InformacjeRecenzja - konsole

Mass Effect 3 - recenzja

... Michał Nowicki

Całkiem niedawno, w pewnej galaktyce... Nie, to nie tak. Kiedy kilka lat temu zasiadałem do pierwszej części Mass Effect, czułem, że coś się zmienia. Po pierwszych próbach w Jade Empire, znane z klasycznych adaptacji systemu AD&D studio BioWare postanowiło całkowicie odejść od kanonu. Postawiono na akcję, strzelanie w czasie rzeczywistym, redukcję statystyk i filmową formę przedstawienia dialogów. W części drugiej podążono tym tropem jeszcze dalej. I wiedzcie, że ta ewolucja trwa...

Całkiem niedawno, w pewnej galaktyce... Nie, to nie tak. Kiedy kilka lat temu zasiadałem do pierwszej części Mass Effect, czułem, że coś się zmienia. Po pierwszych próbach w Jade Empire, znane z klasycznych adaptacji systemu AD&D studio BioWare postanowiło całkowicie odejść od kanonu. Postawiono na akcję, strzelanie w czasie rzeczywistym, redukcję statystyk i filmową formę przedstawienia dialogów. W części drugiej podążono tym tropem jeszcze dalej. I wiedzcie, że ta ewolucja trwa...

Na początku zdefiniujmy więc sobie dla porządku i pełnej jasności, czym jest dla mnie Mass Effect. Już w recenzji drugiej części podkreślałem, że to przede wszystkim rozbudowana gra akcji ze świetnie zaaranżowanymi i wyreżyserowanymi dialogami oraz niezłą historią. I tym właśnie jest Mass Effect 3 – tunelową strzelaniną z odrobiną swobody i statystyk, zbudowaną wokół fabuły, która jest epicka i hollywoodzka, a przy tym jak nigdy dojrzała. Każdy, dla kogo są to cechy nie do zaakceptowania, może teraz przewinąć tekst do końca, a następnie podzielić końcową ocenę na pół. I piszę to pełną powagą.

Ratunku, Ziemian biją!

Żniwiarze wracają w glorii i chwale, by siać zniszczenie. Oczywiście cała Galaktyka poza Shepardem zupełnie się tego nie spodziewa. Sztab kryzysowy wzywa byłego komandora jako konsultanta, po czym po serii niefortunnych zdarzeń Shep wraca do czynnej służby i po raz trzeci musi wszystkich uratować.

Początek, jak u mistrza Hitchcocka i choć napięcie chwilami spada, to jedno muszę przyznać ekipie BioWare – tylu wysokich stanów od dawna nie widziałem w ich grach. Nie będę oczywiście spoilerował, powiem tylko, że fabuła ma kilka momentów, w których słowo „epickie” samo ciśnie się na usta. Tak naprawdę dopiero tutaj mamy do czynienia ze space operą w czystej postaci; podniesienie skali zagrożenia pozwoliło scenarzystom na rozwinięcie skrzydeł.

W tej konwencji nawet dialogi, które wiele osób uzna zapewne za sztuczne i drętwe nie rażą, a najzwyczajniej pasują. Jakoś nie wyobrażam sobie, by Shep, bohater Galaktyki, rozmawiał z innymi językiem „wiejskiego hycla”. Dodam jeszcze, iż odniosłem wrażenie, że opcji dialogowych jakby ubyło, a gra oferuje nawet możliwość ich całkowitego wyłączenia. Najwyraźniej ekipa chciała już na całość pójść w kierunku Gears of War, ale póki co zabrakło jej jeszcze odwagi.

Najbardziej obawiałem się wszakże innej rzeczy – powtórzenia przez BioWare oklepanego od lat schematu „zbierz je wszystkie, wygraj ostateczne starcie”. Nie pomyliłem się. Jednak właśnie Mass Effect 3 pokazuje, jak powinno to być zrobione. W skali mikro, w drugiej części, było to chwilami słabe fabularnie i kiepsko umotywowane. Tutaj, kiedy musimy zmobilizować do walki całe rasy, czy organizacje, sprawdza się doskonale.

