InformacjeFelieton

To nie jest film dla dzieci: recenzja Kubo i dwie struny

... Piotr Nowacki

Twórcy Koraliny wracają z kolejną dorosłą animacją.

Ciemna noc, oświetlona tylko błyskami piorunów i światłem księżyca. Sariatu płynie przez wzburzone sztormem wody. Nie jest bezbronna w obliczu żywiołu – grając na magicznym shamisenie jest w stanie zmusić fale, by się przed nią rozstąpiły. W końcu jednak morze zwycięża, łódź się wywraca, Sariatu uderza głową o kamieniste dno. Niedługo potem jej jej bezwolne ciało zostaje wyrzucone na brzeg – podobnie jak jej synka, którego cały czas niosła na plecach.

Oboje przeżyli wypadek, jednak Sariatu spędza całe dnie w katatonii. Kubo, jej syn, musi się opiekować nią od swoich najwcześniejszych lat. Poranki zaczyna od karmienia jej – Sariatu nie jest w stanie nawet samodzielnie jeść - by potem wziąć na plecy shamisen swojej matki i iść do wioski zarabiać pieniądze na życie. Pracuje jako swego rodzaju bard, opowiadając historie o wyczynach Hanzo, legendarnego samuraja. Nie są to jednak zwyczajne opowieści: podobnie jak matka, Kubo włada magią. Z jej pomocą wprawia w ruch kartki papieru, które same składają się w origami, by potem skakać, latać i walczyć ze sobą na każde skinienie Kubo.

Nim zapadnie zmierzch, Kubo zawsze wraca do swojej matki. Zawsze, gdy ocknie się ze swojego stuporu, Sariatu powtarza synowi, że nie może być na zewnątrz po zmierzchu, gdyż jego dziadek i ciotki tylko czyhają, by odebrać mu drugie oko – pierwsze mu wyłupili, nim Sariatu z nim uciekła na wyspę. Jednak gdy w wiosce odbywa się święto ku czci zmarłych, Kubo nie wraca do domu na czas, bo postanawia się porozumieć ze swoim ojcem, który zginął w jego obronie – legendarnym Hanzo, tym samym, o którym za dnia snuje na rynku swoje opowieści. To nie może dobrze się skończyć...

Amplituda emocji pokazana w filmie jest niedorzecznie wręcz rozległa. Z jednej strony magiczne sztuczki Kubo oczarowują widzów, a dołączający do głównego bohatera w dalszej części filmu antropomorficzny żuk i magiczna małpa rzucają co chwilę żartami czy dowcipnymi przytykami. Z drugiej strony od pierwszej sceny widać, że nie będzie to w żadnym wypadku bezstresowa rozrywka. Wcale mnie nie zdziwiło, że z sali kinowej usłyszałem przerażone jęknięcia, gdy w wyżej wspomnianej scenie głowa matki Kubo uderzyła ze stłumionym gruchnięciem o głaz. Na dodatek śmierć towarzyszy bohaterom od prawie samego początku filmu, i może ona dotknąć w zasadzie każdego – żadna postać nie ma immunitetu. Na baczności muszą się również trzymać widzowie wrażliwi na punkcie oczu – chociaż na szczęście oszczędzono nam scen ich wyłupywania, to jednak pozbawianie wzroku i ślepota są stałymi motywami przewijającymi się w filmie.

Dzięki niecodziennemu połączeniu elementów baśniowych i bardziej dorosłych Kubo i dwie struny jest animacją nietuzinkową. Chociaż, co zapewne dało się wyczuć w moich recenzjach, jestem wielkim fanem filmów Disneya i Pixaru, to nie da się ukryć, że są to często produkcje dosyć schematyczne. W wypadku Kubo sztampy idą za okno, i chociaż niektóre zwroty akcji są banalnie proste do przewidzenia, to jednak w wielu momentach film mnie autentycznie zaskakiwał. Dalej pozostaję wierny magikom z Disneya, ale jednak dzięki odrzuceniu sprawdzonych formuł Kubo i dwie struny wnosi spory powiew świeżości.

Znakiem rozpoznawczym studia Laika jest użycie animacji poklatkowej. Spod ich rąk wyszły takie filmy jak Gnijąca panna młoda (gdzie byli podwykonawcami) czy wyżej wspomniana Koralina. Dzięki użyciu autentycznych modeli film nabiera niepowtarzalnego charakteru, który wyróżnia go spośród zalewu filmów od początku do końca zrobionych z pomocą animacji komputerowej. Szczególne wrażenie robią niezwykle skomplikowane origami autorstwa Kubo czy przepiękne ubrania bohaterów uszyte z prawdziwych tkanin. Efektu dopełniają artystyczne zdjęcia – oglądając film wielokrotnie myślałem, że dany kadr z chęcią oprawiłbym w ramkę i powiesiłbym na ścianie.

Warto przy tym zauważyć, że studio Laika nie patrzy tylko w przeszłość i nie stronią od nowych technologii. Na potrzeby filmu wyprodukowano dziesiątki tysięcy głów bohaterów, co pozwoliło na bardziej skomplikowaną niż kiedykolwiek mimikę postaci, a możliwe to było tylko dzięki drukarkom 3D. W wielu scenach widać, że połączono tradycyjną animację z efektami komputerowymi, co niestety nie zawsze wychodziło na plus. Komputerowe modele wypadały niekorzystnie na tle figurek, zaś różnica w płynności animacji potrafiła razić. W ogólnym rozrachunku nie było to bardzo dokuczliwe, jednak chwilami psuło to przyjemność z oglądania.

Animacji towarzyszy równie świetna muzyka. Na pierwszym planie jest oczywiście shamisen, tradycyjny japoński instrument, z którym Kubo nigdy się nie rozstaje. Rzadko kiedy słucham w domu filmowych ścieżek dźwiękowych, ale dla muzyki z Kubo i dwie struny z pewnością zrobię wyjątek. Z kolei napisom końcowym towarzyszył specjalnie nagrany na potrzeby filmu świetny cover While My Guitar Gently Weeps Beatlesów, zaśpiewany tu przez Reginę Spektor.

Kubo i dwie struny jest filmem, który zdecydowanie warto zobaczyć w kinie, szczególnie dla wspaniałej (mimo drobnych zgrzytów) animacji oraz niebanalnej fabuły. Jest to także świetna odskocznia dla bardziej schematycznych produkcji innych wytwórni. Jeśli jednak chcesz na coś koniecznie zabrać latorośle, lepiej wybrać się na recenzowaną przeze mnie tydzień temu Vaianę.

Najnowsze
Lubisz nas?