InformacjeRecenzja - konsole

Gran Turismo 6 - recenzja

14 Piotr Bajda

Ostatni wielki tytuł na wyłączność PlayStation 3 przekracza linię mety. Triumf to czy blamaż? Prawda - jak zwykle - jest gdzieś pośrodku.

Gran Turismo 6 to niepowtarzalny przypadek, bo największy atut tej gry to jednocześnie największy zarzut pod jej adresem - przywiązanie do tradycji. Każdy pokonany kilometr pokazuje, że Gran Turismo 6 jest efektem zbieranych przez 15 lat doświadczeń. Po każdym zakończonym wyścigu (a często także w jego trakcie) okazuje się jednak, że przez te 15 lat niewiele się w serii zmieniło.

Znacie przekazywaną z pokolenia na pokolenie zasadę, że pierwsze auto musi być koszmarem, aby młody kierowca doceniał każde kolejne? Polyphony Digital zna i dalej nie pozwala nam o niej zapomnieć. Tam gdzie inne gry pozwalają na początku posmakować najdroższych aut świata, by dopiero po chwili zdegradować do "pojazdów w rozsądnej cenie", Gran Tursimo 6 wrzuca za kółko Renault Clio (i każe dodawać gaz przyciskiem X), a po kilku minutach zmusza do zakupu Hondy Fit. Pierwsze parę godzin to zatem standardowe kręcenie kółek w oczekiwaniu na dobranie się do aut z trzycyfrową liczbą koni mechanicznych. Tak, ma to sens, bo posadzenie nieopierzonego kierowcy za kółkiem kilkusetkonnego potwora to w tej grze recepta na katastrofę. Na pewno jednak dałoby się rozwiązać tę kwestię w bardziej przystający do czasów sposób. Gran Turismo 6 to nie tytuł dla niecierpliwych, pragnących zabawy w Vettela od samego początku.

Do czasów nie przystaje w zasadzie cały tryb kariery. Zawody pogrupowano na klasy (których jest sześć), gdzie zdobywamy konieczne do postępów gwiazdki. Po zebraniu odpowiedniej ich ilości (za jedną wygraną dostajemy trzy) możemy przystąpić do egzaminów licencyjnych (wyraźnie łatwiejszych niż dawniej), po zdaniu których otworem staje wyższa liga. I tak do znudzenia lub zaliczenia wszystkiego. Zabawę starają się urozmaicić idące równolegle do oficjalnych wyścigów specjalne dyscypliny. Łapią się do nich czasówki w coraz wymyślniejszych furach na Goodwood Festival of Speed; "Przerwy na kawę", czyli luźne zadania z przewracaniem pachołków i pochodnymi; wyścigi jednego modelu; "ekowyzwania" z przejeżdżaniem jak największego dystansu na litrze paliwa czy rajdy księżycowym łazikiem. Dobrze przeczytaliście. Yamauchi i spółki poszli w zabawie z astronomią (gwiazdy na niebie wyglądają w GT 6 rewelacyjnie) o krok dalej, pozwalając wcielić się w ekipę lądownika (skąd tam tylko te wszystkie pachołki?).

Nie byłem na księżycu, zatem nie ocenię realizmu, ale walorów rozrywkowych modelu jazdy po satelicie nie uświadczyłem. Śmiganie po piaszczystej powierzchni to za mało frajdy i za dużo frustracji. Musiało jednak kosztować zespół masę prac. Nie mogę się pozbyć wrażenia, że ten czas można było lepiej spożytkować.

Kariera sama w sobie kiepsko motywuje do wyjeżdżania z boksu. Brakuje kleju wiążącego wszystko ze sobą, pokroju przeplatanego single'a i multi z rankingami, rywalizacją ze znajomymi oraz sposobami na pochwalenie się przed światem. To szereg kolejnych, niepowiązanych ze sobą wyścigów, a motory napędowe zabawy (nie zrobiłem tego celowo) to ciułanie kredytów (też dalekie od ideału - czemu za wyłączenie wspomagaczy nie dostajemy więcej pieniędzy?) oraz przyjemność z jazdy. W Gran Turismo 6 największa nagrodą jest bowiem moment dotknięcia asfaltu oponami.

Bo jeśli chodzi o przyjemność z jazdy, Gran Turismo 6 jest nietykalne. To tutaj czuć, że 15 lat dokręcania śrubek z misją zbudowania mitycznego "real driving simulatora" nie poszło na marne. To nie koniec krucjaty Japończyka z benzyną zamiast krwi i jego kolegów, ale na ten moment w kategorii "pędzących za realizmem, ale przystępnych dla osób bez licencji wyścigowej" samochodówek Gran Turismo 6 odstawia konkurencję o kilka długości.

