InformacjeBez prądu - film

Wielka draka w ziemskiej dzielnicy - recenzja filmu Doktor Strange

... Joanna Kułakowska

Technologia używana w sieci kin IMAX powstała specjalnie po to, by zaprezentować Doktora Strange’a. Nawet jeśli wtedy o tym nie wiedziano.

W najnowszej odsłonie MCU widzowie mogą zgłębić kolejne warstwy i szczegóły uniwersum, a do obrońców Ziemi przed wszelakim rodzimym i kosmicznym plugastwem dołączają nowe, niezwykłe persony. Dotychczas mieliśmy do czynienia z bardziej racjonalną stroną świata przedstawionego, gdzie można się bawić w wyjaśnianie co dziwniejszych rzeczy działaniem zaawansowanej techniki starożytnej cywilizacji Obcych lub psioniką (nawet moce Lokiego i Odyna dają się wytłumaczyć jako psychokineza i manipulacja na poziomie kwantowym), zaś mnóstwo innych spektakularnych gadżetów to nowinki z firmy Tony’ego Starka albo Normana Osborna. Magia pojawiała się okazjonalnie i w sumie dawała się „podciągnąć” pod powyższe wyjaśnienia, zaś film Scotta Derricksona bierze ją na warsztat i przybliża publiczności jej prawidła. Jak mówi głowa zakonu magów: Avengersi bronią świat przed fizycznym niebezpieczeństwem, my bronimy go przed duchowym. Twórcy stosują tu stary, sprawdzony sposób – widz poznaje wszystko od zera, towarzysząc bohaterowi, dla którego dana kwestia też stanowi całkowitą nowość. Tak właśnie było dla doktora Stevena Strange’a.

Doktor Strange (Benedict Cumberbatch) to jeden z tych bohaterów Marvela, którzy wraz z Iron Manem mogliby założyć Klub Ambitnego Aroganta i organizować wystawne przyjęcia. Geniusz chirurgii i neurochirurgii, oddany nie tyle uzdrawianiu pacjentów, co wizji rozwijania medycyny i pragnieniu sławy. Pławiący się w podziwie i błyszczący na bankietach dandys, beztrosko przeznaczający swe krociowe zyski na nowe zabawki – zegarki, stroje i samochody. W tej postaci uderza cynizm, pycha i ego większe niż apetyt Bloba. To właśnie te cechy sprawiły, że w tragicznie głupi sposób stracił to, co wydawało mu się najcenniejszym atutem, a zarazem nadawało sens życiu – sprawne dłonie, dzięki którym mógł być wirtuozem sali operacyjnej. Ironią losu zaznał takiego samego traktowania, jakie serwował beznadziejnym, swym zdaniem, przypadkom. Po wielu operacjach popadł w czarną rozpacz, odpychając nawet doktor Christine Palmer (Rachel McAdams), jedyną osobę, która miała doń sentyment i cierpliwość.

Nadzieję odnalazł dopiero wtedy, gdy dowiedział się o sparaliżowanym człowieku, któremu lekarze nie rokowali żadnej poprawy, a jednak udało mu się całkowicie wyzdrowieć. Mężczyzna ów zdradził mu część swego sekretu – gdy uznał, że pozostał mu jedynie umysł, postanowił oddać się jego rozwijaniu, po czym spotkał kogoś, kto nauczył go postrzegać więcej, niż sądził, że to możliwe. Dzięki temu wzbogacił swą duszę i uzdrowił zdruzgotane ciało. Zafascynowany Strange ruszył do Katmandu, by odnaleźć miejsce zwane Kamar-Taj i tajemniczego mentora, marząc, że odzyska dłonie chirurga. Zamiast tego zdobywa wiedzę, która wywraca do góry nogami jego wizję świata i przetasowuje priorytety. No i oczywiście ratuje świat. A przynajmniej do czasu kolejnego zagrożenia, bez których MCU nie ma racji bytu.