Co więcej, nareszcie wykorzystano ten stały element, by pokazać, że w grze jednak można dokonywać trudnych wyborów. Budowane przez poprzednie dwie części sympatie i animozje zostały tu wykorzystane chwilami w bezwzględny sposób. BioWare mocno zmyliło mnie swoimi ostatnimi grami, w których w zasadzie nie dało się czegokolwiek sp...aprać. W Mass Effect 3 wymierzyło mi więc siarczysty policzek. Wreszcie umiejętnie rozegrano historię Galaktyki i zamieszkujących je ras, stawiając gracza przed wyborami przez te zaszłości zdeterminowanymi. Myślałem zresztą, że później i tak da się to jakoś naprawić. Otóż nie. Nareszcie.

Główna opowieść zdominowała Mass Effect 3, a uniknięcie rozdrobnienia wątków znane z dwójki wyszło grze na dobre. Sam rdzeń fabuły jest oczywiście liniowy, pozwoliło to jednak na osiągnięcie wspomnianego już efektu epickości. Zamiast pozorów swobody wybrano reżyserię, moim zdaniem w tej konwencji jak najbardziej słusznie. Tym bardziej, że mimo ewidentnej kalki – chyba, że pomysł powstał przed emisją pewnego serialu – piekielnie spodobało mi się zakończenie. Epickie, choć w pewien sposób kameralne. Rzadko kiedy tak dobrze „czułem” to, co bohater gry. Serio. Warto zagrać choćby dla ostatniej ćwiartki gry, choć i po drodze są momenty, które potrafią nieźle kopnąć. To naprawdę niezła, dorosła opowieść o desperacji i oczekiwaniu na nieuchronne. Nawet jeśli tak mocno „hollywoodzka”.

Całkowicie po macoszemu potraktowano natomiast zadania poboczne. Część z nich nie ma nawet filmowej formy w dialogach. Ot, ktoś tam powie dwa zdania obok przechodzącego Sheparda (wskoczy zadanie), gdzieś-tam zeskanujemy jakąś planetę (wskoczy artefakt), potem powie dwa zdania po jego oddaniu (zaliczy zadanie, sypnie punktami, reputacją i kasą). Nieco bardziej rozbudowane są zadania z serii „N7”, szybko jednak okazuje się, że to nic innego, jak singlowe wersje aren z trybu kooperacji. Dobrze, że chociaż na tyle „zaludnione”, że zmuszające do intensywnej walki.

Przed premierą Mass Effect 3 miałem szansę ograć jedynie w wersji konsolowej, nie było więc opcji, by zaimportować swoje pecetowe postaci z poprzednich części. Grałem więc na „domyślnej historii”, nie mogąc cieszyć się dokonanymi wcześniej wyborami, choć znów mam wrażenie, że nie były wcale tak istotne, jak początkowo zapowiadano. Nawet jeśli w poprzednich częściach dokonaliśmy ważnego wyboru, którego nie dało się w obecnej fabule zbyć krótkim dialogiem, sprytnym sposobem w ME3 umieszczono rozwiązanie uniwersalne. Reszta, to znów kosmetyka. Nie chcąc zbytnio spoilerować, rzucę tylko jedno hasło – królowa rachni. I już milczę, jak grób. Czując się jednak nieco oszukany.

Lucas the Great:

No właśnie, to chyba największa przykrość, jaka mnie spotkała. Też korzystałem z wersji konsolowej (ale na PlayStation 3 a nie Xboksa 360) i siłą rzeczy zauważyłem sztuczki scenarzystów, mające na celu wyrównać fabułę mimo różnych decyzji graczy. Jeśli we wcześniejszych częściach zginął ktoś ważny z danej rasy, zastąpiono jakimś jego rodakiem - podobnym, ale o nieznacznie innej obyczajowości/moralności na szczęście. Jeśli zmieniliśmy układ sił politycznych, w Mas Effect 3 i tak wróci on do równowagi, czyli tego, co wygodne dla scenarzystów. Nie jest to tragicznie wykonane, ale po co było graczom nawijać makaron na uszy przed premierą?