To gra, w której nowego samochodu trzeba się nauczyć, gdyż każdy prowadzi się odrobinę inaczej (i tyczy się to nawet każdej z lekką ręką 20-kilku wersji Skyline'a). Wyczyn tym bardziej imponujący, gdy weźmiemy pod uwagę, że w GT 6 wybieramy z ponad 1200 aut. Ale do tego już nas seria zdążyła przyzwyczaić. Tak jest w zasadzie z całokształtem modelu jazdy - przesiadając się z Gran Turismo 6 nie grozi nikomu szok adaptacyjny. Oznacza to oczywiście, że mogą powtórzyć się dobrze znane zarzuty: że trochę ślamazarnie, że nie czuć prędkości, że jazda jest "sterylna". Bzdura. Niczego takiego nie zauważyłem, ale jestem w stanie je częściowo zrozumieć. Żeby poczuć pazur GT trzeba odbębnić pańszczyznę w niższych klasach, które - delikatnie mówiąc - adrenaliny nie pompują. Przy pierwszym dociśnięciu pedału w stworzonym do zrywania asfaltu potworze zarzuty powinny jednak wylecieć za bandę razem z "tyłkiem" rzeczonego monstrum. Ten lubi uciekać, oj lubi.

Najmocniej odczuwalną nowością w prowadzeniu aut jest przemodelowana praca zawieszenia. Zapomnijcie o sztywnych, kartonowych pudłach wchodzących w zakręty jak klocki z Tetrisa. Do perfekcji jeszcze kawałek drogi, jednak już teraz układ jezdny świetnie reaguje na najazdy na tarkę, samochody zalotnie gibają się nie tylko na zakrętach (spokojnie, z umiarem), a całość ma - rzecz jasna - czytelne przełożenie na kontrolę nad pojazdem.

W skrócie: model jazdy w Gran Turismo 6 to kolejna wersja dopracowywanej od lat formuły. Ze skomplikowanych wyliczeń wynika, że zasługuje na dopisek 6.0. Nie można mieć za to do Polyphony pretensji. "Nie zepsuło się, nie naprawiaj" to słuszna maksyma, a póki co (trzeba to zaznaczyć - w kwestii prowadzenia aut) wszystko gra i buczy. Tym większa szkoda, że tak wiele głupot/błędów/nieudolności/zacietrzewień (zwał jak zwał) chce nam te doznania popsuć.

Ich lista jest długa. Dlaczego auta wciąż otacza tajemnicze pole siłowe, przez które kolizje przypominają zabawę na samochodzikach w lunaparku? Właśnie, kolizje! Cała magia quasi-symulatora pryska po uderzeniu w bandę przy 250 km/h. Raz, że fura wychodzi bez większego szwanku, bo zniszczenia wizualne to K-P-I-N-A (lepiej byłoby bez nich, serio), a mechanicznych w trybie dla pojedynczego gracza nie uświadczymy (pewnie zmieni to któraś z miliona planowanych łatek). Dwa - powietrzne piruety jakie kręcą przy tym auta to idealny materiał na zabawną kompilację z YouTube'a. Trzy - dalej towarzyszy im ten przeklęty odgłos kubła na śmieci zrzucanego z drugiego piętra. O właśnie, dźwięki! Po zamknięciu oczu Gran Turismo 6 zmienia się w abstrakcyjną grę o wyścigach artykułów AGD. Ty zasuwasz sokowirówką, a za sobą czujesz gorący oddech suszarki. Emocje sięgają zenitu. A po lekkim poślizgu na zakręcie magicznie przenosimy się w czasy szkoły podstawowej i drapania paznokciami po tablicy. Ścieżka dźwiękowa to z kolei powrót do gimnazjum. Okres buntu, plakaty nadużywających tuszu do rzęs kapel nad łóżkiem i wykrzykiwanie, że nikt nas nie rozumie, gdy na obiad znowu są mielone. Taka sytuacja. Koniec wyliczanki?

Nic z tych rzeczy.

