznego konceptu. I nawet jeśli nie wszystkie żarty są trafione, to ogólny bilans wychodzi na plus. Jest to w dużym stopniu zasługa zwięzłości - dziesięć dwudziestominutowych odcinków to porcja w sam raz, aby Santa Clarita Diet się nie przejadła. W większej dawce mogłaby grozić nam niestrawność, ale w obecnej formie to świetna propozycja na dwa wieczory przed telewizorem dla widzów oczekujących niecodziennego dania.

Najnowsze
Lubisz nas?