InformacjeBez prądu - film

Gorzka nuta radosnej piosenki - recenzja filmu La la land

... Joanna Kułakowska

Musicale może nie są głównym tematem zainteresowania graczy i graczek, ale o filmie Damiena Chazelle’a warto co nieco wspomnieć. Warto też go obejrzeć.

Choć szał na musicale przeminął w latach 60. XX w., gatunek trwał sobie dalej w najlepsze (znakomite Hair i Kabaret), a wielka popularność kilku z nich po roku 2000 wskazuje, iż moda na rozśpiewane historie tylko czeka, by powrócić w blasku Oscarów, Złotych Globów i innych upragnionych przez twórców nagród. Swego czasu strzałem w dziesiątkę okazało się Chicago Roba Marshalla, później aplauz zdobyła rewelacyjna Mamma Mia! Phyllidy Lloyd, podobali się Nędznicy Toma Hoopera. A zeszłoroczny La La Land w reżyserii Damiena Chazelle’a, który właśnie wszedł na ekrany polskich kin, to prawdziwy – obsypany nagrodami – hit (osiem statuetek na gali Critics Choice Award, w tym dla najlepszego filmu, reżysera i scenarzysty; siedem Złotych Globów, w tym za najlepszy film komediowy lub musical, aktorkę, aktora, reżyserię, scenariusz oraz piosenkę; czternaście nominacji do Oscarów). I słusznie, gdyż jest to utwór filmowy, który rozświetla twarz widza uśmiechem, cieszy ucho świetnymi wokalami wykonawców i genialną aranżacją piosenek, zachwyca choreografią i pięknymi zdjęciami. Przedstawiona w nim historia tętni energią, budzi wybuchy śmiechu, a kiedy indziej sprawia, że ocieramy łzę smutku lub wzruszenia.

Dla odmiany zacznijmy od końca. Opowieść na pierwszy rzut oka wydaje się po prostu komedią romantyczną, ale po pewnym czasie nabiera cech kina obyczajowego, a nawet dramatu, bo choć powalające na kolana zakończenie można uznać za swego rodzaju happy end, to jest on dosyć specyficzny i na pewno nie taki, jakiego byśmy z przyzwyczajenia oczekiwali. Stanowi to wielką zaletę La La Landu – nie dostajemy tylko miłej i sympatycznej, ale w gruncie rzeczy miałkiej komedyjki, tylko historię o życiu w Hollywood w cieniu gwiazd estrady oraz srebrnego ekranu i walce o własne miejsce na roziskrzonym firmamencie. Historię o blaskach i cieniach pewnego uczucia, o miłości, która sprawiła, że dwójka ludzi nabrała sił, rozwinęła skrzydła i poleciała spełniać marzenia. Ale czy oboje osiągnęli „siódme niebo”? O tym odbiorca sam musi zadecydować.

Bohaterowie dzieła Chazelle’a to Mia (Emma Stone) – początkująca aktorka, zakochana w kinie dziewczyna, ponad wszystko pragnąca, by jej talent został dostrzeżony przez show biznes – oraz Sebastian (Ryan Gosling) – pianista jazzowy, purysta gardzący popowymi wersjami dla mas, który pragnie kultywować stary, dobry styl (niezbyt strawny dla słuchaczy niebędących koneserami). Mia pracuje w kawiarni i biega na castingi, ale z marnym skutkiem, i to na ogół nie z własnej winy – po prostu często ma pecha. Sebastian gra do kotleta w restauracji, a potem w zespole uświetniającym utworami z lat 90. basenowe bankiety. Bohater nie ma czym płacić za czynsz, za to posiada stołek, na którym siedział słynny jazzman, a także marzenie o otwarciu własnego klubu, w którym będzie tylko „jedynie słuszna” muzyka. Dwoje desperatów spotyka się pewnego dnia w korku, po czym później wpada na siebie (niekiedy dosłownie) jeszcze kilkukrotnie i gdzieś pośród sprzeczek i złośliwych docinków rodzi się wzajemne oczarowanie i zrozumienie. Uczą się nawzajem o swoich pasjach, jedno motywuje drugie i dodaje siły do kolejnych prób osiągnięcia celu, nakręca aspiracje i marzenia.

