InformacjeFelieton

Uzbrojony w Biblię - recenzja filmu Przełęcz ocalonych

... Joanna Kułakowska

Historia całkiem interesująco opowiedziana w dramacie wojennym Przełęcz ocalonych, wyreżyserowanym przez Mela Gibsona, wydarzyła się naprawdę.

„Obdżektor” to określenie osoby, która z powodów religijnych, etycznych lub moralnych odmawia służby wojskowej. Ktoś taki bynajmniej nie kojarzy się z bohaterem wojennym, a już na pewno nie żołnierzem uhonorowanym najważniejszym amerykańskim odznaczeniem wojskowym. A jednak był sobie młody chłopak, zdeklarowany pacyfista, którego osobiste przekonania wynikające z religii zakazywały odbierania życia, lecz nie przeszkadzały wziąć udziału w piekle wojny, by wypełnić obowiązek względem swego kraju. Czynił to w sposób, który uznał za jedynie słuszny – ratując ludzkie życie jako sanitariusz. Młodszy szeregowy Desmond Doss, który sam siebie nazywał „obdżektorem współpracującym”, za swe zasługi – ocalenie siedemdziesięciu żołnierzy w ogniu walki na Okinawie i jak powiedział prezydent Harry Truman: niezwykłą odwagę i niezachwianą wiarę w desperackiej sytuacji – otrzymał Medal Honoru Kongresu. Jego wyczyn poruszył wszystkich tym bardziej, że nie oddał przy tym ani jednego strzału, mało tego – i podczas szkolenia, i podczas szturmu na ponad stumetrową Skarpę Maeda (Hacksaw Ridge) odmówił choćby wzięcia do ręki broni. Siłą rzeczy decyzja ta przysporzyła mu ogromnych problemów.

Opowiada o tym książka Nietypowy bohater U.S. Army. Historia Desmonda T. Dossa, żołnierza, który nigdy nie dotknął karabinu autorstwa Bootona Herndona. Jako że sam bohater niechętny był i przemysłowi filmowemu, i wychwalaniu jego osoby, później zaś książka przeleżała wiele miesięcy, zagubiona wśród szpargałów, na biurku producenta, przedstawiona w niej historia dopiero teraz doczekała się ekranizacji. Przełęcz ocalonych (tytuł oryginalny Hacksaw Ridge) składa się z trzech, zgrabnie połączonych, części. Pierwsza poświęcona jest dorastaniu Desmonda (Andrew Garfield) – w domu, w którym nazbyt często zaglądający do butelki ojciec (Hugo Weaving) nie szczędzi żonie (Rachel Griffits) zgryzot, a obu swoim synom krzyków i pasa. Psychologicznym walorem filmu Mela Gibsona jest ukazanie, że sprawa wcale nie należy do jednoznacznych. Tom Doss nie jest złym człowiekiem, lecz człowiekiem złamanym. To weteran I wojny światowej, człowiek, który widział z bliska grozę śmierci, ta zaś zabrała jego najlepszych przyjaciół. W dodatku bezsprzecznie kocha swoją rodzinę, problem stanowi fakt, że niezbyt potrafi to okazać i – jak mówi Bertha Doss – nienawidzi samego siebie. Jak to zwykle bywa, za jego wojenne koszmary płacą najbliżsi. Ustawiczne zagrożenie wiszące nad matką oraz traumatyczny moment, gdy w bójce omal nie zabił brata, sprawiły, że Desmond wyrzekł się zabijania. Przełęcz ocalonych umiejętnie eksponuje chwilę, gdy w psychice chłopca dokonuje się przełom, ugruntowany wiszącym na ścianie dekalogiem. Dalej mamy opowieść o pierwszej i jedynej miłości głównego bohatera do pięknej i wesołej pielęgniarki Dorothy (Teresa Palmer), dzięki której zaczyna interesować się medycyną.

Druga, środkowa część Przełęczy ocalonych, choć pełnoprawna fabularnie, stanowi niezbyt długi łącznik pomiędzy pierwszą a trzecią. Ukazuje ona pokłosie decyzji Desmonda Dossa, kiedy to wbrew woli ojca (wskutek osobistych doświadczeń zdeklarowanego przeciwnika wojny) wstępuje do armii, by zostać sanitariuszem. Końcówka szkolenia i początki służby wojskowej okazały się gehenną. Przełożeni (Sam Worthington, Robert Morgan i Vince Vaughn), którym z przyczyn oczywistych nie w smak rekrut odmawiający nauki strzelania i świętujący dzień święty w sobotę (jako członek Kościoła Adwentystów Dnia Siódmego), próbują złamać ducha naszego bohatera, szczując na niego również współtowarzyszy z oddziału (których sympatię pierwotnie sobie zaskarbił). Nie było jednak łatwo pozbyć się chłopaka z armii, a próby doprowadziły między innymi do procesu wojskowego, z którego Dossowi ledwie udało się wyjść obronną ręką.