Film Derricksona ma bardzo prostą, archetypową wręcz fabułę, co paradoksalnie odpowiada za część miodności tej historii. Mamy tu spotkanie materialistycznego Zachodu z filozofią Wschodu (Świadomość określa byt) oraz wymuszoną treningami ewolucję bohatera z egoistycznego, nadętego buca w osobę, która przyjmuje na siebie odpowiedzialność za sprawy większe od niej samej (a przede wszystkim przyjmuje do wiadomości, że takowe w ogóle istnieją). Oczywiście, czarny charakter (Mads Mikkelsen) popełnia iście bajkowy błąd, który dyskredytuje go nie tylko jako mistrza sztuk tajemnych, ale także jako osobnika inteligentniejszego aniżeli przeciętny licealista, trzeba jednak to wybaczyć, bo inaczej nie byłoby pretekstu do rozwoju wydarzeń składających się na oszałamiający rozmachem, żywy i wciągający obraz. Tak samo warto przymknąć oko na absurdalność idei takiego wymiaru, w którym nie ma czasu, a jednak może funkcjonować świadomość (co innego, gdyby czas biegł pozornie), lub fakt, że magowie czerpiący wprost z energii multiversum potrzebują jakichś pierścieni, żeby otworzyć sobie portal do innego wymiaru. Ostatecznie jest to komiks o superbohaterach oraz ich antagonistach, więc pewne rzeczy muszą być po prostu „komiksowe”. A prócz wspomnianych elementów przebieg akcji został rozplanowany bardzo sprawnie. Zadbano o rozmaite smaczki i szczegóły kompatybilne z rozwojem bohatera, np. łatwość, z jaką (będąc już magiem) przekracza prawa natury, staje się zrozumiała, gdy weźmiemy pod uwagę, że wykazywał ku temu talent już jako „zwykły” lekarz, który dokonywał cudów w szpitalu, a niemal instynktowne operowanie przezeń materią czasu ma związek z imponującą kolekcją high-techowych zegarków, wskazującą na inklinacje w tym kierunku.

Częstym motywem wielu popkulturowych opowieści jest kwestia strażników tajemnic, którzy biorą na siebie odpowiedzialność, by niebezpieczna wiedza lub zakazane praktyki nie dostały się w niepowołane ręce, zatruwając słabe umysły i prowadząc do zguby. To ciekawy temat, generujący pytania, na które nie ma łatwych odpowiedzi. Po co studiować wiedzę (lub gromadzić artefakty), której nie można użyć? Nie lepiej w ogóle zniszczyć kuszące księgi i manuskrypty? Czy aby na pewno nie można użyć, a jeśli tak, to w jakich okolicznościach? Czy nie jest to marnotrawstwo, hipokryzja i tchórzostwo? Wszystko ma swoje konsekwencje, ale czy świadomość potencjalnych skutków nie pozwoli znaleźć alternatywnych rozwiązań, a przynajmniej takich, które ograniczą szkody? Czy w razie sytuacji bez wyjścia nie wybrać mniejszego zła i nie wykorzystać wiedzy o rzeczonych praktykach? Przekaz filmu Derricksona jest dość prosty i przekonujący – warto być elastycznym i umieć nieco nagiąć zasady dla większego dobra. Twardogłowe osoby o sztywnym kręgosłupie moralnym są podporą w czasie pokoju, lecz nie wygrają wojny. Ci pierwsi lepiej rozumieją ludzi i choć mogą zniszczyć świat, potrafią też go zawrócić znad krawędzi. Doktor Strange porusza także problem zawiedzionego zaufania i zniszczonej wiary w autorytet, która prowadzi do załamania i porzucenia hołubionych dotąd zasad i wartości. I problem ofiary, którą trzeba ponieść, wiedząc, że nie zostanie zrozumiana przez innych. Naturalnie, czyni to w sposób właściwy dla superbohaterskich produkcji, czyli dość powierzchownie – dokładnie na tyle, by podkręcić akcję, łącząc rozrywkową lekkość z odpowiednim w danej chwili patosem.