Z biegiem czasu dwójka marzycieli, która sprawiła, że Los Angeles stało się dla nich cudownym La La Landem, odkrywają coś, o czym wszyscy niby wiedzą, ale rzadko kto traktuje serio – spektakularny sukces wymaga poświęceń i absolutnej koncentracji na celu, trzeba kochać swe marzenie, czasem bardziej niż wszystko inne… Czasem to jedyna dopuszczalna miłość. Czasem, by spełnić jedno marzenie, trzeba zrezygnować z innego. I czasem to poświęcenie może okazać się dyskusyjne. Kto wie, być może niewarte tego, co otrzymało się w zamian? A może gdzieś tam przeminęły cenne chwile, kiedy można było postąpić mądrzej, rozważniej i zdobyć swoją gwiazdkę z nieba bez takich strat po drodze?

La La Land zapewnia wspaniałe doznania estetyczne – tak pod względem strony dźwiękowej, jak i wizualnej. Żywa, pulsująca radosną energią muzyka Justina Hurwitza, bardzo klimatycznie śpiewane piosenki, zwłaszcza Audition (The Fools Who Dream) zaprezentowane przez Emmę Stone i City of Stars przez Goslinga (która to piosenka zdobyła laury). Romantyczna, melancholijna scena na nabrzeżu albo odrealniona, baśniowa sekwencja, w którą zmienia się randka bohaterów, kiedy to para „znika” ze świata, przestaje stąpać po ziemi, by metaforycznie unieść się w niebo i tańczyć pośród gwiazd, a z drugiej strony eksplodująca feerią barw i szalonym, pełnym dynamicznych akrobacji tańcem scena otwierająca film to w gruncie rzeczy charakterystyczne elementy klasycznych musicali, jak np. Deszczowa piosenka Gene’a Kelly’ego i Stanleya Donena lub Parasolki z Cherbourga i Pokój w mieście Jacques’a Demy. Sam Damien Chazelle przyznaje zresztą, że twórczość Demy ukształtowała go jako filmowca. Nieprzerwana ścieżka muzyczna, dramatyczne miłosne zawirowania, żywiołowość i dynamika scen oraz intensywne, nasycone i bardzo ciepłe kolory to motywy, które łączą La La Land i tradycyjne musicale.

Sposób realizacji jest bardzo miły dla oka i zarazem metaforyczny (on także nawiązuje do klasyki filmowej). Kiedy sceneria się zmienia, poszczególne elementy obrazu płynnie przechodzą w coś innego. Na przykład malowidło stanowiące część scenografii na planie filmowym staje się częścią krajobrazu, odchodzący ludzie zaczynają przypominać cienie, spod których wyłania się już inna ulica, zaludniona przez innych przechodniów. Gdyż wszystko, co czynią bohaterowie La La Landu, ma swe źródła w dawnej decyzji –wszyscy jesteśmy cieniami samych siebie z przeszłości. Na uwagę zasługuje też przewrotna scena rozmowy telefonicznej prowadzonej przez Mię w samochodzie lub moment, kiedy wybiegłszy z pracy, wkracza do castingowej poczekalni, gdzie widzi długi rząd dziewcząt w przepisowym stroju pracownicy coffee shopu – liczące na sukces „kopie” samej siebie.

Film Chazelle’a obfituje w wiele dowcipnych scen, zachwycając nie tylko humorem, ale i wysmakowanymi, malarskimi kadrami. Najbardziej jednak w pamięć zapada gorzko-słodka, podlana czarowną muzyką fantazja z gatunku co by było gdyby. Świetnie wypada tu obsada, a szczególnie emanujący wzajemną chemią duet Stone-Gosling. La La Land pozwala wykorzystać ich dar zarówno do komedii, jak i przejmującego dramatu. Dramatyczny talent Emmy Stone można było wcześniej podziwiać w Birdmanie Alejandro Iñárritu, zaś komediowy talent Ryana Goslinga chociażby w Nice Guys. Równi goście Shane’a Blacka (którego recenzję można przeczytać tutaj http://www.gram.pl/artykul/2016/05/18/rozowa-pantera-spotyka-tarantino-recenzja-filmu-nice-guys-rowni-goscie.shtml).

Cóż więcej dodać? La La Land to rozśpiewana, klimatyczna perełka, zachwycająca montażem i scenografią, która pozwala ukazać aktorski potencjał odtwórców, znakomicie przy tym bawiąc i wzruszając publiczność. A czy jest to dobry film na randkę? To, wbrew pozorom, rzecz dyskusyjna…