Pierwszą rzeczą witającą nas po zakończeniu wyścigu (także wygranego) jest kursor ustawiony na opcji "powtórz". Niecierpliwi naciskacze guzików, strzeżcie się. Żeby wrócić do menu i wybrać kolejny event z tych samych mistrzostw trzeba nacisnąć rozmaite guziki jakieś 20 razy (nie koloryzuję). Opcja bezpośredniego przejścia do następnego wyścigu pojawia się tylko w nielicznych zawodach. Niby pikuś, ale przy ogromie trybu kariery daje się we znaki. Co by tu jeszcze... o, wiem. Lotne starty w trybie dla pojedynczego gracza (w multi ruszamy po bożemu, ale na ten tryb przyjdzie jeszcze czas). Wyjechanie na trasę w korowodzie odziera grę z jednego z najbardziej emocjonujących elementów sportów motorowych. - momentu, w którym z miejsca rusza kilka/kilkanaście ziejących ogniem potworów. Kradnie magię decydujących o przebiegu całego wyścigu ułamków sekund, gdy zdarzyć może się absolutnie wszystko. W Gran Turismo 6 teleportujemy się do samochodu na końcu stawki (kolejna głupota) i przez dwa czy trzy okrążenia wyprzedzamy kolejnych zawalidrogów rywali. Jeszcze jedno. Z czasem na torach robi się tłoczniej, ale sześć aut na trasie w początkowych wyścigach to za mało.

Za dużo marudzenia? Wytrzymajcie jeszcze chwilkę. Popracowano nad sztuczną inteligencją spotykanych na torze kierowców. Panie, Panowie, jest postęp. To dalej roboty, ale już nie idioci. Wciąż jeżdżą jak po sznurku, nie różnią się od siebie stylami i pełnią rolę ruchomych przeszkód do wyminięcia, ale czasami zdarza im się zareagować na wydarzenia na trasie. W erze Driveatarów z Forza Motorsport 5 zakrawa to na coraz mniej zabawny żart.

Gran Turismo 6 potrafi też jednak pomachać w tylnym lusterku największemu konkurentowi. Forza Motorsport 5 to gra uboższa w zawartość od poprzedniczek, Gran Turismo 6 natomiast ewidentnie spuchło. Tak, wiem, że obie gry ukazały się na innych platformach, w innym okresie ich życia, z innymi celami, ale i tak porównań nie unikniemy. Liczby robią wrażenie. 29 tras (i 100 wariantów przejazdów na nich), wśród których znajdziemy mekki fanów motoryzacji jak Monza, Silverstone, Goodwood Hillclimb, Spa Francorchamps, Nurburgring oraz Brands Hatch; trasy miejskie w Londynie, Madrycie czy Rzymie plus kilka wymyślonych przez łebskich panów z Polyphony obiektów. Non stop przeskakujemy po całym globie, dzięki czemu żadna trasa nie zdąży nam się przejeść. Do równania należy dodać zmienne pory doby oraz rewelacyjne warunki pogodowe. Przejazd po skąpanym w słońcu torze to zupełnie inna bajka niż zawody w deszczu czy totalnej ciemności.

Wspomniałem już bliżej początku, że do wirtualnego garażu trafiło w Gran Turismo 6 1200 fur, teraz rozliczmy te liczby. Powraca podział na auta premium i standard. Te pierwsze to dzieła sztuki, bliskie rzeczywistości na tyle, na ile pozwalają wysłużone bebechy PlayStation 3. Drugie... cóż, to nie ta klasa, ale lamenty jakoby wypalały oczy swoim wyglądem z ery PlayStation 2 są mocno przesadzone. Jasne, różnice rzucają się w oczy, ale w trakcie wyścigu, przy ponad setce na budziku się zacierają. Największa bolączka samochodów klasy standard to czarna plama w miejscu kokpitu, ale receptą jest unikanie takich zakupów. Polegając głównie na rekomendacjach gry oraz wygranych brykach z brzydszym autem spotkałem się dopiero po kilku godzinach, gdy zabrałem na przejażdżkę sprezentowany concept Mercedesa stworzony w ramach programu Vision Gran Turismo. To kuriozum, że tak mocno promowane auto nie doczekało się królewskiego potraktowania.

Unikanie "paszczaków" nie jest jednak proste. Gra nie poleca auta do każdego wyścigu (tylko Yamauchi wie czemu), a do całej serii zawodów. Szperając w salonach możemy jednak natrafić na znacznie lepsze pojazdy w tych cenach. Kusząca perspektywa. W czym zatem problem? Nawigacja po salonie nie należy do najprzyjemniejszych. Brakuje opcji porównywania aut czy wyszukiwania według pewnych kryteriów, co przy takim wyborze mocno komplikuje sprawę. To mniejsze ze zmartwień. Mocniej boli wrzucenie aut premium i standard do jednego worka. Nierozważne zakupy mogą skończyć się zatem nieprzyjemną niespodzianką.

