InformacjeRecenzja - konsole

Malicious - recenzja

... Łukasz Berliński

Malicious, gra mało znanego japońskiego studia Alvion, swą premierę miała przeszło półtora roku temu. Jednakże dopiero niedawno trafiła do europejskiego PlayStation Store. Czy warto było czekać? Przekonajcie się w naszej recenzji.

Malicious

Przyzwyczailiśmy się już do tego, że dobre gry z Kraju Kwitnącej Wiśni, albo nie opuszczają granic Japonii, albo trafiają do nas ze sporym opóźnieniem. Na szczęście coraz częściej najbardziej smakowite kąski z azjatyckiego menu trafiają także do nas, podane w angielskiej, bardziej przystępnej dla większości, wersji językowej. Malicious jest jedną z takich „potraw”, którą jedni będą rozkoszować się wychwalając ją pod niebiosa, inni z kolei mogą od niej dostać nieprzyjemności trawiennych. Tak to zazwyczaj z orientalnymi daniami bywa. Warto jednak przekonać się na własnej skórze, jak Malicious na nas zadziała. Tym bardziej, że jego cena jest zachęcająca.

Gdybym był kelnerem, serwując Malicious zapewniłbym, że kucharz mocno posiekał składniki biorąc garść mechaniki rozgrywki z Devil May Cry, dodał bossów rodem z Shadow of the Colossus, wszystko to razem posypał oprawą eksplodującą feerią barw niczym najbardziej zaciekłe pojedynki z Zone of the Enders, a całość umieścił w ramach opowieści, w której po raz kolejny musimy ratować tajemniczy świat przed jeszcze bardziej tajemniczymi złymi mocami.

Malicious

Zacznijmy od końca tej wyliczanki. O fabule w Malicious nie będę się rozpisywał, gdyż autorzy postanowili ją przedstawić w całości poza właściwą rozgrywką. Historię możemy poznać z poziomu menu kartkując kilkanaście stron opisu, więc nie będę spoilował. Wystarczy Wam wiedzieć, że na początku wybieramy płeć sterowanego przez nas bohatera (poza wrażeniami estetycznymi na nic to nie wpływa), zwanego Spirit Vessel, będącego ludzką postacią potrafiącą wykorzystać dobre moce do pozbycia się z Królestwa Santiville tytułowej nikczemnej siły - Malicious.

Tyle też informacji na temat tego, po co znaleźliśmy się w zawieszonym w próżni białym pomieszczeniu przekazuje nam Starszy, charczący w niezrozumiałym narzeczu mędrzec, będący zarazem naszym przewodnikiem po grze. Poza nim i przerażającą pustką jawi nam się sześć „wysepek” przenoszących nas bezpośrednio do aren walki. Tak, ta gra jest dziwna. I w swej dziwności piękna zarazem.

Owe piękno może co prawda odstraszyć wszystkich tych, którzy mają awersje do japońskiej kreski, ale hej! - design każdej z sześciu lokacji, oryginalne modele ogromnych bossów i urzekająca ścieżka dźwiękowa zostają na długo w pomięci pomimo tego, że przejście całej gry zajmuje co najwyżej trzy godziny. Na pokonanie każdego monstrum mamy bowiem dokładnie 30 minut. I choć wydaje się to całkiem sporą ilością czasu na ubicie jednego potwora, to należy wziąć pod uwagę fakt, że na normalnym poziomie trudności Malicious jest pozycją dość wymagającą, która potrafi na początku sprawić kłopoty nawet slasherowym wyjadaczom.

Każda z aren to zupełnie inne otoczenie, w którym poza centralnym bossem musimy stawić czoła hordom jego pomniejszych sługusów. Tylko od nas zależy, od którego wyzwania zaczniemy naszą zabawę z Malicious. W początkowej fazie nasza postać dysponuje zaledwie dwoma podstawowymi ciosami, jednak sukcesy na kolejnych arenach sprawiają, że uzyskujemy dostęp do coraz lepszych mocy, których możemy używać później na przemian, a także łączyć je ze sobą wyprowadzając potężne kombosy.

Z perspektywy widza obserwującego wydarzenia dziejące się na ekranie, walka w Malicious może wydawać się mocno chaotyczna. Dynamicznie zmieniające się kolory mogą wywołać pewną dezorientację, ale wbrew pozorom system walki jest na tyle prosty do opanowania, a zarazem na tyle trudny do osiągnięcia perfekcji, że każdy powinien czuć się usatysfakcjonowany. O ile napierające ze wszystkich stron mięso armatnie jest stosunkowo prostym sposobem na zebranie punktów Aury potrzebnych do wyprowadzania wzmocnionych ciosów i leczenia się, tak już sami bossowie, jak na prawdziwych „szefów” przystało, są znacznie bardziej wymagającym adwersarzem. Każdy z nich wymaga odmiennego podejścia do walki i znalezienia jego słabych punktów, a to wymaga sporo poświęcenia...

Jak wielkiego, niech świadczy fakt, że poza upływającym czasem, mamy ograniczoną liczbę podejść do ukończenia gry. Do trzech razy sztuka się nie udało? Przykro mi, koniec gry, zaczynamy od nowa. Co prawda po wybraniu opcji kontynuacji rozgrywki możemy powrócić do ostatniego zapisu gry, ale wtedy musimy liczyć się z tym, że zostało nam już tylko jedno życie. Lepiej więc być ostrożnym i zostawić sobie dodatkowe próby na sam koniec.

Malicious

Choć Malicious jest grą przeznaczoną dla jednego gracza, nic nie stoi na przeszkodzie by konkurować z innymi w sieciowej drabince wyników. Po każdej walce jesteśmy oceniani za nasze umiejętności ofensywne, defensywne czy też pod względem szybkości, z jaką zdołaliśmy uporać się z wyczyszczeniem wybranej areny. Nasze rezultaty możemy porównać z innymi graczami, choć patrząc na wyczyny co poniektórych, zajęcie miejsca na czele tabeli wydaje się rzeczą niemożliwą do wykonania...

Malicious nie jest grą dla każdego. Zapewnia sporo ciekawych doświadczeń i dostarcza sporych wrażeń, jednakże stylistyka tego tytułu z jednej strony może wzbudzać zachwyt, z drugiej odrazę. To po prostu tytuł z innej kultury grania - wymagający, momentami staroświecki, nieprzystający do dzisiejszych zachodnich standardów, do których zdążyliśmy się już przyzwyczaić. I choćby dlatego warto go wypróbować. A że rozgrywka to raptem parę godzin zabawy? Cóż, myślę, że 29zł to uczciwa cena by przenieść się w zupełnie inny świat.

PlayStation 3Malicious

  • wymagająca
  • oprawa audiowizualna
  • design gry
  • cena
  • "japońska" stylistyka może niektórych razić
  • krótka

Ta gra jest dziwna. I w swej dziwności piękna zarazem

Najnowsze
Lubisz nas?