Ogromnym atutem produkcji Doktor Strange są wręcz obłędne efekty specjalne – praca grafików komputerowych robi naprawdę wielkie wrażenie. Powala na kolana już scena otwierająca, której mogłaby pozazdrościć Nolanowska Incepcja. Najbardziej jednak wbija w fotel iście halucynacyjny roller coaster, czyli sekwencja przeciągania jestestwa głównego bohatera przez kolejne wszechświaty i wymiary rzeczywistości. Właściwie jedyny zgrzyt wizualny to ślad pozostawiony przez mroczną moc na twarzach tych złych, wyglądający niczym maksymalnie tandetny halloweenowy makijaż. Kolejną mocną stronę stanowi umiejętnie dozowany humor, zgrabnie przeplatający się z bombastycznymi i patetycznymi momentami, dając w rezultacie idealnie wyważone pod względem dramaturgii widowisko. Dialog Strange’a i Kaeciliusa, scena, w której bohater poucza Palmer, jak ma go operować, lub płaszcz lewitacji łaszący się do swego nosiciela to istne perełki. Warto też zwrócić uwagę na to, co czyta starszy pan w autobusie, podczas gdy na zewnątrz (w lustrzanym wymiarze) trwa walka magów. Krótko mówiąc: śmiech gwarantowany. Dramatyzm sytuacji oraz klimat poszczególnych scen znakomicie podkreśla ścieżka dźwiękowa – symfoniczny rock towarzyszący barwnym obrazom to uczta dla zmysłów.

To wszystko byłoby jednak kompletną wydmuszką, gdyby nie świetnie dobrana obsada, która nadała owej historii życie. Benedict Cumberbatch ponownie dał popis swych niesamowitych umiejętności aktorskich – doktor Strange w jego wykonaniu oczarowuje swą rozbrajającą próżnością i absolutnie szczerym przekonaniem, że wszystko, co najlepsze, ot tak po prostu mu się należy; budzi współczucie załamaniem i desperacją; bawi swym zdumieniem, gdy potężniejsi dają mu przytyczka w nos. Najlepsze jednak, że świetnie ukazał niejednoznaczność i specyfikę odgrywanej przez siebie postaci , która choć nabyła pewną dozę pokory, nigdy do końca nie zatraciła pierwotnej arogancji. Widz od razu instynktownie rozumie, dlaczego to właśnie jego wybrał elegancki, niezwykle wybredny i ewidentnie pełen pychy magiczny artefakt. Mads Mikkelsen (Kaecilius) – bardzo dobry aktor, mający naturalny talent do kreacji złowrogich, niepokojących person – mógł rozwinąć „mroczne” skrzydła w otoczeniu doborowej, gwiazdorskiej kompanii. Rachel McAdams umiała przekonać, że odgrywana przez nią lekarka nie jest jaką tam słodką niunią i „tylko” dziewczyną Strange’a, ale potencjalnie pełnoprawną bohaterką, która jest i twarda, i zabawna, i której odbiorca może szczerze kibicować. Najsłabiej w tym towarzystwie wypada Chiwetel Ejiofor jako Mordo – nader sztywny tak z wyglądu, jak i przekonań uczeń Przedwiecznej, w którą z kolei wcieliła się genialna Tilda Swinton, znana z tego, że zagra praktycznie wszystko, bez względu na wiek, płeć, rasę, a nawet gatunek (z jej wersją anioła Gabriela siłą wizerunku może konkurować jedynie Gabriel w wydaniu Christophera Walkena). Stworzyła znakomitą kreację – postać, która łączy bezwzględność z wrażliwością, a za łagodnym uśmiechem i subtelnym poczuciem humoru skrywa zdolność do wytrzymania naporu sił niepojętych dla innych.

Doktor Strange to pozycja obowiązkowa dla fanów i fanek uniwersum (choćby dlatego, że stanowi preludnium do Avengers: Infinity War), a także dobry wybór dla wszystkich, którzy chcą po prostu dobrze się bawić, nie łamiąc sobie głowy skomplikowanym przekazem, lecz ciesząc oczy wizualną stroną dzieła. Obraz Scotta Derricksona wymaga 3D. Inaczej sporo traci. I na koniec dobra rada – nie wychodźcie z kina przedwcześnie, czekajcie cierpliwie aż do ostatniego napisu…

Najnowsze
Lubisz nas?