Kwestia szkolenia to najsłabszy wycinek filmu. Owszem, znajdziemy tu sporo perełek zarówno pod kątem fabuły, jak i gry aktorskiej – Mel Gibson położył nacisk na humor podczas prezentacji towarzyszy Desmonda (a jest to istny gabinet osobliwości), jak również w scenach malujących specyfikę armii, czyli mieszankę brutalności, groteskowych wymagań i metod „wychowawczych” oraz braterskiej zażyłości. Wrażenie pogłębia Vince Vaugh wcielający się w sierżanta Howella, gdyż aktor ów znany jest raczej z ról komediowych. Świetnie zrealizowana została newralgiczna scena w sądzie, podkreślająca absurd zasadzenia się na człowieka, któremu od początku można było zapewnić miejsce, gdzie nie wadziłby nikomu swoją życiową filozofią, zarazem będąc przydatnym tak, jak planował, ale biurokratyczna machina zadziałała jak zwykle. Pozytywne odczucia podczas seansu budzi prezentacja Dossa jako niepozornego z wyglądu, ale sprawnego i energicznego, wręcz urodzonego lekkoatletę. W powszechnym odbiorze słowo „pacyfista” nieraz zestawiane jest z dychawiczną niezgułą, która wskutek warunków fizycznych jest na swój pacyfizm skazana. Tutaj w sympatyczny sposób pokazano zwykłego młodego faceta o niezwykłych moralnych zapatrywaniach. Niestety, generalnie struktura tej części historii to niemal zestaw klisz z gatunku „fajny gość, który podpada, gnębią go, ale w końcu budzi ich szacunek” – wyjąwszy mocną scenę w sądzie, w filmie Gibsona poszło zbyt łatwo, za szybko i niezbyt przekonująco. Dał się pobić, nic nie powiedział, hip hip hurra, znów go kochamy...

Część trzecia, czyli stricte wojenna rzeczywistość Przełęczy ocalonych, jest za to bardzo udana. Mel Gibson to nader kontrowersyjny reżyser, którego utwory charakteryzuje zamiłowanie do malarskich szczegółów i naturalizm, wręcz nachalny „biologizm” krwi i płynów ustrojowych (z wyjątkiem scen seksu, bo te chętnie zastępuje symbolami – płynącą rzeką, płonącym ogniem bądź ucieczką kamery w jakieś inne wybrane miejsce). Dość spojrzeć na słynną Pasję czy Apocalypto. Podobnie jest w tym przypadku – mamy teatr wojny, gdzie na scenie odbywa się pełen zawrotnych piruetów taniec odrywanych kończyn, rozrywanych korpusów i fruwających girland flaków. I choć w pewnym momencie część odbiorców obojętnieje na grozę sytuacji, efekt artystyczny pozostaje. Chłoniemy specyficzny, irracjonalny, dynamiczny balet w bryzgach czerwonej farby, podświetlony pomarańczowo-złotymi jęzorami wybuchów i miotaczy ognia do wtóru orkiestry wrzasków. Efekty specjalne i charakteryzacja to po prostu majstersztyk – płomienie ogarniające ludzi, którzy na naszych oczach zmieniają się w poczerniałe, zwijające się do wewnątrz, lecz wciąż drgające „papierowe” figurki, czerwono-czarne wilgotne grudy, którymi stają się poszarpane ciała... Niesamowicie wyglądają oszalałe oczy w osmolonych twarzach, wykrzywionych na tle kurtyny ognia. To pozostaje przejmujące, nawet gdy bardziej ewidentne cierpienie przestaje już na widza działać.