Ludki i nie-ludki moje kochane

Towarzyszy miałem niewielu – w szczytowym momencie sześć postaci do wyboru – jednak przez grę przewija się większość kluczowych bohaterów znanych z poprzednich części. Miałem też nadzieję, że zapowiadane odchudzenie drużyny przełoży się na większą z nią interakcję. Jest odwrotnie, choć... niekoniecznie źle. Pełnych rozmów niewiele, jednak wyraźnie wzrosła „aktywność” naszych towarzyszy podczas eksploracji map – częściej włączają się ze swoimi kwestiami podczas scen przerywnikowych (zazwyczaj mówiąc i niekiedy nawet robiąc coś innego, sprawdzałem!) oraz komentują na bieżąco „okoliczności przyrody” podczas zwiedzania. I dobrze, bo moim zdaniem lepsze to, niż gadanie o „dupie Maryni” na pokładzie Normandii.

Czas zabrać się za mechanikę. Mamy tu kilka nowości, choć każdy, kto grał w Mass Effect 2, poczuje się, jak w domu. Wreszcie sensownie rozwiązano kwestię skanowania planet, które teraz odbywa się na mapie układu, zazwyczaj wśród szalejących wokół statków Żniwiarzy. Jest szybko, sprawnie i z lekkim dreszczykiem emocji. Po raz kolejny skala konfliktu przyszła w sukurs twórcom.

Lucas the Great:

Nie wiem, o jakim dreszczyku emocji tu mowa. Aktywność Żniwiarzy, wzbudzona skanowaniem, znika, gdy wykonamy jakąkolwiek poboczną misję. Poza planetami ukryte są tylko zapasy paliwa, a je się da wykryć latając po układzie i nasłuchując specyficznych dźwięków sygnalizujących zbliżenie się do jakiegoś obiektu... Za to w pełni zgadzam się z tym, że w ostatniej części trylogii udało się wreszcie pozbyć efektu znużenia skanowaniem/przeszukiwaniem, który był obecny w poprzednich odsłonach.

Rozwój postaci to znów minimalizm, ale doskonale wpasowany w konwencję gry akcji. Na paskach rozwoju pozostały zdolności wyłącznie najbardziej kluczowe dla sedna rozgrywki, czyli walki. Muszę też przyznać, że pod tym względem jest to najlepiej chyba zbalansowana część cyklu, choć znów zabrakło mi nieco większego zindywidualizowania umiejętności naszych kompanów. Jest ich wszak tak niewielu, że można chyba było uczynić ich prawie całkowicie wyjątkowymi.

Nieźle wypada system ulepszania broni, który pozwala dostosować ją do naszych potrzeb i preferencji, poza tym dając szansę zagospodarowania niepotrzebnych w zasadzie pieniędzy. Podoba mi się też mechanika odzwierciedlająca wpływ obciążenia na szybkość regeneracji „mocy” i pełna swoboda w doborze uzbrojenia. Inżynier ze snajperką rządzi.

Mass of War, Gears Effect

Walka w Mass Effect 3 po raz pierwszy w tej serii nie doprowadziła mnie do frustracji. Nie jest idealnie, ale znacznie lepiej, niż nawet w całkiem już niezłej dwójce. Niemalże pełna implementacja systemu poruszania się i chowania z Gears of War wymieszana z „aktywną pauzą” oraz w miarę zjadliwą walką wręcz, dały wreszcie przyzwoity efekt. Choć wciąż zdarzają się problemy z chowaniem się, a całość jest nadal nieco ociężała, to jednak postęp jest wyraźnie widoczny.