Na liście pojazdów standardowo dominują pozycje z końcówki lat 90-tych oraz początku tego tysiąclecia, z naciskiem na japońskich producentów. Wielkich nieobecnych można wymieniać w nieskończoność, lecz ograniczę się do Ferrari LaFerrari, McLarena P1, całej plejady Porsche - są tylko RUF-y (rozchodzi się o licencje, które przypadły EA, ale to nie zmartwienie graczy) czy Koenigsegga Agery R.

Podział na dwie klasy przywiązania do szczegółu przywołuje odwieczne pytanie: "jakość czy ilość?". Odpowiedzieć na nie musicie sobie jednak sami. Ja jestem wewnętrznie rozdarty.

Niewiele zmieniło się w tuningu. To jednocześnie dobra i zła wiadomość, czyli drugie imię Gran Turismo 6. Całość działa po staremu - opcji jest nieskończenie wiele, a miłośnicy dokręcania śrubek mogą spędzić w warsztacie więcej czasu niż na trasie. Z "nowości" trzeba wymienić przede wszystkim powrót grzebania przy hamulcach. No i fajnie. Szkoda jednak, że powraca też znany z Gran Turismo 5 sposób zdobywania nowych kolorów farb. Aby móc przemalować auto, trzeba najpierw zdobyć jedno na docelową barwę pokolorowane. Wizualne dopieszczanie kuleje w porównaniu z mechanicznymi możliwościami, a to rozwiązanie wcale mu nie pomaga. Dalej nie możemy także odinstalowywać ulepszeń. Przedobrzenie i doprowadzenie czterech kółek do stanu utrudnionej używalność to znowu konieczność kupna nowych.

Zabawę dla pojedynczego wyścigowca przerasta w wielu aspektach ściganie w grupie. W trybie online możemy włączyć na przykład mechaniczne zniszczenia czy konieczność zjeżdżania do pit-stopów. Ruszamy w jedyny słuszny sposób - z miejsca i razem z innymi. Bawimy się ustawieniami pory dnia i pogody, a przed właściwym wyścigiem rozgrywamy kwalifikacje lub robimy próbne kółka. Szybko pojawia się jednak niweczące zabawę pytanie: po co? Wynikami nie ma gdzie się pochwalić, bo poza cyklicznymi wyścigami nie pomyślano o porządnych leaderboardach. O łączeniu się w grupy też możemy na razie zapomnieć, bo kluby mają pojawić się wraz z kolejnymi aktualizacjami. Do ścigania się po sieci motywują póki co tylko pieniądze zdobywane do wspólnego portfela z karierą oraz oczywiście to samo, co do samodzielnych wyjazdów na tor: Gran Turismo 6 to świetna gra stricte wyścigowa.

Łabędzie śpiewy mają to do siebie, że są przepiękne. Gran Turismo 6 śpiewa dla PlayStation 3 iście anielskim głosem. To piękna gra. Niesamowite oświetlenie (dopracowano też kulejące w poprzedniej odsłonie cienie), cudne modele aut (rzecz jasna tych premium) czy zapierające dech w piersiach widoki. Trudno ocenić, co poraża mocniej. Już raz w tym roku użyłem tych słów przy okazji recenzji Beyond: Dwie Dusze, teraz je powtórzę: ta gra nie ma prawa tak wyglądać na siedmioletniej konsoli. Często bagatelizujemy znaczenie grafiki, ale gry wyścigowe mają prezentować się obłędnie. Tej się to udaje.

Ma to jednak swoją cenę - długie doczytywania danych. Przy dobrych wiatrach przychodzi poczekać około 30 sekund. Gdy szczęście nas opuszcza zdarza się, że wczytywanie trwa dłużej niż sam wyścig.

Polyphony Digital swoim zwyczajem zamierza ulepszać (miejmy nadzieję) Gran Turismo 6 licznymi łatkami. To świetna wiadomość, bo na pewno jej to nie zaszkodzi i być może z czasem dostanie szansę porządnego rozpędzenia się. Na ten moment Gran Turismo 6 to gra lepsza od poprzedniczki (z dnia jej premiery), ale wciąż daleka od ostatniej prostej do perfekcji. To produkcja napędzana swoim dziedzictwem, ale jednocześnie przez nie hamowana.

P.S. Najbardziej przyszłościowy aspekt Gran Turismo 6 to mikropłatności, ale bez obaw - są nieinwazyjne i nie wypaczyły ekonomii gry. Zresztą, pójście na skróty to w tej grze grzech. Na razie możemy spać spokojnie.