Atutem Przełęczy ocalonych jest dynamika i wewnętrzna dramaturgia poszczególnych sekwencji, wygranie scen wydobywających humorystyczny aspekt ukryty nawet w najokrutniejszych warunkach, rozbrajający absurd rodzący się w różnorakich sytuacjach. Mamy na przykład scenę, gdy Doss obmywa z krwi oczy żołnierzowi przekonanemu, iż stracił wzrok, albo niesamowity, odjechany moment, gdy bohater bez chwili namysłu, mechanicznie opatruje osłupiałego Japończyka. Tu warto wspomnieć, że poddanym cesarza choć w części oddano sprawiedliwość. Z jednej strony pokazano ich w sposób tendencyjny, jako odczłowieczone, przerażające bestie – ale przecież tak właśnie postrzegali ich Amerykanie, przytłoczeni zajadłością i samobójczymi szarżami tamtych – z drugiej zaś kamera zajrzała do bunkrów przeciwnika, prezentując scenę seppuku oficera, ratującego honor swój i swego oddziału. Bardzo dobrze wypadły chwile oddające psychologiczną potrzebę żołnierzy, by mieć coś „większego” od siebie. Wiedzieli, że robią rzeczy, choć potrzebne, to nie mniej potworne, i nabierając wątpliwości co do słuszności tego wszystkiego, chcieli zyskać przebaczenie, mieć swoją „przepustkę do Nieba”. Tym stała się dla nich modlitwa głównego bohatera. Stał się ich własnym świętym, który czynił cuda. No i oczywiście rzeczone „cuda”, czyli spektakularne sceny ratowania kolejnych rannych, na których dowództwo postawiło już krzyżyk, wsparte poważnym, pełnym przejęcia: Panie, pozwól mi uratować jeszcze jednego. Wyszło to na tyle przejmująco, że nawet pretensjonalne w swej symbolice kadry, gdy kamera, filmując od dołu, generuje wrażenie, że ranny Doss w słonecznej aureoli wznosi się wprost do nieba, wzruszają zamiast irytować.

Wizualna strona filmu Gibsona robi wrażenie – budząca grozę sceneria na przemian z pięknymi krajobrazami, świetne zdjęcia i udany montaż sekwencji batalistycznych. Dostajemy do tego bardzo dobrze dobraną, archetypowo wręcz „filmową” muzykę, która podkreśla atmosferę. Również aktorzy solidnie wywiązali się z zadania. Świetnie wypadła zwłaszcza Teresa Palmer jako Dorothy – gra z wdziękiem i wyczuciem pełną werwy, skorą do żartów, a jednocześnie poważnie podchodzącą do życia dziewczynę. W zasadzie mieszane uczucia budzi jedynie... aktor odgrywający główną postać. Andrew Garfield, znany widzom chociażby z głównej roli w Niesamowitym Spider-Manie, doskonale daje sobie radę w scenach akcji, budzi empatię w dramatycznych chwilach, ma też dobrze rozpisane znamionujące humor kwestie. Szkoda tylko, że przez większość czasu do jego twarzy przylepiony jest dziwaczny, nienaturalny, dość infantylny uśmiech. Ta dziwna maniera wytrąca z równowagi (na szczęście znika na froncie wojny japońsko-amerykańskiej).

Dramat wojenny Gibsona tak naprawdę okazuje się mniej filmem o wojnie, a bardziej o tym, kim jesteśmy i kim chcemy pozostać. Desmond Doss, wbrew wszystkim i wszystkiemu, pozostaje wierny samemu sobie i to stanowi najważniejsze przesłanie tej produkcji. Trzeba przyznać, że zawarty w niej dydaktyzm nie drażni – bohater ani razu nie próbuje pouczać, wpierać innym, że to on ma całkowitą rację. Swoim postępowaniem zdaje się mówić: jestem taki, a nie inny, nie próbuj mnie na siłę zmieniać, tak jak ja nie próbuję zmusić cię do zmiany wartości i priorytetów. Jest to zwykły chłopak, impulsywny jak każdy z nas, któremu udało zbliżyć się do ideału chrześcijanina. Przy okazji rodzi się pole do pytań i dywagacji filozoficznych, bo chociaż w filmie rzecz wydaje się względnie prosta, w rzeczywistości wcale tak być nie musi. Osoba mająca odmienne od większości religijne wymagania musi chcieć współpracować (Doss w imię ratowania życia był w stanie wyruszyć wraz ze swym oddziałem w sobotę, pomimo że praktykujący adwentyści dnia siódmego powstrzymują się wtedy od pracy). Kwestie piątego przykazania różnią się w wielu interpretacjach vide pojęcia „wojny sprawiedliwej” i „wojny obronnej” czy legalność kary śmierci, która istnieje w Biblii. Na myśl przychodzi, że to wspaniały przykład – gdyby wszyscy porzucili broń, ludzie musieliby rozmawiać, wojna straciłaby rację bytu. Lecz wystarczy jedna osoba z karabinem, by odziały Desmondów Dossów przedwcześnie poszły do Nieba. Przełęcz ocalonych – nie ważne, czy w sposób zamierzony – pokazuje też, że zbrojny jedynie w Biblię bohater nie wykonałby do końca swej misji, gdyby nie pilnowali go ci, którzy dzierżyli karabiny, uśmiercając niedoszłych zabójców swojego świętego. Tak czy inaczej, warto obejrzeć i wyrobić sobie własną opinię.

Najnowsze
Lubisz nas?