Poprawiono też wreszcie niekiedy skandalicznie zachowującą się wcześniej SI. Przeciwnicy są zazwyczaj aktywni, potrafią nawet nas oflankować i już na zwykłym poziomie trudności w dużej liczbie potrafią nieco namieszać. Również nasi kompani coraz rzadziej są pasywni, bywa nawet, że wyrywają się dzielnie do przodu, goniąc przeciwnika. Wciąż jednak kuleje mechanizm automatycznego korzystania z umiejętności, kilka z nich (np. granaty) musimy im aktywować samodzielnie.

Lucas the Great:

Kwestia granatów to moim zdaniem zaleta - jest to towar ścisłego zarachowania, więc oddanie go do dyspozycji SI byłoby słabym pomysłem. Mocy, które mają jedynie czas przeładowania, nasi kompani używają często i gęsto. Przy okazji dodam, iż szkoda trochę, że tak wiele walk odpala się po zeskoczeniu na "arenę", wcześniej pomieszczenie jest puste - gracze o inklinacjach snajperskich mogą czuć się nico oszukani...

Pełny atak Żniwiarzy na Galaktykę oraz postęp technologiczny, jakiego dokonali inni nasi przeciwnicy sprawiają, że doszło nam kilku nowych adwersarzy. Dodam tu, że często dość silnych lub/i szybkich, wyposażonych w uprzykrzające życie zdolności oraz praktycznie zawsze mocny pancerz, tarcze oraz bariery. Trafimy też po drodze na kilku bossów, z którymi walki nie są jednak ani specjalnie oryginalne, ani trudne. Po opanowaniu najpotężniejszej broni wiedźminów... Napisałem „wiedźminów”? Tak więc po opanowaniu najpotężniejszej broni bohaterów Galaktyki, czyli uników, przechodzimy przez niemilców, jak promień Żniwiarza przez kadłub Normandii.

Tutaj warto jeszcze wspomnieć o mocno reklamowanej mechanice Wojny Galaktycznej, która powiązana jest z trybem kooperacji Mass Effect 3. Na szczęście gra nie zmusza nas do tego, gdyż odpowiedni poziom „gotowości bojowej” możemy spokojnie wypracować robiąc misje poboczne w kampanii. Sam koop nie jest zły, choć moim zdaniem raczej mało potrzebny. Tym bardziej, że praktycznie te same akcje rozegramy w „misjach N7”, choć oczywiście poziom wyzwania w kooperacji jest znacznie wyższy – fal wrogów jest więcej, wytrzymać trzeba dłużej, a i populacja elitarnych jednostek jest znacznie liczniejsza. Ot, miły dodatek dla tych, którzy wolą strzelać, niż jeździć windą po Cytadeli.

Największą zmorą konstrukcji gry są bowiem ekrany ładowania, które zdążycie znienawidzić. Szczególnie, jeśli gracie na konsoli i z jakiegoś powodu – jak na przykład ja – nie możecie gry zainstalować. Niektóre tereny są niekiedy malutkie (Cytadela!), a chcąc wykonać wszystkie zadania poboczne będziemy tymi przeklętymi windami jeździć przynajmniej kilkadziesiąt razy i to zakładając dobrą „optymalizację”. Nieco lepiej jest w terenie, podczas misji fabularnych. Tutaj wczytywanie zostało zazwyczaj jakoś sprytnie zamaskowane, czy to chwilę dłużej otwierającymi się drzwiami, czy też doczytywaniem reszty mapy podczas nieinteraktywnej sceny.