PlayStation 3Gran Turismo 6

  • Grafika
  • Ogrom
  • List miłosny do fanów motoryzacji (komunał, ale prawdziwy)
  • Przyjemność z jazdy
  • Multi z potencjałem
  • Dźwięki i muzyka
  • Brak innowacji
  • Masa głupot i przestarzałych rozwiązań
  • Czasy doczytywania
  • Nudny tryb kariery
  • Utrudnione kupowanie aut

Produkcja napędzana swoim dziedzictwem, ale jednocześnie przez nie hamowana.

14 komentarzyDodaj swój

Przeczytaj wszystkie komentarze na forum
Monotyp

Te minusy to w tej serii chyba standard :D

Odpowiedz
G Perry_Cox

Jest sens bawić się w piątkę, gdy teraz szóstka wyszła? To prawdziwe pytanie, nie retoryczne.

Odpowiedz
G Piotrek_K

Nie. 6tka wprowadza sporo zmian na plus i jakkolwiek nie jest DUUZO lepsza pozycja od GT5, to jednak nie ma sensu bawic sie we wczesniejsza odslone. Chyba, ze chcialbys pograc w tryb B-Spec (w tym trybie to nie Ty jestes kierowca, a Ty jedynie przekazujesz sugestie jak wirtualny 'racer' ma grac), bo ten zostal calkowicie wyciety z GT6

Odpowiedz
Marcin360360

> Jest sens bawić się w piątkę, gdy teraz szóstka wyszła? To prawdziwe pytanie, nie retoryczne.
Ja sie dobrze bawie z 5 czescia ale forzy:)

Odpowiedz
G kodi24

Nikt o to nie pytał ;)=========Recka zawiera w sobie w sobie większość tego, czego się po nowym GT6 spodziewałem, matko boska ile czasu musiałem na to czekać.. :DD

Odpowiedz
G Piotrek_K

Jak to jest kupowac sprzet od firmy, ktora uwaza Polske za kraj 3 (albo i 4?) kategorii, a ogół graczy jak lemingi, ktorym wydawac by sie moglo mozna wcisnac KAZDY najgorszy pomysl? Na szczescie okazalo sie, ze gracze jednak do konca pomiatac soba nie dadza, wiec Microsoft zamiast XBox One, mial przydomek X-Box 180 (od tych wszystkich zmian)

Odpowiedz
mtz1990

> Jest sens bawić się w piątkę, gdy teraz szóstka wyszła? To prawdziwe pytanie, nie retoryczne.
według mnie, jest. 3 czy 4 dni temu byłem w podobnej sytuacji, kupiłem konsole i chciałem Gran Turismo tylko nie wiedziałem, z którym numerkiem. obecnie śmigam w GT5 Academy Edition, wyrwałem ją za 70 złotych. Jak skończę, to porozglądam się za GT6. W moim przypadku, wiedziałem, że będę chciał obydwie części, bo uważam, że to świetna gra (mimo swoich kilku, może nawet kilkunastu wad ;) ), a podejrzewam, że ciężej będzie grać w 5tkę, gdy najpierw obskoczy się 6stkę. Zanim skończę GT5 to GT6 zdązy stanieć, więc i trochę się zaoszczędzi.

Odpowiedz
G kodi24

Zdecydowanie, jesli chce sie zagrac w obie to lepiej zaczac od GT5. Szostka to pewien krok do przodu, takze w zakresie prowadzenia i feelingu, po tym nie chce sie wracac do piatki ;)

Odpowiedz
G Perry_Cox

Tylko zaczynając od szóstki do poprzedniej już bym nie wracał. Nie ma fabuły, więc nie muszę wiedzieć co się wcześniej zdarzyło. Po prostu chciałbym pograć w jakieś porządne wyścigi na PS3. Przymierzam się jeszcze do pierwsze GRIDa oraz jakiegoś DIRTa. NfSy to tylko eksperymentalnie sprawdzam co się dzieje z moją niegdyś ulubioną marką. Ale dochodzą też kwestie cenowe, więc jeśli będzie mi się to opłacać, to kupię piątkę.

Odpowiedz
pocketrocker

Gram w GT od samego początku serii i powiem że 7.5 to moim skromnym zdaniem mimo że GT6 wad pozbawione nie jest, to zdecydowanie za mała ocena. Jakby nie patrzeć to jednak "największa" gra traktująca o samochodach, wyścigach i całej towarzyszącej temu ottoczce.
Więc chociażby z tego powodu powinno być minimum 8.0.

Odpowiedz
h4zardek

[m]

Odpowiedz
euro00

[m]

Odpowiedz
gosport

[m]

Odpowiedz
mooj11

[m]

Odpowiedz
Przeczytaj wszystkie komentarze na forum
Najnowsze
Lubisz nas?