Układ poszczególnych poziomów, to w zasadzie trzy kategorie: tunelowe z kilkoma szerszymi obszarami (fabularne), areny (misje N7 i kooperacja) oraz wspomniane już „naczynia windą połączone” (Cytadela, Normandia). Przyznam szczerze, ze mimo liniowego charakteru rozgrywki i konstrukcji samych poziomów, te pierwsze potrafią chwilami zrobić wrażenie. Nie jest to może coś, czego jeszcze nie widzieliśmy, ale za niektóre miejscówki należy się projektantom i artystom solidna premia. Dodajmy do tego kilka prostych, ale skutecznych sztuczek w wykorzystaniem tła, a otrzymujemy odpowiedni poziom epickości. I nie była to wcale ironia.

Może nie jestem najpiękniejszy, ale jaki mam głos!

Graficznie Mass Effect 3 nie powala, niektóre tekstury wydają się wyglądać nawet gorzej niż w dwójce, ale wspomniana wyżej sztuka aranżacji sprawia, że całość prezentuje się zazwyczaj odpowiednio efektownie. Widać, że silnik ma swoje lata i poważne ograniczenia, jednak na konsoli Xbox 360, na której miałem okazję ją przejść, jest to wciąż jedna z najlepiej wyglądających produkcji. Ludzie pracujący przy serii Mass Effect do perfekcji nauczyli się wykorzystywać przestrzeń, kolory i kształty, co w połączeniu z mistrzowskim operowaniem kamerą ukrywa wiele braków, skutecznie podkreślając zalety. Gdyby choć ćwiartkę tych umiejętności zobaczyć w Afterfall...

Absolutnym miodem dla uszu są natomiast wydobywające się z głośników dźwięki. Zarówno dubbing, jak i muzyka stoją na bardzo wysokim poziomie, doskonale podkreślając charaktery postaci, jak i obserwowane na ekranie wydarzenia. Najsłabszym ogniwem jest tutaj Pan Shepard, do którego w żadnej wersji językowej od lat nie potrafię się przekonać. Jest zbyt nijaki i tyle. Świetnie wykorzystano też dźwięki otoczenia, które w zależności od sceny perfekcyjnie budują nastrój. Czy to dziwne odgłosy, zgrzyty i piski w ciemnościach, czy też powodujące drżenie szklanek w pokoju, ponure i zwiastujące koniec „buczenie” Żniwiarzy (nota bene jeden z moich ulubionych dźwięków w grach) – wszystko jest na swoim miejscu i potęguje efekt. Dźwięki tła w Mass Effect 3, to nie tylko dopełnienie obrazu i fabuły, to niemal samodzielni aktorzy. W tej kategorii ocena celująca.

Na koniec kilka słów o różnorodnych błędach i babolach, których nie wymieniłem wcześniej. Pierwsza sprawa, to wciąż obecne dziwne „teleportacje” podczas dialogów. Problem występował w dwójce i tutaj również powraca, choć znacznie rzadziej zdarza się, że silnik na szybko koryguje ustawienie któregoś z interlokutorów, w ułamku sekundy przestawiając go nawet o pół ekranu. Dodatkowo, choć przez większość czasu nie narzekałem na płynność animacji, zdarzały się chwile, że silnik wyraźnie „chrupał”, a w kilku miejscach miałem do czynienia z wyraźnie odczuwalnym stutteringiem.

Na swoje – i twórców szczęście – nie trafiłem na żaden błąd, który uniemożliwiłby mi dalszą rozgrywkę. Mówiąc inaczej, w głównym obligatoryjnym wątku błędów takowych nie było. Irytował mnie natomiast bug, który ujawniał się tylko na zaczerpniętych z koopa arenach. Otóż kilka razy zabicie wrogiego inżyniera sprawiało, że postawiona przez niego wieżyczka stawała się niezniszczalna. I nie byłoby problemu, gdyby do wypełnienia misji nie trzeba było wykonać rozkazu „Wyczyść to miejsce z wrogów”. A nieśmiertelna wieżyczka, to pies?

No i prawie zapomniałem. Czemu Shepardzi, niezależnie od płci, wciąż biegają jak pokraki? Niby rozumiem, że Flota Przymierza, to taka kawaleria kosmosu. Ale żeby aż tak dosłownie?

Winny się tłumaczy, czyli podsumowanie

No dobrze, teraz pewnie zastanawiacie się, czemu mimo tak długiego narzekania wystawiłem tak wysoką ocenę. Po pierwsze dlatego, że oceniałem – co podkreślam już od czasów ME2 – grę akcji z rozbudowaną fabułą i mechaniką. BioWare z każdą odsłoną cyklu coraz bardziej zbliżał się do klasycznych strzelanek TPP, co w Mass Effect 3 jest nad wyraz widoczne. I całkiem przypadkiem udało się tej ekipie zrobić coś, do czego wreszcie mogę z czystym sumieniem dokleić jakże popularną - i myloną z grami hack’n’slash – etykietkę action-RPG.

Bo trochę tego erpegowania wciąż zostało, choć przede wszystkim mamy do czynienia z interaktywnym filmem science fiction gęsto przeplatanym walkami. Dopiero tutaj, na prawdziwie space operowym, epickim poziomie dobrze sprawdza się system wyborów, który w skali mikro był jedynie namiastką. Tym bardziej, że kończąc sagę, BioWare pozwoliło sobie wreszcie na kilka jednoznacznych sytuacji.

Lucas the Great:

Zdecydowanie jest to film, momentami bardzo mało interaktywny, przerywany przede wszystkim misjami bojowymi i decyzjami w dialogach. Grając inaczej niż Myszasty, bo szykując się do trzech artykułów tematycznych, nie zaś do recenzji, kilkukrotnie przechodziłem te same partie gry (do siedmiu razy włącznie). Sporych partii filmowych nie da się przewijać, więc miałem okazję docenić ich długość. Można wyjść z pokoju, zrobić sobie posiłek, słuchając gadek dobiegających z telewizora. Bywa, że nawet i przez dziesięć minut coś się dzieje, zmieniają się sceny, odpalają nowe rozmowy, choć gracz nie dotyka pada...

Mass Effect 3 jest naprawdę godnym zakończeniem tej historii, jeśli – podobnie jak ja – nie mieliście od początku złudzeń odnośnie formuły. Otrzymałem dokładnie to, czego się spodziewałem i oczekiwałem: sprawnie opowiedzianą, dobrze wyreżyserowaną i chwilami nawet poruszającą historię o walce z tym, co nadejść musi. Jeśli tego potrzebujecie – szczerze polecam. Jeśli jednak nie bawi Was granie głównej roli w filmie despotycznego reżysera – poszukajcie czegoś innego. I jak już napisałem na samym początku - traktując Mass Effect 3, jako grę cRPG, podzielcie sobie poniższą ocenę na pół. Ja mimo wszystko bawiłem się naprawdę dobrze i kiedy zdałem sobie po finale sprawę, że to już koniec, pojawił się nawet pewien smuteczek. Taki malutki.

Oczywiście znów zachęcam Was do wrzucania swoich wyników na czasgry.gram.pl. Mnie strzaskanie kampanii ze wszystkimi zadaniami pobocznymi zajęło nieco ponad 40 godzin.

Xbox 360Mass Effect 3

Sprawdź inne czasy 43:30:00 Tyle czasu potrzebowaliśmy na jednokrotne ukończenie gry.

  • Jest naprawdę epicko
  • sprawnie poprowadzona i wyreżyserowana space opera
  • wreszcie trudne, niejednoznaczne decyzje
  • i przyjazny system walki
  • udźwiękowienie
  • przestarzałe to, a wciąż ładne
  • Jedynie pozory swobody
  • "zbierackie" zadania poboczne
  • po raz kolejny małe "przekręty" z wykorzystaniem "starych" decyzji
  • wiiindy
  • optymalizacja

Wielki finał, czyli interaktywna space opera gęsto przeplatana walkami

Najnowsze
Lubisz nas?